Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreadball. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreadball. Pokaż wszystkie posty

17.06.2014

[17.VI.2014] ROC#32: Kalimarian Ancients


Wielkie dzięki wszystkim za wzięcie udziału we wczorajszej ankiecie! Oczywiście nadal jej nie zamykam, i jeżeli ktoś odczuje nagłą, palącą potrzebę, proszę się nie krępować i spokojnie dorzucić swoje trzy grosze! Na dzień dzisiejszy nie minęły nawet 24 godziny a otrzymałem dokładnie 51 odpowiedzi! Wyniki na ten moment? Cóż, jakoś wpisów otrzymała 4,48 / 5 - co oznacza, że przerażając błędy stylistycznie i ortograficzne nie przeszkadzają wam w odbiorze treści, którą w znacznej większości uważacie za dobrą! Szata graficzna i wizualny odbiór strony otrzymała 4,32 / 5 - czyli jest powyżej poprawnej normy, ale też bez cudów i ewidentnie jest miejsce na poprawki. I oczywiście ‘gęstość’ aktywności, ze średnią… 3,02 / 5. Co jest zrozumiałe, bo przewijał się motyw ciepłej irytacji faktem, że mam brzydką tendencję do znikania bez słowa! Gorąco przepraszam, jeżeli sytuacja się powtórzy, tym razem na pewno skreślę akapit czy dwa na temat tego, że nastąpi okres wyziębienia!

Z innych rzeczy, jakie wyszły… Glora Victis to pierwsze źródło, z którego wchodzicie na bloga! Ale nie ma dominacji, bo tuż za ‘ludźmi 41 tysiąclecia’ plasuje się widownia z Facebook’a oraz, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, z Wrót! Jeżeli chodzi o ulubione wpisy na blogu, to tutaj podział był bardzo równy - Ranger na pewno ucieszy się czytając, że jego recenzje starterów do Infinity okazują się bardzo popularne! Docenianie również wpisy z cyklu ‘Rzut Okiem Cyklopa’ oraz ‘Złomowisko’, wstawiając takie argumenty, jak lekkie pióro, treściwe posty oraz - co mi pochlebiło! - pisanie Bez Spiny. Z serii, które chcielibyście ujrzeć ponownie aktywne na stronie to przede wszystkim Zbuduj Lepszych oraz, z miażdżącą przewagą, Zróbmy Aniołów Śmierci! Z mojej strony mogę powiedzieć, że musiałbym być wyjątkowo tępym klocem, by ich nie reaktywować, biorąc pod uwagę fakt, że prawie połowa ankietowanych pragnie ujrzeć kolejne odcinki Zróbmy Aniołów Śmierci - nowe wpisy z tej serii z całą pewnością pojawią się, i to na dniach.

I wreszcie coś dla mnie najważniejszego. Systemu. 27 z 51 ankietowanych zaznaczyło Infinity. 24 osoby zaznaczyło MalifauX, 17 głosów poszło na Warzone: Ressurection, 14 wybrało Warmachine / Hordes, 13 stoi za Dystopian Wars (*ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu!*) a reszta systemów otrzymała mniej niż 10 głosów. Cóż, wygląda na to, że duet Infinity / MalifauX w zupełności wam wystarcza mili czytelnicy, choć najpewniej absolutny brak informacji, recenzji i innych tekstów z nowego Warzone’a będzie ulegał zmianie! Nie byłem przygotowany na takie zainteresowanie tym systemem, jak widać. Oczywiście odpowiednie wpisy o innych systemach też będą się pojawiać, ale na dzień dzisiejszy skupimy się na trzech najczęściej wybieranych przez was systemach… I na Dystopian Wars, bo nie dość, że pozbierało sporo głosów, to również często zaznaczaliście tę opcję w tekstach, które chcielibyście widzieć na blogu ponownie.

Ach… No i pamiętaliście, w znacznej większości, że pojazdy Tau się porzuca. Brawo :D

No cóż. Wstęp wyszedł nieco dłuższy niż zazwyczaj, ale uważałem za słuszne podzielić się z Wami wynikami wczorajszej ankiety. Bo bynajmniej nie jest to kwintesencja dzisiejszego wpisu! Jak widzicie po rozpoznawalnym banerze, jest to kolejny odcinek z serii Rzut Okiem Cyklopa, w którym to otwieram kolejne pudełko z zespołem do… Dreadball’a! Tak, tak, nie jest to za bardzo system, który cieszył się wielką popularnością pośród ankietowanych – najpewniej dlatego, że zapomniałem go dodać! Nie zmienia to faktu, że zapomniałem o nim najpewniej dlatego, że ciężko to nazwać systemem! Pewnie, ma swoje zasady, ma rozwinięty aspekt kolekcjonerski jak i kolejne edycje (*sezony!*), ale jest to bardziej figurkowa gra planszowa z rozszerzeniami… A bitewniak z tego żaden, bo to gra sportowa… I w ogóle, jeżeli jesteście zainteresowani, czym jest sam Dreadball i jak się do niego zabrać, to polecam zapoznać się z tymