Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WH40k. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WH40k. Pokaż wszystkie posty

21.09.2014

[21.IX.2014] Królestwo Kaca - Arena 2014


I w ten oto sposób nastała niedziela. Godzina dziewiąta nad ranem. W sali jakby mniej ludzi... Nie zaskakuje to bynajmniej stałych bywalców, którzy zdradzają mi szeptem tajemnicy fakt, że część graczy potrzebuje odrobiny więcej czasu na dokonanie rewitalizacji po nocnej imprezie. Sala zdołała wywietrzeć, ale za kilka godzin do mocnego aromatu ciężkiego grania dołączy woń "kac kasztana" - spodobał mi się ów termin, wykuty również przez Uriela, za co mu dziękuję. Nic się poza tym nie zmieniło... Dźwięk kulanych kostek nadal echem odbija się od sali a gwar rozmów na temat tego, czy ktoś ruszył się poprawnie i czy Imperialny Rycerz może szarżować kogoś stojącego na górce, bo dotyka go ramieniem, również brzmi w sali, może z nieco cięższymi głosami, o głosowych strunach zmiękczonych wieczorowym bibandum.

Warto zauważyć pewną drobną dysproporcje, bo w ogóle na korytarzu, gdzie uprawia się szlachetną sztukę Warmahordes, jakoś mniej się odczuwa zmęczenie materiału. I jakoś graczy mniej brakujących, i ludzie jacyś żwawsi... Czy wynika to z lepszego pohamowania się graczy w okolicach trunków, mocniejszych głów czy potrzebie zachowania ostrości umysłu w tak kombogennej grze, ciężko powiedzieć. Tak czy owak warto teraz wspomnieć coś o organizacji całej imprezy, która jest... Poprawna na plus. Są naturalnie niedociągnięcia, poczynając od najprostszych, takich jak fakt, że kiedy setka chłopa wpada na lokal na kilkanaście godzin, to warto pomyśleć nie tylko o herbacie czy kawie, ale też o papierze toaletowym, który wyczerpał się błyskawicznie. O zmodyfikowaniu tabelki wyników bitwy tak, by było na niej wyraźne miejsce na imiona graczy czy numer stołu. O sprawdzenie błędów ortograficznych w teście wiedzy...


Słowem, tak, drobne acz śmieszne lub uciążliwe problemiki odrobinkę tu czy tam padły bez ceregieli. Ale zaznaczam, to jest czepialstwo, bo trzon zabawy został poprowadzony sprawnie - gracze wiedzieli gdzie mają grać i z kim, zgłaszanie wyników i tworzenie par idzie płynnie i bez czkawki, wsparcie sędziowskie radzi sobie z ewentualnymi wałami czy problemami. Czyli wszystko idzie jak złoto i tak naprawdę gwiazdka dla organizatorów się należy. Nawet tych, co w momencie pisania tego akapitu nadal słodko śpią w ciepłych pieleszach swojego domostwa (*wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Ciepłe pozdrowienia!*). Tutaj jednak muszę oddać sprawiedliwość i stwierdzić, że organizacja Warmahordowej części imprezy znowu daje wrażenie jakby lepszego opanowania chaosu - rzutnik elegancko informuje graczy o wszystkim, stoły sprytnie podzielone na strefy parzyste i nieparzyste, zgłaszanie ułatwione tak jak to tylko możliwe, kto wie, może i sami gracze są bardziej karni. Różnice są jednak cząstkowe i za całokształt organizacji imprezy chciałbym w tym miejscu podziękować organizatorom - ogarnęliście panowie i panie kawał ciężkiej roboty, szybko, sprawnie i bez potknięć. Kudos, a na dodatek jestem dumny z koszulki.

Turniej powoli chyli się ku końcowi. Gracze mielą swoje ostatnie punkty, najładniejsza armia turnieju została już wybrana (*zacne, błękitne demony!*), test wiedzy został podsumowany i mamy wygranego... A dla nich, po uroczej nagrodzie. Jak już przy tym jesteśmy, byłoby nietaktem nie wspomnieć o sponsorach imprezy, czyli o sklepie Vanaheim, odwiecznym patronie Areny, który dostarczył na nagrody całe pudło wypchane zestawami do Warhammera 40k... Jak i o Kromlechu, rodzimej w duchu firmie produkującej własne figurki i elementy do kustomizacji wysokiej jakości, dorzucając do puli ładny miks blisterów ze swoimi komponentami. Nie należy też zapominać o Armory Craft, który też dorzucił do bogatej już sterty nagród swoje blisterki ze znacznikami wszelkiej maści czy ładnymi, żywicznymi główkami alternatywnymi. No i są puchary, kryte złotem leprechaunów. Jest o co powalczyć, obok sławy i wiecznej chwały.


Uznałem, że nadeszła pora, by o tegorocznej Arenie wypowiedzieli się inni. Na pierwszy ogień przydybałem organizatorów - Spejsa i Alexa - gdzie pochłonięci byli ważnymi zadaniami, jak pilnowanie, by burgerowy tłuszczyk nie chlapnął za kołnierzyk oraz pisanie czegoś absolutnie mistycznego. Pierwsze moje pytanie brzmiało - co sądzicie o tegorocznej Arenie? Co można zrobić lepiej, co wyszło bardzo dobrze? Odpowiedź brzmiała następująco...

"Pomimo licznych przeciwności losu udało się wszystko zrealizować i zapiąć na ostatni guzik. Kwestia organizacji, cóż, mogła by być nieco bardziej usystematyzowana i uporządkowana. Zadowoleni? Z tego, że turniej się odbył, bo nie było łatwo. No i z towarzystwa, bo to mocna, niezłomna ekipa, która bawiła się na całym turnieju, a nie tylko przy stołach... Afterparty w Hexie było radosnym sukcesem i chyba nikt źle się nie bawił. Cieszy nas również to, że w tym sezonie ogórkowym jakim jest siódma edycja nadal znaleźli się chętni na turnieje, za co jesteśmy im wdzięczni." - powiedział Spejsu, główny sędzia turnieju WH40k.

"Tegoroczna Arena wyszła zdecydowanie lepiej niż zeszłoroczna. Zabrakło nam trochę błogosławieństw od kultu maszyny pod postacią rzutnika, ale obyliśmy się bez jego światłej prezencji. Zabrakło nam w organizacji jaśniejszego podziału obowiązków czy chociażby stanowiska sędziowskiego, i o tym będziemy pamiętać za rok. Zadowolony jestem z tego, że daliśmy graczom sporo miłych wspomnień i sporo solidnych gadżetów, więc nie wychodzi nikt z pustymi rękoma. Uważam, że warcaby mają lepszy balans, zawsze pełny wysiwyg oraz są pomalowane!" - zdradził nam w sekrecie Alex, główny organizator.

Nadeszła pora na trochę liczb, bo przecież kto nie kocha liczb, prawda? W turnieju Warhammera 40k wzięło udział 44 graczy z poniższym podziałem liczbowym w armiach - 3 Imperial Guards, 5 Orks, 5 Space Marines, 2 Space Wolves, 2 Blood Angels, 8 Eldarów (w tym trzy Iyandeny, jak mnie pamięć nie zawodzi), 4 Nekronów, 2 Imperial Knights, 4 Grey knights, 2 Tau, 1 Dark Eldar, 1 Inkwizycja, 1 Tyranid oraz 1 Dark Angels. Grających w turnieju Warmahordes było nieco mniej, bo całych dwudziestu, z czego 4 razy Khador, 3 Cryx, 2 Protectorate of Menoth, 2 Mercenaries i tylko jeden Cygnar. Ponadto w Hordach wystąpiło 2 Trollbloods, 3 Circle Orboros, 2 Skorne oraz jeden przedstawiciel Legion of Everblight. A w momencie, w którym kończymy wypisywać rozkładówkę przyjezdnych, turnieje dobiegają końca i mamy już wygranych! Bez zbędnych ceregieli…


Jakub 'Skark' Wichrowski wygrał Arenę 2014 zdobywając tytuł i pierwsze miejsce! Marcin Sokołowski najładniejsza armia. Drugie miejsce, nie mniej zaszczytne, przypadło Markowi Frankowskiemu. Trzecie zaś, nadal pucharowe znaczy się, zabrał ze sobą Michał ‘Żaba’ Szczepaniak. Gratulujemy wygranym oraz wszystkim uczestnikom – były oklaski, były łzy szczęścia (*głównie w mojej wyobraźni*) oraz tańce i swawole. Ponadto nagroda za najładniejszą armię wleciała w ręce Marcina Sokołowskiego za jego śliczne, profesjonalnie chlapnięte Demony.


Pierwsze miejsce na turnieju Warmahordes zdobył zaś niejaki Maybug ze swoim wiernym Cryxem! Drugie wpadło w ręce Arhaina i jego Trollokrwistych, trzecie zaś to ponownie Cryx, tylko że Kondziora. Nie mniejsze gratulacje się należą i ogólne uznanie i chwała na wieki wieków amen. Zresztą, patrzcie, jak się cieszą na fotkach, hm?

I to by było na tyle! Arena wreszcie dobiegła końca, masowa ewakuacja za pomocą techniki nożnej-wychwytowej (*tzn. spacerem*) jak i wehikularna przy pomocy samochodów wszelkiej maści błyskawicznie opróżniła budynek. Sam zmyłem się szybko korzystając z uprzejmości Ptycha i jego czterokołowego, okrytego złą sławą pogromcy bram. Nadszedł czas, by odpocząć, ogarnąć zdjęcia i wrzucić elegancki album w głębiny sieci… Ostateczne wrażenia?

Było warto i za rok na pewno też zawitam!


20.09.2014

[20.IX.2014] Invisibility, czyli gdzie zniknął mój fluff! - Arena 2014


Stukot kostek. Gwar ludzi tworzących swoje wykładnie zasad. Aromat zużytej sali gimnastycznej zmieszany z tanią wodą kolońską, ludźmi wierzący w tak zwany "francuski prysznic" oraz kolekcja koszulek XL wzwyż... Tak. Oto jestem. Arena 2014, jeden z największych turniejów Warhammera 40k w kraju, teraz jeszcze połączony z turniejem Warmahordes. Poproszony o wsparcie medialne i obsługę sprzętu foto-video z radością spakowałem konieczny wikt i opierunek i wyruszyłem te tytaniczne dwa kilometry w kierunku krakowskiego Podgórza, by przywitać się ze światem całkowicie mi obcym i nieznanym - turniejową sceną bitewniakową!

Kiedy zaczynałem zabierać się za ten tekst wygodnie grzejąc tyłek przy organizacyjnym stoliczku, kiedy Jampel (*jeden z Santa Little Helpers*) obok mnie profesjonalnie kroił ser topiony scyzorykiem, pierwszą ideą było nakreślenie lekkiego w tonie i uroczo satyrycznego tekstu w stylu paradokumentu - z kamerą wśród zwierząt. Wiecie, klasyczne "w kadrze widzimy rzadki gatunek Bitewniakus Gigantus w swoim naturalnym habitacie..." Ale po spędzeniu trzech godzin na miejscu, bo wypstrykaniu kilku setek fotek postanowiłem, że to nie jest godne podejście. Bo widzicie, bardziej pasuje do tego tekstu konwencja "Pogromców Mitów". Bo jeżeli macie przekonanie, że scena turniejowa to toczenie piany, spinanie się, długie wrzaski o zasady i walki w klatce w kwestii rozstrzygania sporów... To uwierzcie mi, jesteście w błędzie.

Słowem wstępu powtórzę dwa fakty, które regularnie mielą się na łamach moich tekstów. Po pierwsze, primo, jestem graczem tak niedzielnym, że można by we mnie urządzić piknik z rodziną. Kostki to dla mnie element obcy, nie mam swojego szczęśliwego zestawu, nie kulam regularnie... Po drugie, primo ultimo, to jest mój pierwszy turniej na którym jestem. Owszem, oglądałem sporo rozgrywek ligowych, byłem nawet na kilku turniejach-miniaturkach, ale Arena... No, wiecie, to Arena. Turniej klasy Master. Pół setki bitewniakowców na miejscu, figurki o łącznej wartości wcale nie najgorszego auta na sali. Jak byłeś na Arenie, nikt Ci nie powie, żeś nigdy turnieju nie widział, ot co.

Gremialna ocena czy cal składa się z 25 mm czy też nie. Proces decyzyjny trwa.

Uzbrojony w mój absolutny brak doświadczenia, szeroki uśmiech na twarzy, bułkę z gyrosem i litr toniku wyruszyłem zatem w cudowny świat niezmierzonych odkryć. I to co spotkałem niejako mnie zaskoczyło. Trochę pozytywnie. Trochę negatywnie. Ale z ogólnym rzutem na plus, więc było lepiej, niż mógłby zakładać nawet najoptymistyczniejszy scenariusz. Zanim jednak przejdziemy do jasnych stron, zanim zrzucę w otchłań mity na temat turniejowej sceny, bo jednak rzeczywistość skrzeczy, i pewne ciemne strony hobby a może bardziej stereotypy wychodzą na wierzch.

Druga runda ma się zacząć. Tuż za drzwiami wejściowymi szkoły, w której odbywa się impreza dzień targowy. Towarem nie są jednak ziemniaki, ale raczej iście mafijne układy na to, jak zgłosić wynik, by nie grać, a nadal zyskać.  Tylko garniturów w paski brakuje! Dalej, czysta hobbystyczna duma rozpiera graczy, którzy przybyli bez jednego własnego modelu - granie na pożyczonych! Jak dla mnie, nie jest to w sumie grzech, ale raczej przykład potwierdzający istnienie elementu w 100 procentach gamistycznego, dla którego hobby opiera się na grze, a nie na jakiś przeszkadzających w zabawie modelach. Są oczywiście miejsca, kiedy spinka wchodzi a cała ekipa sędziowska nurza się w zasadach z nadzieją na szybkie znalezienie wyjścia z konfliktu. Widzimy armie pomalowane - gdzie używam tego słowa w mocnym nadużyciu! - na metodę podkład i dwie lampki na inne kolory chlapnięte, by spełnić wymóg. No i oczywiście bolesny stereotyp o uniwersalnym problemie z higieną daje o sobie znać, ale tutaj w sumie nie mogę się doczepić na poważnie... Każda sala zawierająca pół setki pocących się facetów po kilku godzinach pachnie brązem, nieważne jak dobrze dbają o swoje codzienne ablucje.

I to by było na tyle dopiekania. Bo ponadto muszę przyznać, że turniej ten ocieka czymś niezwykle przyjemnym. Cudowną, hobbystyczną atmosferą. Na korytarzach rozmowy o kulaniu, przy vanie z burgerami szybkie rewizje ostatnich ruchów... Palacze przed wrotami budynku kurzą i dyskutują nowości a nieustanny terkot kostek w tle tylko dodaje smaczku. Jest to niczym pojechanie na koncert - jest Ci niewygodnie, nie brałeś prysznicu od kilku dni, wszystko się lepi, komary gryzą, deszcz zamienił ziemię w błoto a mimo to doskonale się bawisz, bo atmosfera jest po prostu sprzyjająca naszemu zacnemu hobby. Słowem, gamistyczna sielanka i w ogóle radość tryska z głębi ziemi...?

Stompa z dwoma młodszymi braćmi na wycieczce. W tle Wraightknighty załamują ręce!

Tutaj dochodzimy do kolejnej obserwacji, która sprawiła mi bezbrzeżną radość... Widzicie, nie raz, nie dwa razy na łamach tego bloga oskarżany byłem za "hejtowanie" Games Workshop i ich produktów. Z niejaką prześmiewczą dumą przyjmowałem ten tytuł ale po Arenie po prostu nie mogę go dłużej dzierżyć... Teraz, na własne oczy i uszy przekonałem się, że największymi wrogami GW i najbardziej gorliwymi jej krytykami są właśnie gracze, i to zapaleni. Stali bywalcy turniejów, zajadli kulacze, co zasady wessali z mlekiem matki. To ludzie z setkami rozgrywek za sob. I jaką zaiste promienną radością (*przewrotną również*) napawa mnie fakt, że syndrom Zmęczonego Patrioty działa tutaj niemalże książkowo. Znaczy, kiedy ktoś z poza kręgu wyjadaczy atakuje Wojenne Młoty, to towarzystwo staje murem i ze sztandarem w dłoni, skandując swoje bojowe pieśni, wypełnieni ferworem i obowiązkiem by wykazać, że "hejterzy" to zgrzybiała, niegrająca banda, która z tychże powodów nie ma prawa głosu... Ale kiedy obrona się zakończy to sami, w swoim gronie, z wielkim entuzjazmem jęczą, narzekają i wieszają psy na grze i na wydawcy, używając często gęsto tych samych argumentów, co ludzie z poza kręgu.

To nie jest jakiś wymyślony, przeinterpretowany obraz. Po prostu w przerwach rozmawiałem z ludźmi, i każdy dołączał się do gremialnego chóru zbiorowego zmęczenia. A to że siódma edycja nie ma balansu. A to że "Invisibility" jest totalnie złamane. A to że grają tylko mocarne rozpiski, idiotyczne fluffowo, wyprane z klimatu. A to że sama gra straciła atmosferę. Aż do momentu, w którym wspólnie wyrażono zgodę na stwierdzenie, że aktualnie Warhammer nie nadaje się na turnieje i próby ciągnięcia tego w ten sposób to po prostu kopanie martwego konia.

...

A po przerwie wracają do stołów. Podnoszą swoje modele. Rzucają ową zniesławioną niewidzialność na swojego Imperial Knight'a i piłują. Z obowiązku małżeńskiego. Z poczucia i potrzeby aktualnego używania swoich w sumie sporych inwestycji w to hobby. I przede wszystkim z tego, co odkryłem na tej Arenie - z przynależności. Fani gier (*zaznaczę, że nie tylko Wojennych Młotów*) przypominają pod tym względem fanów piłkarskich drużyn. Co z tego, że drużyna nie wygrywa? Co z tego, że ssie i dostaje po dupie od każdego, kogo spotka? Co z tego, że sąsiednia drużyna ma ładniejszy stadion i zielone murawy? To wszystko bez znaczenia, bo to jest /moja/ drużyna. Moja i moich kumpli. Paczka kibiców, wiernych jak czterej pancerni, którzy nie traktują już tego jako hobby, lecz jako element osobowości, część życia... Nie jestem po prostu Janem Kowalskim. Jestem fanem i graczem w Warhammera.

Pojawiły się również niezgorzej pomalowane modele! Szkoda, że Soulgrinder miał Niewidzialność, więc nic nie było widać...

To była lekka dygresja z wrażeń z Areny, ale jednak wynikająca z nich bezpośrednio. Idziemy dalej w zagłębie mroku! W momencie, w którym skreślam słowa tego akapitu jestem na świeżo po zapoznaniu się z odpowiedziami z tak zwanego testu wiedzy. Pytania zdecydowanie nie były trudne, może poza jednym, ale przytoczę tutaj pierwsze trzy. Jakiemu bogowi Chaosu służył Doomrider. Ile wielkich kompanii posiada zakon Kosmicznych Wilków. Ilu prymarchów stworzył Imperator. Proste? Jak widać nie, bo dominującymi odpowiedziamy w kolejności były: Imperatorowi. Dziesięć. Dziesięciu. Tak jest, wciągający kokainum jak powietrze Doomrider służył Imperatorowi, /legion/ Kosmicznych Wilków ma dziesięć kompanii (*w końcu kodeks, nie?*) i oczywiście wszyscy wiemy, że Imperator stworzył dziesięciu prymarchów... Nawet nie chce mi się tutaj odpowiednio jadowitego komentarza wrzucać - po prostu, jak ktoś po raz ponowny będzie mnie zapewniał, że w wojenne młoty gra "dla klimatu" czy "dla fluffu", to dla mnie to będzie porównywalne z wyznaniem, że jest się gorejącym katolikiem, choć w życiu się na oczy Biblii nie widziało. Przesada? Pewnie. Klimat to nie tylko tło fabularne, to przecież stylityka, smak, miodność modeli... Ale jedno wiem na pewno - pośród reprezentatywnej grupie graczy zebranych na Arenie niewielu z nich w jakikolwiek sposób interesuje się tym, co w kodeksach jest napisane w tej dziwnej, bezsensownej sekcji, w której nie są spisane zasady... Smutne, ale dowiedzione eksperymentem socjalnym. Oczywiście istnieje szansa, że ludzie odpowiadali dla beki, nie h będzie moje zawieszenie niewiary... Ale krótkie odpytanie kilku ochotników jednak nie kreśli tutaj dobrego obrazu.

Godzina 19:00 pierwszego dnia się zbliża. Wrażenia? Nie dajcie się zwieść moim ponurym gdybaniom i przepełnionym jadem komentarzem na temat pewnych zaobserwowanych ewenementów... Bo bawię się dosłownie wybornie. Jest coś czystego i urokliwego w tym, że mogę spędzić weekend odizolowany od rzeczywistego świata, otoczony takimi samymi maniakami jak ja, pławiając się w morzu kostek, lawirując pomiędzy stołami na których modele toczą swoje bitwy, czując przepełniającą mnie aurę wojennego zapału, napięcia i entuzjazmu. To jest takie miejsce, gdzie miłośnik gier bitewnych może wejść i z wielkimi oczyma westchnąć cicho "I found my people...". Słowem, nie żałuję ani minuty, nawet biegając z aparatem, machając kamerką i przy nadziei, że uda mi się znaleść stoliczek, by dokończyć malowanie mojego lekkiego kroczącego panzera (*który, by the way, będzie kolejnym wpisem na warsztacie, bo owocny wieczór z nim miałem*).

Jutro dzień drugi. Zobaczymy, cóż przyniesie? Pierwszy dzień na wielkim turnieju był dla mnie niezwykle wzbogacającym doświadczeniem. Odkrył przede mną stos informacji, dał świeży rzut oka na tę scenę... Obalił kilka mitów. Potwierdził niektóre. Wykopał na powierzchnie nowe... A co przyniesie jutro? Zobaczymy, tak, jutro!



3.08.2014

[03.VIII.2014] Styl utracony...


Witam ciepło w nowym miesiącu. Tak, wiem, ostatnie dwa, trzy tygodnie świeciły i straszyły pustkami na blogu, ale cóż, fortunnie nie jest to wynik mojego długoterminowego wyjazdu czy jakiegoś horrendalnego nakładu pracy – gwoli wyjaśnienia, cisza na blogu spowodowana była przyjazdem ważnej dla mnie osoby z odległego kraju, która to osoba zajęła 99 koma 9 procent mojego wolnego czasu. Są pewne priorytety i blog niestety musiał ustąpić miejsca wycieczkom po stołecznym mieście królewskim, wizytacją restauracji i tym podobnym rozrywkom. Fortunnie ów Osoba rannym ptaszkiem nie jest, więc nareszcie  mam czas by o poranku przysiąść i troszkę odkurzyć blogowe półki. Ach, dorzućmy do tego fakt, że plazmowa temperatura nie pomaga w aktywacji mózgu i w sumie walka z wielkim ‘niechceniem  się’ trwa dzień w dzień…

No ale jest o czym  pisać! W teorii zawsze jest, ale tak czy owak ten w sumie krótki okres milczenia był dość aktywny… Zanim jednak zaatakuje nowości, zanim przyjrzymy się nowością do Infinity czy triumfie MalifauX w Krakowie (*z którego jestem poniekąd dumny*), zanim zrecenzujemy nowe modele do Warmachine / Hordes (*które nagle olśniły mnie urywającą czapkę jakością!*) czy otworzę swoje pierwsze pudełko do Bolt Action, myślę, że lepiej zacząć czymś miękkim, ogólnym, wspominkowym i nostalgicznie, melancholicznie ciepłym… Tak, to będzie felieton. Tak, zawarte w nim opinie i twierdzenia nie są prawdą, nie są nawet faktami, są zaledwie przelaniem tego co myślę, obserwuję i uważam na wirtualny papier – jak się więc nie zgadzacie, to nie krępować się, rozluźnić nadgarstki i brać się do dyskusji!

No dobrze, ale o czym chciałbym z wami podyskutować, mili czytelnicy? O tym, że stylistyka Warhammerów, a przede wszystkim Warhammera 40 000 zgubiła się gdzieś kilka lat temu, wpadła pod szafkę i nikt jej już nie wyciągnął z mrocznych zakątków. O tym, że rotacja pracowników studia developerskiego Games Workshop mocno wpływa na to, jakie modele dostajemy. I o tym, że Grimdark w ów nowej odsłonie nie jest już mocną, twardą kiełbasą wypchaną krwistymi kawałkami, a raczej wegetariańską parówką sojową o smaku mięsa.

Mocne słowa? Nie zgadzacie się? Podoba wam się aktualna stylistyka i kierunek wzornictwa w modelach Warhammera czterdziestego pierwszego tysiąclecia? Dobrze. Nie zmienia to faktu, że chciałbym tutaj przelać pewne moje… wątpliwości, że tak się wyrażę. Widzicie, zawsze byłem, jestem i najpewniej będę fanem tego uniwersum – gotycka, wyolbrzymiona, mrocznie satyryczna wizja świata, w którym logika i rozsądek tak naprawdę nie mają znaczenia to jest to, co tygryski lubią najbardziej! Tak więc choć w wojenne młoty nie gram i w sumie mało grałem w przeszłości, to śledziłem te systemy z niemalże fanatycznym, nabożnym fanboizmem od wielu, wielu lat. Pamiętacie trzecią i czwartą edycję? To było coś. To był klimat. Mrok wylewał się z czarnych podręczników, kreska Blanche’a i tuszowane ilustracje, krwiste kawałki fabularne, wszystko budujące atmosferę korupcji, zepsucia, desperacji i wiecznej wojny. Skąd nagle na łamach tego uniwersum pojawiły się takie wykwity jak Centurioni? Smokozordy? Czy chociażby najnowsza tragedia wizualna, czyli Logan Grimnar w latającej wannie? Czy będziemy mogli dokupić gumowego orzełka do ów wanny?

Okej, tutaj warto od razu dodać jedną ważną rzecz. Nie uważam, by te modele były /złe/. Ba, sklejałem nawet niedawno jednego Maulerfienda i uznałem ten model za naprawdę świetny kawałek plastiku – nie tylko pod względem jakości wydania, ale po prostu pod względem rzeźby. To jest, po prostu, ładny model. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na moje, to on pasuje do tego, czym jest WH40k jak pięść do nosa. Tak samo wielki szef Kosmicznych Wilków, co lata po polu bitwy w wannie ciągniętej przez wilki. Być może model będzie ładny, być może znajdzie swoich wiernych fanów… Ale od kiedy to Kosmiczni Marines potrzebują wanien, by walczyć z wrogami Imperium? Jakoś w książkach z Czarnej Bilbioteki nigdzie nie udało mi się wyczytać o takich cudach. Fluff się rozwija? Chyba raczej rozmywa…


Dlaczego? Bo jest rotacja. Bo studio odpowiedzialne za stylistykę, rozwój i koncepty to już nie są dokładnie Ci ludzie, co byli onegdaj. To nie są ludzie, którzy czerpali swoje inspiracje z komiksów 2000AD (*bardzo popularnych w Anglii, tak samo warto zauważyć, że jest to najpewniej największy wkład w świat komiksów ze strony tego państwa*) czy Heavy Metal. Zniknęły nawiązania do znanych, mrocznych światów SF, zniknęły nuty o smaku Gene Wolfe’a czy Franka Herberta. Nie mamy już modeli, które ewidentnie urodziły się na doskonałych dziełach  Ian’a Millera czy Goodwina. Wszystko to wygląda tak, jakby aktualna ekipa zapomniała, czym jest ich fluff i na czym się opiera. Albo, co gorsza, postanowili przeinterpretować go na nowo  - i zamiast rozwijać ten wyolbrzymiony, epicki ‘mrok’, postanowili przekuć go na satyrę. Parodię. A widzicie, chociaż wiadomym jest, że 40k i ów uniwersum z pewnością nie jest rzeczą poważną, to by osiągnąć doskonałe wyniki w hiperbolizacji, przerostach i wszelkich przegięciach, potrzeba do tego podejść z pewną ‘fałszywą powagą’. A tego zaczyna brakować.

Nie będę udawał, że sam na to wszystko wpadłem. Ba, na internetowych forach i serwisach od pojawienia się niefortunnej fotki z ów Wanną Kosmicznych Wilków trwają żywe dysputy na ten temat, i tam padły mocne i doskonale dobrane słowa użytkownika o wdzięcznym nicku Knight_of_Infinite_Resignation:

By making kids the target audience, they lose not only the adults but the kids too.

Nie mogę się bardziej zgodzić z tym założeniem. Widzicie, sam pracuje w branży, która produkuje rzeczy dla dzieci. I to tych najmłodszych. Nawet u nas w biurze znajdują się osoby, które w dziwacznej, zboczonej i spaczonej gorliwości wierzą, że dzieciaki lubią bzdurne, miałkie problemy, że lubią plusz i wszechobecną radość, że pokazywanie im czegoś trudniejszego czy odrobinę bardziej realistycznego jest grzeszne, bo ‘krzywi ich umysły’. Co jest bzdurą do entej potęgi – to trzymacie dzieciaków w wiecznym przekonaniu o tym, ze świat jest kolorowy i cudowny a zło nie istnieje jest dla nich paskudnym ciosem i może zryć im psychikę. Dygresja, ale miała swój cel – co was przyciągnęło do Wojennych Młotów, kiedy byliście nastolatkami albo nawet i dzieciakami? Czy gdyby to były troskliwie misie, to chcielibyście je zbierać? Gdyby to byli rycerze w jaśniejących pancerzach walczących o miłość? Gdyby to byli juhasi bez skazy? Osobiście to wątpię, bo co mnie, małego karypla, przyciągnęło do Wojennych Młotów to po prostu brutalność. To wielkie spluwy, spaczone bestie, demony, cycki, mutacje. Karabiny większe od człowieka, zagłady światów, ofiary z ludzi, krew przelewająca się na wiadra. I choć nie zakładam, że każdemu dzieciakowi należy sprzedawać coś pokroju Superjail, to próby zidiociałego zmiękczania materiału ‘bo dzieci mogą to zobaczyć’ jest durnotą…

Dlaczego książki Rowling czy Pratchetta tak się wybornie sprzedają? Dlaczego są uważane za wyśmienite pozycje dla dziatwy? Bo nie traktują dzieciaków jak idiotów. Bo nie unikają trudniejszych tematów. Bo pokazują, że istnieje śmierć, że są źli ludzie, że są tortury, że w żyłach płynie krew, a nie karmel. Że można płakać i odczuwać stratę. Ach, kurde, znowu dygresja, wracamy na łono czterdziestego tysiąclecia – ogólnie rzecz ujmując cały powyższy akapit to potwierdzenie tego, że próba ‘pokolorowania’ mrocznego uniwersum, próba nadania mu lżejszego, bardziej kreskówkowego oblicza na pewno nic dobrego nie przyniesie. Wyniki finansowe korporacji powinny dać jasno do zrozumienia, że ów kierunek obrany już jakiś czas temu po prostu nie jest kierunkiem słusznym. Bo grimdark ma być grimdarkiem, i niczym innym!
Użytkownik Malthrak na BOLS’ie napisał:

40k is venturing more and more into what was once absurd parody found on late night 4chan threads just a few years ago.

Uśmiałem się. Gorzko. Bo czy tak naprawdę nie jest? Rok czy dwa lata temu jakby ktoś na 4chan’ie namalował Logana w latającej wannie, ludziska pękali by ze śmiechu i wytykali palcami debilizm takiego pomysłu. Tak samo jak Darkshroud nazywany na anglojęzycznych forach latającą sceną dla DJ’a. Widzicie, modele te same w sobie technicznie nie są złe. Ba, na pewno są i wierni fani tychże wzorów. Ale jak się one mają do uniwersum? Wszystko to wygląda tak, jakby aktualnym celem projektantów i rzeźbiarzy pod prymatem developerów nie była wartość jaką jest wewnętrzna konsystencja systemu i fluffu, lecz raczej próba dokonania czegoś ‘cool’ za wszelką cenę i na siłę. Wymyślają coraz bardziej zwichrowane pomysły nie ważąc na to, jak one pasują do armii, jak wpasowują się w świat i jego klimat, a skupiając się jedynie na odpowiedzi na pytanie ‘czy to ma dość blingu, by się sprzedać?’

Słowem, w moich oczach Games Workshop ulega syndromowi Jar Jar Binksa. Znaczy, mają potężną, mocną, śliczną licencję. Bogaty, unikalny świat, ze ściśle określoną atmosferą i klimatem. I, nie wiedząc skąd, nie wiedząc dlaczego, postanawiają poeksperymentować i ‘złagodzić’ gorzki smak ich własnego świata… Dodając cukier. I głupotę. I nagle niby wszystko jest tak samo – nadal mamy miecze świetlne, nadal mamy bitwy kosmicznych okrętów, nadal mamy złych Sithów… Ale co jakiś czas na ekranie pojawia się Jar Jar ze swoim magicznym wręcz zidioceniem i bach, czar pryska. WH40k ma teraz podobną fazę, przynajmniej z mojego punktu widzenia – dostajesz Stormfanga, dosypujesz do wora całkiem ładne drednoty a tu nagle ‘meesa flyin’ in da bathtub!’ Bolesna sprawa.


A więc na zakończenie – smuci mnie, że aktualna ekipa zarządzająca smakiem i wyrazem WH40k nie podąża mrocznymi ścieżkami, i że próbuje dosypać cukierków do tego pudełka. Wyrażam nadzieję, że marne i marniejsze wyniki finansowe firmy albo doprowadzą do potężnych roszad w pracownikach… Albo spowoduje sprzedaż firmy większemu zawodnikowi. No, cóż, na pewno nie w najbliższej przyszłości. Ale jak za rok wyniki się nie poprawią, wrócimy do tego tekstu i zobaczymy, kto się będzie śmiał! A co wy sądzicie, mili czytelnicy? Podoba wam się aktualny kierunek rozwoju stylistyki tej gry? Zmienilibyście coś? Pochwalacie? Negujecie? Piszcie, a się przekonamy!

2.02.2014

[02.II.2014] Wizje o Białym Krasnoludzie...


Games Workshop jest dla mnie niczym rządy Kaczyńskiego dla satyryków w kraju – niejako niewyczerpanym źródłem materiału do znęcania się. Nie chodzi o to, że jakoś się zwyczajnie czepiam, choć jestem pewien, że dla groma mocnych fanatyków tego wydawcy nadal jestem i pozostanę przesiąkniętym subiektywizmem reakcjonistą, co nie zmienia jednak faktu, że każdy trzeźwo myślący obserwator doskonale musi zdawać sobie sprawę z tego, że Games Workshop jako wydawca do najlepszych nie należy – i nie chodzi tutaj nawet o jakość oferowanych produktów, ale o podejście do klienta i prezentowanie często-gęsto tej brutalnej, krwiożerczej wersji czystego kapitalizmu, który bazie klientów czasem ciężko przełknąć (*na zasadzie „Kup albo Wyp!”*). Nie zmienia to również tego, że każdy z nas jest w sumie biernym obserwatorem, może do momentu w którym ktoś zakupi grom akcji tej firmy – wtedy będzie miał coś do powiedzenia. A tak to możemy sobie co najwyżej ponarzekać, pojęczeć i pomarudzić! Tym bardziej, że jeżeli nowy Customer Experience Manager o którym trąbili chwilę temu w istocie weźmie się do roboty to kto wie… Może poskacze po społecznościach graczy tu i tam i poczyta, co też ludzie sądzą o ich firmie. Przynajmniej mam wymówkę do marudzenia!

Październik Anno Domini 2012. White Dwarf przechodzi jedną z większych zmian w swoich dziejach po tym, jak firma ewidentnie doszła do wniosku, że jakość ich ulotki reklamowej odbiega od tego, za co chcą płacić klienci, bo jednak większość firm oferuje katalogi produktów za darmo, a nie za opłatą. Zmiana ta odbija się sporych echem pośród społeczności graczy i należy docenić odwagę wydawnictwa, bo zmiana nie była wcale tylko korektą kosmetyki. Zmieniono format, skład, prezencję, logo a nawet grono redaktorskie i edytorskie – był to tak naprawdę w dużej mierze całkowicie świeży start i zapowiadał się całkiem obiecująco; W sumie byłem niemałym fanem tego wznowienia, tej rekonwalescencji czegoś, co przez rok 2011-2012 coraz bardziej podupadało, aż do niesmacznych tekstów taktycznych o tym, że bronie z AP2 zabijają terminatorów a Drednoty dobrze biją pojazdy… Nowy White Dwarf jednak pomimo poprawie szaty graficznej i przywróceniu / odświeżeniu starszych serii takich jak Kit Bash czy Battlegrounds okazał się niedostateczną zmianą; to nadal była stara forma, tylko że zapakowana w nową folijkę, bardziej elegancką, wyrafinowaną… Ale jednak wkład czy też nadzienie tej pralinki nie zmieniło się na tyle, by mogła ona smakować lepie (*jakby tego było mało zamienili /dobre/ poradniki malarskie ‘Eavy Metal na niegodny Paint Splatter, serie znaną również pod nazwą ‘Jak nie malować figurek’…*). I choć zbierałem ów odświeżone Białe Karły aż do mojej decyzji o rezygnacji ze wspierania Games Workshop, to jednak niesmak rósł i niechęć tylko wzmagała się we mnie z każdym numerem, który zaprzepaścił szansę odnowy wizerunku i szybciutko wrócił na formę gloryfikowanej ulotki reklamowej. Szkoda.

No i tak sobie roczek z hakiem nowy Karzełek funkcjonował. Widać, nie zadowolił on Szefów w swych przepełnionych błękitnym dymem cygar i zapachem bourbonu kabinetach… Albo też ta nowa zmiana nie miała nic wspólnego z brakiem popularności czy słabych wynikach sprzedaży ów nowej wersji magazynu, a po prostu musiała połączyć się ze znacznie większymi zmianami wydawcy, czyli przeskokiem z miesięcznych nowości na cotygodniowe? Raczej nigdy się nie dowiemy – być może to miks tych dwóch głównych czynników i stosu innych, pomniejszych, ale nieważne co do tego doprowadziło, efekt jest jaki jest. W miejsce miesięcznika „White Dwarf” dostaliśmy tygodnik o tej samej nazwie oraz nowy miesięcznik ochrzczony „Warhammer: Visions”!

Zanim przejdę do krótkiego streszczenia mojej opinii na temat obu magazynów (*miałem bowiem już możliwość solidnego rzucenia okiem w oba*) chciałbym zaznaczyć jedną rzecz z pewną mocą – jestem bowiem fanem tych zmian. Znaczy się, przeskoku na cotygodniowe nowości, porzucenie ścisłego trzymania się tematycznie nowości i wyrażam nadzieję, że proces ten pójdzie głębiej, że już za niedługo na łamach każdego miesiąca będziemy mogli podziwiać nowinki wszelkiej maści nie tylko do jednego frakcji, lecz do kilku na raz. Jest to świetna i sprawdzona metoda nadania dynamizmowi całemu produktowi i likwiduje w dużej mierze problem z czekaniem kilku lub nawet kilkunastu lat na ujrzenie nowinek właśnie do naszej armii. Metoda ta sprawdza się wybornie w praktycznie każdym innym systemie bitewniakowym praktycznie dowolnej skali i dzięki niej nikt nie jęczy ze smutkiem, że o nim zapomnieli kiedy sam musi patrzyć, jak kumple dostają nowe towary w hurcie. Słowem, jestem całkowicie za tymi zmianami i tylko mam nadzieję, że niemalże pulsująca jasnym światłem chciwość tejże firmy (*tak, wiem – zaraz się zacznie, że firma to nie instytucja charytatywna i musi zarabiać; Jednak ‘mus zarobku’ a ‘podatek od oddychania’ to różnica, bo zarabiać można z odrobiną kultury wobec klienta, a nie wyciskając go z miedziaków jak mokrą ścierkę*) nie odbije się źle na tym pomyśle, choć wygląda na to, że to troszkę nadmiar optymizmu – już wiemy, że najpierw będą wydawać figurki a potem ewentualnego Armybooka / Codex, co wyraźnie świadczy o tym, że wolą najpierw próbować coś sprzedać zanim gracze siądą na zasady i zanim pewne zestawy podzielą smutny los tych pudełek, które zostały przez graczy ochrzczone mianem niegrywalnych.

White Dwarf! Nowy tygodnik Games Workshop jest niewarty wartości papieru, na którym jest wydrukowany. Dobrze, zaczynam mocnym zarzutem i ostrą opinią, ale nie mam zamiaru się z niej wycofać, ponieważ jak dla mnie firma wycięła wszystkie elementy ‘reklamowe’ z poprzedniej odsłony tego magazynu, wyrzuciła wszystkie mniej lub bardziej sensowne teksty i pozostawiła tylko coś, co uroczo nazywają ‘prezentacją nowości’ – słowem, nowinki za które musimy wyrzucić te 10 blaszek. Cóż, by nie było zbyt tragicznie to dostajemy poradnik malarski traktujący o malowaniu nowych zestawów, poradnik na temat konwersji oraz pełne zasady do bohatera krasnoludów. Brzmi dobrze? W teorii, bo w praktyce ów poradnik malarski to ‘Paint Splatter’, czyli najgorsze poradniki w historii tutoriali, częściej obrazujący jak czegoś nie robić, niż przeciwnie. Tekst z działu ‘konwersje’ tak naprawdę naucza nas trudnej sztuki sklejania plastikowych modeli… A zasady, choć miło mieć, cisną na usta ważne, ba, kluczowe pytanie: Czy te zasady znajdą się również ewentualnej księdze armii? Bo jak nie, to co – jeżeli ktoś chce wystawić krasnoludzkiego króla, musi nabyć odpowiedniego Białego Karzeła czy też jego cyfrowy odpowiednik?

Tak, to jest czarnowidztwo najgorszego sortu, ale powiedzmy, że od tego wydawcy jeżeli mam się spodziewać niespodzianki, to raczej nie oczekiwałbym niczego dobrego. No ale dam kredyt zaufania i zobaczymy co też przyniesie księga armii. Jakość? 32 strony na grubszym papierze, niemalże kartonie przypomina mi raczej kolejne numery Małego Modelarza czy Modeli w Kartonie niż pisemka hobbystycznego z aktualną treścią, i choć może się zdarzyć ktoś, kto uzna, ze jest to kwestia estetyczna i papier ten jest miły w obcowaniu, to ja nie mam złudzeń, że cięższa gramatura i objętość papieru służy tylko temu, by ten cieniutki biuletyn nie był na tyle wiotki i chudy, by odstraszać już po ujęciu w dłoń. Cóż, nie mam jak widać najlepszego wrażenia po przeglądzie tego bezsensownego zużycia lasów tropikalnych, i w sumie nie jestem dobrej nadziei względem tego produktu, bo jest to tak naprawdę wyciągnięcie najgorszych elementów poprzedniej wersji i sklejenie ich razem w formie informatora o nowinkach. Oczywiście płatnego. To tak, jakby za ulotki z promocjami w Biedronkach też by żądali złocisza czy dwóch, przynajmniej w moich oczach.

Warhammer: Visions, tomik pierwszy, to coś zupełnie nowego. No, przynajmniej w domyśle. Widzicie, celem Games Workshop, a przynajmniej czymś na kształt celu określonego w sposób niejasny podczas ich blogowych wpisów na temat tych nowych magazynów było stworzenie podziału – White Dwarf ma zajmować się promocją nowości ze stajni wydawcy a Warhammer: Visions ma być grubym, solidnym pismem dla hobbystów i modelarzy, prawdziwą kopalnią pomysłów, odkrywkowym wydobyciem weny twórczej, obfitującą w galerie najładniejszych modeli pomalowanych przez mistrzów ze świata oraz liczne poradniki ze strefy modelarskiej. Brzmi to naprawdę bardzo obiecująco i w sumie pierwszy rzut oka na ten grubiutki magazyn daje solidne wrażenie, ale niestety, bo zapoznaniu się z treścią ów urok szybko mija. Po pierwsze, z powodu przedruków – jest ich za dużo! Zdecydowanie za dużo, bo o ile pamiętam nawet test samego wydawcy, aż 90 stron materiałów zawartych na łamach tego tomiku to kawałki żywcem wyrwane ze starych numerów White Dwarfa. Ja rozumiem, że wysmarować tyle stron na miesiąc nie jest łatwo i można się pożytkować już skrojonymi materiałami… A nie. Nie, czekaj. Nie rozumiem. Bo choć Warhammer: Vision jest grubym tomikiem, to treści pisanej w nim jest podejrzewam mniej niż było w poprzedniej wersji Białego Krasnoluda, jako że praktycznie 90% zawartych materiałów do zdjęcia modeli! I wszystko byłoby pięknie, gdyby to w istocie były duże, ładne pokazówki dla przykładu najlepszych prac z krajowych konkursów malarskich czy prezentacje wybornych armii i modeli nadesłanych przez liczne grono fanów… I choć w istocie zarówno jedno i drugie się w tomiku znajdzie, to zdecydowanie za mało i wszystko jest spychane na bok na bicie czytelnika po mordzie modelami pomalowanymi przez studio, które w dużej mierze są poprawne i na plus, ale nie jest to poziom, do którego przywyknąć można dla przykładu przeglądając magazyn International Figure.

Jakby tego było mało, moją największą bolączką jest to, że poza galeriami oferowana na łamach tego numeru konkretna treść jest raczej niskiej jakości, co mnie w sumie zaskakuje. Po dziś dzień pamiętam, ba, mam przed oczyma tutoriale malarskie członków ekipy ‘Eavy Metal jeszcze za czasów starszego White Dwarfa, w którym to podziwiamy jak Ci nie skrępowani terminami i poprzeczką jakościową malowania studyjnego dają upust swoim zdolności i pokazują jak świetnie pomalować dla przykładu Demonicznego Księcia czy herszta orków (*o ile się nie mylę, te poradniki zostały zebrane w tomik „Eavy Metal Mastercall”, wydany w formie limitowanej wraz z pędzlami i plastikową puszką do ich przechowywania w roku 2011 – wyśmienity tomik, i choć pędzle Citadel uważam za niegodne miana pędzli, to opłacało się to kupić właśnie dla tego tomiku*), to niestety w Warhammer: Visions dostajemy również te obrzydliwe poradniki ‘dla niezwykle początkujących’ ochrzczone mianem Paint Splatter, co mnie zaskakuje i zadziwia, bo wiem, że mają dość solidną ekipę i wyśmienitych malarzy i modelarzy, by skreślić im naprawdę doskonałe materiały. Dlaczego więc upierają się, by sprzedawać publice to, co najgorsze? Nie mam pojęcia. Tak naprawdę z ‘regularnych serii’ jedyne co zachowuje solidną jakość to Blanchitsu, choć tutaj może przemawiać po prostu moje zamiłowanie do jego dzieł i wyboraźni…

Tak czy siak zmiana formatu na mniejszy, masowe przedruki i minimalne zagęszczenie aktualnej treści nie jest zdecydowanie warte tych 30~ blaszek! Najlepszym komentarzem do tego dzieła jest zdanie rzucone przez C’tana (*tak, tego z Fantasygames*) po przeglądnięciu tego tomika:

„Games Workshop wydrukowało Internet.”

I jest to prawda! Jak ktoś ma dostęp do sieci i do CoolMiniOrNot czy też Putty & Paint to po prostu /wszystko/ poza studyjnymi fotkami armii tego wydawcy znajdzie na tych stronach i ich forach. To jest w sumie dość poważny zarzut… Tak, tak, można się bronić, że tutaj jest poukładane, wyszukane, pod ręką i z komentarzem, ba, sam doskonale rozumiem wygodnictwo we wszelkich jego odmianach, ale są pewne granice co do kwoty, która jestem w stanie wydać by móc oddać się dodatkowym minutom lenistwa.


Cóż, chyba nie muszę dokładniej wyjaśniać jaka jest moja opinia na temat tychże czasopism Games Workshop, bo póki co, do najlepszych nie należy. Tygodnik White Dwarfa spełnia swoją rolę jako biuletyn informacyjny, ale jego sens w moich oczach jest wysoce wątpliwy, bo przecież w momencie w którym wychodzi nowości pojawiają się również na stronie wydawcy do oględzin, i to całkiem za darmo, czyli tak naprawdę rdzeń zawartości tygodnika jest pozbawiony sensu, a reszta jest jakościowo słaba i niegodna uwagi czytelnika. Wizje zaś, przyznam, mają potencjał… Ale tak naprawdę najpewniej dowiemy się o tym za miesiąc czy dwa, kiedy materiały do przedrukowania ze starszych numerów się skończą i będą musieli mocniej się przyłożyć do tworzenia materiałów, to się okaże, że jest to pisemko warte zastanowienia… Bo na dzień dzisiejszy treść dostępna od ręki i za darmo w sieci w zupełności mi wystarcza! Co począć… Ot, kolejny zawód zafundowany przez firmę w Czerwieni i Żółci z Nottingham. Mam nadzieję, że gorzej nie będzie, ale zmiany trwają, więc pozostaje trzymać rękę na pulsie.

19.01.2014

[19.I.2014] Dziwne dzieje Białego Karła


Dzieje się. W sensie, że naprawdę, bo to co się w ciągu zaledwie kilku dni  podziało w Internetach to fala, która zalewa fora i blogi na całym świecie, wzburzona i tocząca pianę fala na którą składa się chęć zrozumienia pewnych informacji, dyskutowanie na temat plotek i wszystko to okraszone bogactwem tradycyjnego przepowiadania końca i wrzasku na grzeszników, by Ci się nawrócili na słuszną ścieżkę, gdyż kara Bogów będzie niepomierna! A co chodzi? Cóż, każdy, kto siedział ostatnio w internetach i nie chował głowy pod poduszką wie, że w Games Workshop Coś Się Dzieje. Ogromny spadek wartości akcji, panikarskie donosy sprawdzonych plotkarzy, mroczne informacje o zwolnieniach, zamykaniu sklepów, wyrzucaniu armii na stałe z obiegu… A najlepsze, że ta eskalacja trwa, i najpewniej jutro czy pojutrze dowiemy się, że wydawca ten o krok jest od składania ludzkich ofiar na krwawym ołtarzu i że sprzedają się Fisher Price’owi by ten robił zabawki z Khornem i Slaaneshem dla małych pełzaków!

Naturalnie jako blog Aktywny i Wielce Zainteresowany nie mogłem pozostać na uboczu kiedy taka wielka, radosna fala obija się po internetowych klifach i wszczyna swoje erodujące akcje. Aż mnie ściska w przeponie kiedy widzę jak dużo zainteresowanych podchodzi do tych wszystkich wiadomości jak do apokaliptycznych wersetów przepowiedni, jak zarówno fani jak i antyfani tej firmy i tych systemów wzajemnie z entuzjazmem okładają się pięściami, gdzie tak naprawdę nie wiadomo kto komu źle życzy, czy w ogóle, a jeżeli już, to skąd się biorą te wszystkie radosne przemyślenia na tematach na forach całego globu…

Zacznijmy od początku, bo wbrew pozorom, giełdowe zawirowania Games Workshop, choć mogą być przyczyną całego rozgardiaszu i harmideru, wcale nie były pierwszą cegiełką do takiego tłumnego powstania aktywności pośród fanów. Wszystko to zaczęło się od twardej plotki na temat tego, że White Dwarf w znanej nam formie przestaje istnieć, a zastąpiony zostanie wydawanym co tydzień, króciutkim magazynem reklamowym… Co miesiąc zaś ma pojawiać się ogromny, tłusty tom o wdzięcznej nazwie Warhammer: Visions, który to tom ma być orgią wizualną zawierającą galerie z malarskich konkursów, nadesłanych prac, własnych projektów, poradników modelarskich i hobbystycznych… Plotka brzmiała nieco dziwnie, ale wyszła od źródła, które już wiele razy potwierdzało swoją wiarygodność, dostarczając zawsze celne strzały chociażby na temat nowych mrocznych eldarów czy chociażby kosmicznych marines. Słowem… Nie było powodów, by nie wierzyć, poza własnym samozaparciem.

A potem na blogu Games Workshop wyszła informacja, która to wszystko potwierdziła! Tutaj zaczęło się ciekawie, bo tylko część zainteresowanych zdała sobie sprawę z tego, jak poważna jest to informacja – Ci, którzy wzruszyli ramionami mówiąc, że i tak White Dwarfa nie kupowali więc to ich nie interesuje nie skumali dość prostej rzeczy, która dopiero teraz do nich dochodzi. Zmiana systemu release’ów. Z początku tylko wszystko na to wskazywało, ale aktualna odpowiedź Customer Service na pytanie odnośnie aktualnych subskrybentów magazynu wszystko rozjaśniła – cotygodniowy White Dwarf będzie nas regularnie informował o nowościach wydanych na łamach ostatniego tygodnia! A to oznacza, że zamiast wielkich, comiesięcznych fal nowości musimy się przerzucić na mniejsze, acz regularniejsze. Teraz kluczowe pytanie, które ciśnie się na usta groma fanów, to takie, czy będzie to po prostu jeden duży release podzielony w czasie na cztery małe fale… Czy Games Workshop całkowicie porzuci tenże system, by zaskakiwać z tygodnia na tydzień nowinkami do różnych armii, tak jak to robi cały stos innych wydawców?

Skąd tak daleko wysunięte wnioski? Cóż, plotka o tym, że Games Workshop chce zrezygnować z instytucji kodeksu i wielkich zmian edycyjnych ciągnie się za nami nie od wczoraj, lecz co najmniej od roku jak nie dłużej. Powoli acz nieustannie plotka ta nabiera siły poprzez narastające informacje, które powoli uzupełniają obraz, który wskazuje właśnie na takie a nie inne poczynania wydawcy – jak chociażby wydawanie suplementów i dodatków, które w sposób „oficjalny” miały wpływać na standardowe rozgrywki w WH40K, dodatek dla wielu graczy do WFB czy wydawanie produktów do dwóch armii w jednym rzucie (*Przy aktualnej fali Tyranidów Kosmiczni Marines dostali dataslate – niby niewiele ale to dobry start i spróbowanie, czy taka opcja jest możliwa; Bo kto im broni wraz z Dataslate’em wydać nowe modele do niego w następnej próbie takiego manewru?*). Również ploteczki na temat nowej edycji WH40k w tym roku, ochrzczonej już przez graczy edycją Sześć i Pół zwiastują odejście od starego systemu… Jak daleko wydawca się posunie, jedynie czas pokaże. Czy to będą powolne, delikatne kroczki z tygodnia na tydzień, czy też wraz z nową edycją ostatecznie spadnie katowski topów na instytucję kodeksu, a firma przerzuci się na systemy wydawnicze znane chociażby z poczynań Privateer Pressa, Wyrd Miniatures czy nawet Flames of War, gdzie wychodzą książki-dodatki zawierające po trochu nowości do każdej armii?

W teorii plotka ta brzmi absurdalnie – można zrozumieć taki system chociażby na łamach Warmachine czy Hordes, gdzie armii jest pięć czy sześć, nie licząc najemników, ale WH40k albo WFB, gdzie mamy ponad dziesięć frakcji na półkach? Otóż i ta wątpliwość zostaje poddana próbie, bo aktualne plotki donoszą również od zaprzestaniu całkowitego wsparcia do kilku armii, wliczając w to Siostry Bitwy po stronie WH40k a aż cztery armie do WFB. Dorzućmy do tego fakt, że ploteczki cicho brzęczą również o tym, że zamiast armybooków do tego systemu mają powstać trzy grubsze tomy zawierające bazowe listy armii do trzech „frakcji”, i mamy się nad czym zastanawiać. Jakby ktoś chciał rzucać daleko idące wnioski, to w sumie kampania Sigmar’s Blood wydana całkiem niedawno tak naprawdę opowiada właśnie o starciu sił z tych dwóch przyszłych Ksiąg Frakcji. Jakby to powiedział nasz ulubiony polityk-spiskowiec: Przypadek?! Nie sądzę!

Słowem, robi się ciekawie. Co prawda nadal wielu graczy krzywi się i psioczy na sam pomysł, że Games Workshop mogłoby zrezygnować z idei Kodeksów i Ksiąg Armii na rzecz dla przykładu kart z zasadami, ale tutaj lekko śmieję się pod nosem… Bo po części to  już się stało, tylko w nieco innej, sprytnej formie. Tak, kodeksy nadal mamy, tak, nadal są w nim zawarte całe armie i wszystko co jest potrzebne do zabawy… 

Ale powiedzcie mi, czym jest Datlaslate / Battlescroll, jeżeli nie kartą z zasadami do jednej jednostki czy też formacji? A Cypher czy Be’Lakor? Games Workshop już od dwóch miesięcy wydaje nam pojedyncze modele i ludzie to łykają, nawet nie zdając sobie sprawy, że właśnie testują dla wydawcy nowy system wydawania nowości. A skoro mogą wydawać pojedyncze modele z własnymi zasadami nie polegając w ogóle na kodeksach, to co stoi na przeszkodzie, by model ten przenieść na grę w formie całościowej? I tak w podręczniku ‘bazowym’ będą tylko podstawowe jednostki stanu zastanego, a oni będą mieli całkowicie wolną rękę, by wydawać nowe jednostki, postaci a wraz z nimi nowe modele kiedy tylko im się zachce, a nie kiedy trzeba będzie wypuścić nowy kodeks. Tak. System ten choć ma swoje wady, daje też wydawcy ogromną elastyczność w tworzeniu nowej treści jak i zupełnie rozbija aktualny problem z czekaniem na nową edycję swojej armii, bo zamiast czekać kilka lat, po prostu czekamy kilka tygodni aż pojawi się coś nowego dla naszej frakcji – owszem, najpewniej nie będzie to nic dużego, może jedna, dwie jednostki albo formacja… Ale zawsze coś. Tak to działa teraz np. w Infinity czy u Prywaciarzy! Skoro w tym miesiącu nie dostałem modelu do moje frakcji, cóż, w następnym pewnie coś będzie… System się sprawdza.

Jak widać to nie tylko nie jest koniec świata, ale wbrew pozorom Ja – wielki nadworny hejter Games Workshop, prawdziwa kapitalistyczna stonka na bulwach dobrej i społecznej organizacji jaką ów firma jest – gorąco pochwalam i kiwam z uznaniem głową na te zmiany, nawet jeżeli nie do końca wpadną w szyny mojego rozumowania i okażą się mniejsze lub wolniej przyswajalne w praktyce. Bo to wskazuje na to, że ktoś tam w firmie nareszcie zdał sobie sprawę, że wszystko, na czym stoi plan wydawniczy, to przeżytek zeszłego millenium, i pora zacząć zachowywać się jak współczesny wydawca gier figurkowych. Nie mówiąc już o tym, że podział na dwa magazynu brzmi niesamowicie wręcz obiecująco! Oczywiście, nic nie kupię zanim na oczy nie ujrzę lekko oparzony październikową ‘odnową’ White Dwarfa, która choć wizualnie lepsza i pyszniejsza, nadal okazała się być produktem raczej marnym, ale podział ten wyraźnie ukazuje dwa kierunki tych oddzielnych produktów. Wydawany co tydzień White Dwarf przejmuje całkowicie rolę katalogu produktów, ulotki reklamowej i ‘zachęcajki kupna’ – to tam mamy dowiadywać się o nowościach tygodnia, obejrzeć nowe modele, poczytać o innych nowinkach, może zobaczyć jakiś Battle Report… A Warhammer: Visions to ma być magazyn dla hobbystów i modelarzy, wypchany po brzegi galeriami terenów, stołów, modeli oraz poradnikami na temat konwersji czy malowania. Brzmi dumnie i obiecująca, ale tak naprawdę tylko pozostaje czekać by sprawdzić, czy ów obietnice się wypełnią, i czy rzeczywiście będzie to magazyn warty zainteresowania.

Tak więc wyczekuje pojawienia się nowej strony firmy w sieci oraz zbliżającego się Lutego by sprawdzić na własnej skórze, czy Games Workshop naprawdę dokonuje zmian, czy po prostu zmienia przykrywkę… A co do dzisiejszego wpisu! Tak. Wiem. MalifauX. Wszyscy czekacie, wiem po tym, że ostatni wpis dorobił się niemalże 1000 odwiedzin w skali dnia i nadal puchnie, wiem po komentarzach, szturchnięciach na e-maila i na FB. Spokojnie, wczorajsze dwa dni poświęciłem na graniu w ten system oraz sklejaniu modeli – ot, mi też się należą wolne dni dla hobby, prawda? Dzisiaj poleciał ten tekst, bo ploteczki i nowości mają to do siebie, że szybko się wychładzają i tracą na smaku (*a przy okazji muszę tekst na jutro podesłać mojemu Korektorowi, by wyłapał co większe babole…*). Ale dziś już bez zmyłek i potknięć czy czkawek – jutro w godzinach wieczornych możecie się spodziewać kluczowego tekstu, czyli opisu mechaniki i rozgrywki w MalifauX 2.0 właśnie. Dacie radę i wytrzymacie te 30~ godzin jeszcze ;) PS. Wielkie dzięki za zainteresowani tym systemem! Przerosło ono moje najśmielsze oczekiwania.

28.12.2013

[28.XII.2013] Siódma Edycja WH40K za winklem?


Uwielbiam, kiedy natura podrzuca mi pomysły na teksty. Ot, niby cały czas się zmagam z resztkami akapitów pod MalifauX, głównie z powodu wyjścia drugiej edycji, do której to rzut okiem na zasady udało mi się zorganizować dopiero kilka dni temu, no ale póki nie czuję się na siłach, by to dopiąć do końca (*cholerna pogoda doprawiła mnie o stan grypowy! Ot, Polskość, jak by był śnieg i lód, jęczałbym, że zimno…*), tak na serwisach plotkarskich zajmujących się głównie produktami Games Workshop zawrzało nagle na wieść o przerzuceniu dziewiątej edycji fantastycznej odmiany Wojennego Młota w przyszłość na rzecz siódmej edycji ich czołowej gry – Warhammera 40 000. Kiedy więc wielka recenzja MalifauX szykuje się na ostatni dzień grudnia i roku 2013 a Emeryt w pocie czoła i w domowym zaciszu pisze piękną epopeję, prawdziwą opowieść drogi z licznymi zakrętami i zwrotami akcji, o tytule roboczym ‘Perypetie z Prodosem, czyli jak nie wydawać gier figurkowych’, ja nie mogę nie skorzystać z tego okazji i po prostu z chęcią rzucę się na ten kuszący kąsek informacyjnych przecieków… Bo jest o czym mówić!

Oczywiście jak możecie się domyślać, mili czytelnicy, tekst ten z łatwością mógłby się przerodzić w mój naturalny stan Wylewania Gorzkich Żali na złego wydawcę, głównego szejtana na tronie gier figurkowych, złego i niegodnego kramu Games Workshop, ale wiecie, wcale nie chcę. Z dwóch powodów. Po pierwsze, wydali Kill Team – tak, co prawda w wersji cyfrowej i to dość drogo, ale nie mogę ukrywać faktu, że choć uważam swoje czasy popychania figurek GW po stołach za przeszłe i niebyłe, to po przeczytaniu tego dodatku krew we mnie zawrzała w sposób całkiem pozytywny, i mięśnie walczyły z umysłem, by coś z tym zrobić… Choć sam figurek nie mam za bardzo, to jednak sama koncepcja Kill Team’u jest wyśmienita, bo naprawdę w pełni oddaje to, o czym Games Workshop prawi już od kilku lat. Oto jest, gra do piwa, kwintesencja wręcz gry do piwa, o prostych, acz dobrze skrojonych zasadach, fajnie zaprojektowanych, dynamicznych myślach i zabójczo wręcz łatwej możliwości rozwoju domowego na zasadach ‘homebrew’. Kill Team to wyborny produkt i aż mnie pali, by nie spróbować… Kto wie, może uda mi się dogadać moim lokalnym sklepem hobbystycznym i stworzyć tam małą kampanię właśnie w Kill Team’a? Na recenzję na pewno możecie liczyć, bo produkt ten zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. W sprzyjających warunkach wystarczy kupić tylko jedno, dwa pudełka i masz już armię na Kill Team’a, czyli wydatek jak do każdej normalnej gry skirmishowej. Słodko.

Po drugie, rzeczą oczywistą jest, że gry figurkowe widzą nowe edycje i że nowa edycja  z samej swojej natury musi wprowadzić zmiany. Zmiany, często-gęsto są na tyle dogłębne lub kluczowe, że w oczywisty sposób dyskwalifikują użytkowanie starych podręczników czy dodatków, więc naprawdę nie można mieć za złe wydawcy, że wydając nowy podręcznik niejako kładzie lagę na nasze wcześniejsze wydatki, bo to po prostu norma w tym hobby i jeżeli ktoś ma do tego jakieś wąty, to proszę bardzo, ale tak po prostu jest i tyle. Jak Warmachine / Hordes uderzyło w drugą edycję, fani też musieli zaopatrzyć się w nowe talie kart do swoich pamperków. W Dreadballa nowe sezony z nowymi drużynami i zasadami to oddzielne podręczniki. Do Firestorm Armada czy Dystopiana też należało wymienić podręcznik na nowy. Ot, norma – nowa edycja, nowy wydatek na zasady.

Co do samej plotki… Wielu jeszcze w nią nie wierzy. Że niby Siódma edycja WH40k? Tak wcześnie? Przed WFB? Z jakiej racji? A ja tam wierzę.

I nie chodzi tylko o fakt, że Naftka sam stwierdza, że źródło tej informacji jest źródłem wielokrotnie sprawdzonym, źródłem, od którego ploteczki sprawdzały się praktycznie zawsze, bo kto wie, może raz na dziesięć przypadków się ktoś poślizgnie, może - w myśl paranoidalnych teorii spiskowych! - GW od czasu do czasu testuje swoich ludzi i puszcza miks chorych informacji, sprawdzając która wyciekła by móc ustalić go jest źródłem przecieków... Być może. Ale osobiście plotka ta świetnie konsoliduje wszystkie informacje na temat polityki wydawniczej GW planowanej na rok 2014. Znamy informacje, że ten rok będzie dużą zmianą dla funkcjonowania modeli Forge World na ramach tzw. 'standardowych gier'. Nie tylko ich system 'Space Marines', tfu, znaczy się Horus Heresy ma stać się grą core'ową, jak WH40k i WFB. Ma dostać normalne pudełko ze starterem, takim samym jak Dark Vengence czy Island of Blood. A bardziej szeroko zakrojone ploteczki poczynają szeptać, że WH30k ma przejść do plastiku, choć w to akurat ciężko mi uwierzyć, przynajmniej jeżeli chodzi o rok 2014, ale z drugiej strony są ku temu przesłanki, jak chociażby info o pozbyciu się Finecastu (*Ostatnie trzy fale nowinek do WFB/WH40k nie mają nic z tego materiału*) i fakt, że skoro GW zechce popularyzować ów grę, plastik byłby dobrym rozwiązaniem, przynajmniej jeżeli chodzi o podstawkę.

Powyższe informacje niejako dobrze prezentują plotkę na temat przyspieszonego wyjścia nowej edycji. Do Sierpnia / Września mają jeszcze sporo czasu, by spokojnie wydać brakujące kodeksy, no bo co też zostało? Tyranidzi zjadają nas już za kilka dni, a w odwrocie mamy Orków, Nekronów, Gwardię, Mrocznych Eldarów i dwa zakony kosmicznych marines? Sporo, nie da się ukryć, ale Zakony mogą zostać 'przepchnięte' z czymś innym na łamach chociażby suplementów, a reszta spokojnie się zmieści. A tak, to zostaje marzec, maj oraz lipiec na miesiące poświęcone dla kodeksów z uniwersum czterdziestego tysiąclecia, więc trzy kodeksy spokojnie wejdą – licząc, że nie dodamy września, bo ploteczka osadza wydanie nowej edycji raczej na jesień niż w okresie wakacyjnym. Słowem, jest naprawdę sporo miejsca na to, by upchnąć znaczną moc kodeksów i zaktualizować je do współczesnego standardu przed uderzeniem w nową edycję. Ba, zachowanie jednego czy nawet dwóch kodeksów nie podciągniętych pod szóstą edycję może im bardzo odpowiadać, bo oznaczać będzie, że będą mogli szybko wydać nowy kodeks już do siódmej edycji, jak to zrobiono z Chaos Space Marines w edycji szóstej (*Który to kodeks ‘ominął’ w ten sposób właśnie piątą edycję, przeskakując z kodeku czwartoedycyjnego na szósty, i był przedostatnim kodeksem wydanym do czwartej edycji*).

A fakt konsolidacji Eskalacji czy Stronghold Assault w podręczniku to ważny krok, bo niejako legitymizuje slot Lords of War czy wynalazki a la Void Shield. Słowem, oficjalnie ogłasza, że standardowa rozgrywka WH40k zawiera modele z Forge World'a. I choć scena turniejowa i tak poradzi sobie z tym we własnym zakresie i jak się okaże, że się balans chwieje, wprowadzi odpowiednie modyfikacje... To już gra 'do tzw. piwa' będzie ciekawsza, bo jednak ciężko będzie wyciągnąć dobre argumenty przeciwko komuś z grubym portfelem, kto sobie smyra w małych grach tytanem po polu bitwy. Oczywiście można już w tym momencie mieć wydawcy za złe, że wykonuje taki manewr… Było nie było, podręcznik główny jest jednym z tych kluczowych zakupów, bo po prostu ciężko dobrze pograć, jak się nie ma aktualnej księgi zasad
.
Dodatnie treści lub zasad z dodatków to niejako puszczenie cuchnącego bąka w kierunku tych, którzy wydali kasę na dodatki w formie samodzielnych tomików. Cóż, pozostaje tak naprawdę poczekać i zobaczyć,  w jakiej formie zostanie to rozwiązane. Być może na łamach podręcznika głównego znajdą się tylko zasady, zaś same wpisy z jednostkami będą nadal do zdobycia tylko na łamach tych publikacji? O ile ze Stronghold Assault ma to sens, o tyle Eskalacja już nie bardzo, bo poza właśnie zasadami do wystawiania Lordów Wojny same wpisy z jednostkami to kopia żywcem wyrwana z podręcznika do Apokalipsy, nie mówiąc już o tym, że Forge World opublikował oficjalną listę modeli, które może każda frakcja wystawiać na łamach tego nowego slotu w FOC, już w pewnym stopniu czyniąc sam dodatek niejako dziwacznym, pozbawionym sensu tworem. Wyrwanie kluczowych zasad i wrzucenie ich do podręcznika całkowicie tak naprawdę zniweluje jakiekolwiek argumenty przemawiające za egzystencją tego podręcznika.


Słowem podsumowania, ciężko mi znaleźć jakiś mocny, konkretny argument przemawiający na niekorzyść tych plotek, ba, wręcz przeciwnie – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że aktualizacja WH40K bardzo wpasowuje się w aktualne poczynania wydawcy i jego rozpoczętą kampanię na popularyzację produktów ze stajni Forge World, z widoczną nadzieją, że modele te zagoszczą na stołach. Jeżeli podręcznik główny da jasną i klarowną możliwość do bawienia się armiami, modelami i dodatkami zawartymi na łamach Imperial Armour, to będzie jednak pewna rewolucja! Osobiście, jestem bardzo za – taki masowy napływ nowych armii, modeli i formacji mocno rozbije aktualne meta, ostro zamiesza a sam natłok informacji i bogactwo w budowaniu rozpisek najpewniej na długo zdestabilizuje system ‘jednej słusznej rozpiski’ i zamieni tę grę w coś kreatywnego. Nie mówiąc już o tym, że bardzo chciałbym ujrzeć Forge World’owe Chapter Tactics na stołach…

15.12.2013

[15.XII.2013] Pierwsze fotki Tyranidów!


No tak, teraz już wiem, że moje wcześniejsze założenia były błędne. Jakkolwiek bardzo bym chciał, by aktywność tego bloga kwitła tak, jak w radosnych miesiącach spokojnej pracy z domowego zacisza, to jednak moja nowa profesja nie daje mi już zwyczajnie możności pisania w takim tempie i natężeniu, jakie by mnie zadowalało, i nawet wyśnione prze ze mnie dwa dni na wpis okazały się poza sferą realności, kurcząc się bardziej do dwóch tekstów na tydzień, i to głównie w okolicach weekendu! Szkoda wielka, i raczej nic się tutaj nie zmieni aż do wiosny, w której to mam zamiar oficjalnie teleportować swoje cztery litery na terytorium miasta Kraków, oszczędzając przy tym średnio 3-4 godziny dziennie na autobusowe wojaże. Cóż, z przykrością informuję, że nic na to póki co nie poradzę, więc, mili czytelnicy, miejcie cierpliwość!

A po drodze, kiedy tydzień sobie spokojnie przelatywał na znoju, ciężkiej pracy umysłowej i chęci spania przez każdą wolną minutę, którą udało mi się wycisnąć z mojego nowego, oblężonego podziału godzin, wycieki z Games Workshop okazały się bogate i soczyste, prezentując ciekawe nowości i potwierdzając, że Wielki Pożeracz nadchodzi w styczniu wraz z nowymi plastikowymi zestawami, uroczo zapowiadającym się kodeksem oraz dziwacznymi cenami, których nie mogę pojąć – i nie, nie chodzi wcale o to, że są tradycyjnie wysokie, ale bardziej o to, że nie widzę w nich żadnej logiki! Ale przejdziemy i to tego. Cóż, choć styczeń już za rogiem czyha, to plotkarskie maszyny trzęsą się w posadach i pracują pełną parą. Pora więc wsiąść na ten wóz i dorzucić swoje trzy grosze do obowiązujących ploteczek oraz wykazać się w pełni subiektywnym zdaniem na temat wyciekniętych foteczek! Do dzieła!

Naturalnie nie mógłbym zacząć od szturchania kijem tego, na co wszyscy czekali, czyli Wielkiego Robaka. Jak wiemy, Games Workshop wyraźnie dało do zrozumienia, że wypuszczanie nowej fali do armii pozbawionej czegoś dużego za te circa 250 złotych jakoś im nie leży, i po Riptidzie czy Wraithknightcie wszyscy czekali cóż też za dużą, organiczną kluchę mistrzowie z Nottingham zrzucą na barki miłośników biomasy? Jak się okazało, zaskoczyli wszystkich w sposób, cóż… Powiem, że po prostu zaskoczyli i na tym póki co pozostanę, bo trzeba przyznać, że zaprezentowane nowe modele podzieliły fanów na dwa obozy. I choć zawsze są Ci, co modele chwalą oraz Ci, co jadą po nich niczym dupą po prześcieradle, to jednak rzadko dana fala aż tak mocno dzieli graczy na wyraźne obozy zagorzałych fanów i pochlebców jak i gorejących obrzydzeniem, zawiedzionych i memlących pod nosem przekleństwa hobbystów.  

Duży robal okazuje się być wcale nie tak duży, jak można by było zakładać, co, wbrew pozorom, bardzo mi się podoba! Pudełko Haruspex / Exorcine za 220 złotych to duża, paskudna bestia, którą możemy poskładać albo jako nosiciela ogromnego działa wyrastającego z plecków albo jako, um, no cóż, coś, co wygląda, jakby połknęło granat odłamkowy. Nie, nie jestem wrogiem tego modelu, podoba mi się to, że tak nietypowo do tego podeszli. Obawiałem się, że będą się starali zrobić coś wysokiego, coś w postaci miniaturowej wersji Hierofanty, czyli bestię-patyczaka, a tu takie miłe zaskoczenie – dostajemy mutację byczka, żaby i ku uciesze miłośników wytykania palcami – Slaughterbrute’a z wojowników chaosu do WFB! Cóż, skojarzenie słuszne, bo z kadrów, które na razie dostaliśmy rzeczywiście znaczna część ciała i odnóży wygląda jak u tego modelu, co budzi wątpliwości względem tego, czy GW już zaczyna wewnętrzny recykling wzorów, czy na razie tylko nam się tak wydaje? Co do zasad, cóż, jest pełna lista życzeń wypisana jako ‘rumory’, ale najpewniejsze jest to, że Exorcine będzie prawdziwą artylerią u tyranidów, z dużym plackiem o solidnej sile i AP, zaś Haruspex ma mieć odpowiednik Magna-Grapple do przyciągania pojazdów i ma, rzekomo, radzić sobie z fortyfikacjami i pojazdami tak, jakby te były wykonane z taniego, wilgotnego kartonu. Na ile to się sprawdzi, zobaczymy, ale jest coś, co muszę powiedzieć już teraz, samemu nie dowierzając swoim słowom – 220 złotych za ten model… To niska cena. No dobrze, może nie niska, ale model jest /duży/. Pewnie, nie tak wysoki jak zabawka dla Tau czy Eldarów, ale przysadzista klucha zajmuje całą dużą, owalną podstawę, więc jednak kilo plastiku w pudełku musi być! A skoro oficjalna cena to 220 blaszek, to podejrzewam, że w normalnych sklepach kilka złociszy poniżej dwusetki uda się wygarnąć, a to już naprawdę dobrze wycenione pudełko. GW, co się tam u was wyprawia!?

Zaskoczeniem w drugą stronę jest pudełko z dawna wyczekiwanym lataczem dla tyranidów – Harpią! Która zgodnie z nową, świecką tradycją wydawcy ma oczywiście wariant w postaci Hive Crone. Model jest… Ładny, acz nie bez zgrzytów, bym osobiście powiedział. Po pierwsze, dodanie do głowy Carnifexa dodatkowych rogów, panowie szlachta, nie czyni ów głowy tworem unikalnym, po drugie zaś, kształt korpusu sugeruje opancerzonego ziemniaka. Nie znam się na aerodynamice, ale jestem przekonany, że ziemniaki nie są zbyt lotnym gatunkiem roślin. Szczerze się jednak przyznam, że to bardziej czepialstwo niż aktualne wady, bo skrzydła, kolczasty karapaks czy śliczne małe robale żerujące pod skrzydłami panienki Crone robią wrażenie i model w obu wariantach prezentuje się nadzwyczaj groźnie i całkiem dynamicznie, nawet, jeżeli Crone nosi pod i tak korpulentnym korpusem dwa wypełnione po brzegi jąderka, dumnie powiewające na wietrze. Co jednak zaskakuje to cena! 240 złotych to jednak nie w kij dmuchał za coś, to w sumie nie wygląda na bestię takiego kalibru jak ta opisywana powyżej, ale z drugiej strony tutaj wstrzymałbym się przed zbyt ostrą krytyką nowego metki cenowej, bo jednak rzut oka na zdjęcia a dokładnie na pałąk podstawki dla latacza sugeruje, że Harpia / Crone może się okazać znacznie większym modelem, niż zdradza jego sylwetka. Zdecydowanie rozpiętością skrzydeł wydaje się znacznie przewyższać rogale nekronów a samym rozmiarem zdecydowanie dominuje nad Stormtalonem, więc pozostaje jedynie wstrzymać wodze krytyce cenowej aż do ujrzenia porównania w skali. Będziemy fair, a co, niech GW zna łaskę pana!

Tyranid Hive Guard / Tyrant Guard to wzięcie dwóch starszych metalowych (*i, tfu, żywicznych*) wzorów, przerobienie je na nowe i odlanie w błogosławionym przez samego Imperatora plastiku. To, co już widzieliśmy dotychczas zasługuje na oklaski, przynajmniej w moim odczuciu. Nie ma osobiście nic do zarzuceni aktualnym wzorom. Zarówno ochrona Tyranta jak i strażnicy roju wyglądają srogo, mają ciężką budowę i czuć, że ma się do czynienia z pancernymi draniami. Są to ładne wzory, nic dodać nic ująć. Nowe mogą się nie podobać, są bardziej lekkie w budowie, bardziej organiczne niż pancerne i cóż tu więcej mówić – są dla tych jednostek tym, czym nowe pudełko Plaguebearersów było względem starszego – powrotem do starszego wzornictwa, bardziej karykaturalnego, bardziej przerysowanego! Mi się to osobiście bardzo podoba, poczynając od organicznych dział strażników roju, które naprawdę wyglądają teraz jak samodzielne organizmy, aż do wystających wypustków pancerza na ochroniarzach, które teraz naprawdę wyglądają tak, jakby mogły aktualnie stanowić tarczę łapiącą wrogi ostrzał zanim ten dosięgnie celu. Owszem, obie jednostki wyglądają pokracznie, ale w ten uroczy sposób inżynierii genetycznej, która nie myślała o estetyce a jedynie o solidnej realizacji pojedynczej funkcji. Co mnie jednak mocno kłuje to wyżyłowana cena! 210 blaszek za /3/ modele? Wiem, wiem, że są dość spore, wiem, że i tak wychodzi to ładniej niż pojedyncza brodka za 150 blaszek, ale kurde bele, to jednak już zaczyna ocierać się o górną granicę cenowej tolerancji, przynajmniej w moim wypadku. No ale oddajmy im sprawiedliwość – i tak wychodzi lepiej, niż kupowanie metalowych / żywicznych pojedynczo.

I tak naprawdę z nowinek nic więcej nie ma! Tak, tak, wiem, ze wychodzi jeszcze nowe pudełko tyranidzkich wojowników… Ale kto mi z ręką na sercu powie, że zmiany nie są po prostu kosmetyką? Ot, wzięli stare modele i korzystając z bogactw lepszej, nowszej technologii dodali więcej detali, jak aktualne membrany na zgięciach stawowych, ostrzejsze krawędzie, lepsze osadzenie oczu w czaszkach i takie tam pierdoły. Na pierwszy rzut oka modele są nie do odróżnienia od ich starszych wzorów, dopiero wzięcie obu do ręki i porównanie wykaże aktualne różnice. Oczywiście, warto zaznaczyć, że w nowym pudełku dostaniemy elementy do zbudowania Tyranid Prime, a elementy te wyglądają całkiem dobrze – poczynając od wielkiej, chitynowej krezy kończąc na kolczastych pleckach, będzie się on zdecydowanie odróżniał od swoich braci. Podwyżka ceny o 4 dolary względem starego pudełka nie piecze jakość szczególnie, bo jakość poprawiona jest ewidentnie, no i jednak dodatkowe elementy zostały dorzucone, więc można powiedzieć, że tak skromna podwyżka jest niemalże kulturalną ze strony GW.

A tutaj należy się Pochwała Pisemna skierowana do Games Workshop. Tak jest, mili czytelnicy, dobrze czytacie. Pochwała. Wygląda na to, że nasz wielki wydawca postanowił wywiązać się z obietnicy, i choć w miejsce starego, poczciwego Battleforce'a oferuje większe, droższe pudło, to jednak oferuje ono znaczną, odczuwalną zniżkę. Ot, wiemy, że pojawi się pudełko ochrzczone Tyranid Swarm składające się z 95 modeli – 40 Hormogauntów, 40 Termagauntów, 10 Gargulców, 4 podstawek z Ripperami oraz Carnifexa! Wszystko to za zaledwie 170 dolarów, co na nasze przeliczy się na okolice 500 złotych. Ktoś może powiedzieć, hola hola, to spory jednorazowy wydatek! Owszem, ale oszczędność jest niezaprzeczalna, bo by kupić wszystkie te modele osobno należałoby wydać 248 dolarów, licząc bardzo ostrożnie. Ba, nawet po cenach oszczędnych sklepów kupując powyższy zestaw nadal wyjdziemy na tym na dobre! A licząc na to, że w normalniejszych sklepach cena będzie jeszcze niższa… Wygląda to na naprawdę solidny zestaw do rozpoczęcia swojej tyranidzkiej hordy. Oby tak dalej GW, bo choć te pudełka są drogie, to kuszenie graczy tak znaczącymi zniżkami jest zagraniem słusznym i godnym pochwały (*nie wiem jak to z wami jest, panie i panowie, ale dla mnie ucięcie niemalże 70 dolarów z ceny to solidna zniżka, idąca w parze ze zniżkami zestawów świątecznych, jak Tau Firebase czy Eldarska armia duchów!*).

Cóż, jako że do nowości ze sfery figurkowej Games Workshop jestem zaledwie Obserwatorem na Uboczu, moje zdanie nie przełoży się na akcję finansową, to mimo wszystko mam nadzieję, że na łamach mojego ulubionego LGS’u będę miął szansę porządnie obejrzeć te nowe pudełka i modele by móc im wystawić solidną ocenę popartą doświadczeniem i kontaktem organoleptycznym! Na dzień dzisiejszy to są zaledwie opinie wstępne, przemyślenia ad hoc i ogólne ciche bąkanie pod noskiem. Tak czy siak dzięki za przeczytanie (*jeżeli dotarliście aż tutaj!*) i przypominam…

Fireant.pl jest blogiem wysoce otwartym! Jeżeli masz jakiś swój tekst okołobitewaniakowy, niezależnie od systemu… Jeżeli chciałbym opublikować relację, recenzję, felieton czy poradnik… Jeżeli chciałbyś zrobić to w miejscu, na które aktualnie ktoś zagląda… To nie lękaj się, i ślij tekst k’mnie na mail: fireant.blog@gmail.com


7.12.2013

[07.XII.2013] Lexicanum: Dataslates of Games Workshop #1


Miało być kilka dni temu, przyznaję, ale nadal jestem w trakcie przyzwyczajania się do nowego trybu codziennej aktywności, i cóż, jeszcze nie udało mi się płynnie wejść w nowy podział godzin wymuszony na mnie przez nowo podjętą pracę, tak więc przez ostatnie dni, zamiast pisać jak należy, walnąłem się wytyrany na wyrku i starałem się opróżnić umysł. Nie obawiajcie się, mili czytelnicy, takie czkawki w regularności w nadawaniu miną tak szybko, jak tylko uda mi się nareszcie opanować zarządzanie limitowanym czasem wolnym. Tak czy owak, warto od razu dodać, że na codziennie wpisy nie ma raczej co liczyć – raz na dwa dni brzmi dużo realniej, chociaż weekend może być wyjątkiem od tej nowej reguły, ponieważ, nareszcie, jest całkowicie wolny od wszelkich zobowiązań! Cóż, najgorsze są, póki co, czwartki, w których to praca pochłonie około 90% moich aktywnych godzin, więc o czwartkowych wpisach raczej nie będziemy mówić... Chyba, że się napatoczy wpis gościnny!

No, ale dość tego wstępu. Poprzedni wpis wywołam dyskusję tak napiętą i dynamiczną, że aż się nie odważyłem wściubiać w niej swojego nosa, pozwalając dwóm obozom skutecznie się zwalczać na gruncie werbalnym. Z mojej strony, muszę jedynie powiedzieć, że zaśmiałem się gorzko, kiedy Games Workshop niejako samo z siebie oferuje mi amunicję, bo o ile Be'Lakor miał jeszcze sens i solidne obramowania ograniczeniami (*slot HQ, dwie armie, a na dodatek zasady do modelu, który po prostu ich nie miał – argumentacja poprawna, DLC zaakceptowane!*) o tyle nowy Dataslate – Tau Fireblade Support Cadre – jest już grzesznym DLC w pełnym, paskudnym znaczeniu tego słowa wykutym w piekielnych głębinach Electronic Arts. Czemu? Już do tego przejdziemy; Nadeszła pora na recenzję cyfrowych jednostek, zarówno pierwszego demonicznego księcia jak i wielkich dział Tau.

Zacznijmy od końca, czyli od Zabawek Tau dla Każdego. Zanim przejdę do samego produkty, nie omieszkam się poruszyć dlaczego wywołał on taką burzę i dlaczego na większych forach poświęconych czterdziestce kwitną tematy przepełnione palącym ogniem radosnej dysputy a nawet kłótni. Widzicie, zabawa polega na tym, że ów twór wprowadza niejako nowy format do budowania armii i to w najgorszy możliwy sposób, bo zwyczajnie całościowo kładzie lagę na całym systemie opartym na Force Organization Chart - po prostu na łamach tzw. Formacji dostajesz jedną lub więcej zgrupowanych jednostek, którą to formację możesz dodać do absolutnie dowolnej armii, która tylko będzie spolegliwa w tabeli sojuszników. Żeby było weselej, to nie wpływa w żaden sposób na dodanie oddzielnego, pasującego sojusznika, a w przypadku armii Imperium - dodatkowo inkwizycji! Tak więc armia składająca się kosmicznych marines, imperialnej gwardii, tau oraz inkwizycji to rzecz jak najbardziej realna, choć oczywiście ograniczenie punktowe raczej wstrzymuje tworzenie takich dziwadeł - choć na większe punkty możliwość istnieje i to bez większego kombinowania.

Dlaczego uważam, że to jest złe? Cóż, mógłbym pisać o tym, jak takie podejście dokonuje brutalnego gwałtu na otoczce fabularnej, jak paskudnie wygląda ignorowanie FOC po to, by przymusić ludzi do kupowania większej liczby modeli (*tak, tak, zaraz ktoś zakrzyknie, że ‘nie trzeba nic kupować’, ale jak ludziska na forum wykazali - to tylko prawda, jak ktoś gra do piwka, jak ktoś ora turniejowo czy ligowo, i aktualnie chce coś ugrać, to naturalnym jest bieganie na tym, co aktualnie jest odpowiednio wygięte*), mógłbym pisać o tym, że nie jest to zdrowa praktyka, kiedy wydawca zaczyna tworzyć bazę mikropłatnościową do i tak drogiego produktu i tworzy sobie furtkę, precedens do tworzenia takich produktów, zmuszają niejako swoich klientów do płacenia za każdy element produktu. Mógłbym się rozpisać, ale tak naprawdę nie widzę już potrzeby - jak zauważył Metalslave, wystarczy zobrazować sobie, że źle się dzieje, skoro ‘starzy wyjadacze’ grymaszą a nawet porzucają zabawę z niesmakiem. Skoro szukają alternatywy (*znajdując ją chociażby w WH30k, który na dzień dzisiejszy wygląda stabilniej no i jest nastawiony totalnie na klimacik, a nie na spinanie pośladów!*).

No dobrze, ale co w środku? Struktura Dataslate jest całkiem klarowna – ot, na wstępie dostajemy kulturalny i przejrzysty spis zasad wyjaśniający czym są formacje i jak funkcjonują. Dyskusja o tym, jak wpłyną na balans, budowanie armii i w ogóle, czy ma to sens to oddzielny temat w sumie już wydrążony na łamach Gloria Victis. Dobrze, że zasady są i wszystko jest jasne. Następnie dostajemy mięsko, czyli fluff mówiący o naszej formacji, historię jej powstania oraz tabelkę z chronologicznie ułożonymi wydarzeniami dotyczącej jednostki. Po tym jakże radosnym fluffie następuje to, co treściwe, czyli zasady! I tutaj coś, co jest z jednej strony bardzo miłe a drugiej troszkę… Na siłę? O ile w wypadku Be’Lakora rzeczywiście dostajemy całościowo nowy zbiór zasad i statystyk dla demonicznego szefunia, to w wypadku Formacji możemy liczyć na zaledwie dwie-trzy dodatkowe zasady bonusowe, jakie dostajemy, kiedy wystawiamy dane modele w formacji, a reszta to po prostu kopiuj / wklej żywcem wycięte z odpowiedniego podręcznika – co jest in summus bardzo dobre, bo kupując zasady do danej formacji nie jesteśmy przymuszani biczami do posiadania odpowiedniego kodeksu, bo statystyki, koszty punktowe, wszelkie możliwe upgrade’y a nawet wyjaśnienie USR’ów, więc wszystko, co jest potrzebne by z formacji czy jednostki skorzystać znajduje się na łamach pliku. Przyznam, że to ładnie z ich strony, bo przecież zgodnie z logiką Stalina (*a mógł zabić!*) nie musieli wcale tak obficie się zasadami dzielić, i tylko kulturalnie napisać, że to i to znajdziecie w oficjalnym podręczniku a te jednostki są w takim a takim kodeksie. Wszystko to całościowo zamyka się na kilkunastu stronach A4, co za mniej niż 1/10 ceny kodeku wbrew pozorom strasznym ździerstwem nie jest (*cena jest znośna w pełni względem treści, zaznaczam to z mocą – co mi doskwiera to sam fakt powstania takich plików i budowanie sprzedażowej formy opartej na mikropłatnościach*).

Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy przy Dataslate do formacji Tau to… Błąd w nazewnictwie! W opisie produktu oraz jego nazwie widnieje Tau Fireblade Support Cadre, ale już na okładce oraz w tekście mamy Tau Firebase Support Cadre! Tak wiem, drobnostka, detal, każdemu się zdarzy, ale jak mam już za coś płacić, to korektę mogliby zrobić i sprawdzić, czy aby wszystko klika jak należy – jako uprzejmy obywatel już im skreśliłem maila z informacją o nieścisłości. Tuż za okładką i obowiązkowym wpisem o tym, czym jest formacja i na jakiej zasadzie jej używać przechodzimy do fluffu. 1970 słów! Dużo? Cóż, licząc, że znaczna moc opowiadań pojawiających się na łamach Story Of The Month liczy sobie podobny zakres, uznałbym, że nie za bardzo… Nie oznacza to jednak, że nie jest wart uwagi, bo choć nie ma tutaj obfitości treści, to przynajmniej należy poklepać autora po plecach za wysiłek i zbudowanie czegoś nowego – tak, wielką zaletą jest to, że od strony fabularnej nie uprawiają recyklingu, i dostajemy nowy kawałek historii oraz chronologii, które to informacje są w istocie skupione na formacji.

I tak dowiemy się, że baza ogniowa jest formacją niejako eksperymentalną, wchodzącą  w konflikt z nauczaniem i doktryną wojenną kasty ognia, powstałą raczej reakcyjnie jako próba stworzenia oddziału gotowego do walki z potężnym przeciwnikiem jakim okazali się Astartes. Co do samej formacji, cóż, trudno się dziwić, że nieco namieszała i zawrzała w środowisku – owszem, Riptide z szóstką Broadside’ów to niemały koszt punktowy, ale też niemała siła ognia! Szczególnie, jeżeli formacja dodatkowo otrzymuje zasadę Tank Hunters oraz Preferred Enemy: Space Marines tak naprawdę za darmo i może być brana do każdej armii, która może wybrać Tau zgodnie z tabelką sojuszy. Cóż, by było zabawniej, sami Tau mogą się okazać zainteresowani taką formacją, która nie wymaga Komandora Niańki!

Be’lakor był pierwszy i wyszedł w dwóch wersjach – Dataslate, czyli pliczek do WH40k oraz Battlescroll – naturalny odpowiednik dla WFB. Osobiście w WFB ledwo liznąłem i nie czuję się na siłach wypowiadać w kwestii tego jak silnym lordem dla demonów czy śmiertelników chaosu jest pierwszy demoniczny książę, ale na łamach czterdziestego pierwszego tysiąclecia demoniczny książę cieni, wybraniec wszystkich czterech potęg i manipulator własnych potrzeb jest naprawdę interesującym kąskiem! Oczywiście rozpoczynamy od standardowych formułek wykazujących cóż to jest formacja, jak działa i o co w tym biega. Muszę pochwalić stronę fabularnego tła, bo nie dość, że 2500 słów to już całkiem konkretny wpis, to na dodatek ostro rozwinęli tutaj historię im bytność Be’Lakora, ładnie wplatając go w uniwersum czterdziestego pierwszego tysiąclecia jako szarą eminencję za każdym niemalże większym wydarzeniem dotyczącym ekspansji chaosu w galaktyce ludzi, wliczając w to aktywne knowania i pociąganie za sznurki na tle Czarnych Krucjat.

Nie żałowali jednak węgla w tym piecu i zrobili z Be’Lakora całkiem kuszącego demona! Nie jest a w każdym razie nie wygląda jak byt przegięty, ale mimo to jego elastyczność dobrze pachnie – 4+ ochrony specjalnej, Shroud, Psionik poziomu trzeciego, zna od czapki całą telepatię a jak ktoś zwali test morale w poprzedniej turze, generuje D3 więcej Warp Charges. Oczywiście jest to latająca potwora o statach demonicznego księżula z dodatkiem w postaci LD na poziomie 10, więc nie mamy do czynienia z cienkim bolkiem. Można go brać jako wybór dowódcy w armiach demonów (D’oh!) oraz kosmicznych marynat o smaku Chaosu, i w sumie nie widzę przeciwskazań, by obie te armie miały jakieś problemy z wypróbowaniem tego demonicznego szefa, bo obu oferuje solidną skrzynkę narzędziową i dobre, stałe wsparcie zarówno w klepaniu twarzy jak i spuszczaniu psionicznego łomotu. Dobry, solidny plik, tym bardziej, że ma aktualnie sens – GW dobry model się kurzył, czemu by nie przywrócić go na stoły po prostu dodając mu zasady? Za taką polityką mogę w sumie stanąć murem… Choć nadal przyznam, że boli mnie, że jeszcze należy w nich rzucać za to kasę tak, jakby z samego modelu nie zdzierali fortuny.

Ogólnie jestem rozbity na dwie strony wewnętrznie skłócone. Pliki oferowane na łamach Dataslate nie są /złe/ i wbrew pozorom prezentują niezwykły spryt i marketingowe granie firmy – co lepiej sprzeda duże zestawy jak nie danie im możności bycia wystawianymi w większej liczbie armii a na dodatek dorzucenie im kilka bonusowych zasad specjalnych? Co sprzeda z magazynów starsze modele, jeżeli nie nowe zasady? Słowem, Games Workshop pokazuje, że wie co robi i to doskonale, a przy okazji robi to w nienajgorszym stylu – nowy fluff, historie popychające czas do przodu, solidne na papierze zasady, ba, do Be’Lakora, o ile mnie wyszukiwanie nie myli, nawet nowe arty skroili (*Tau Firebase oraz Storm Wing już tego szczęścia nie dzielą*). Słowem, za te kilka baksów nie jest to wcale wątła oferta… Problem jednak, przynajmniej po mojej stronie, leży właśnie w tych kilku baksach – ledwo toleruje system DLC w grach komputerowych, gdzie wyrywają z gry elementy by sprzedawać je osobno, a praktyka taka w grze figurkowej budzi moją obrazę i natychmiastową reakcję obronną. Nikt nie przekona mnie, że tworzenie mikroplików z zasadami do jednej jednostki czy formacji nie jest metodologią na żywca wyjętą z definicji DLC, i ogólnie nie jestem wcale przekonany do tego, czy gry te zmierzają przez to w dobrym kierunku…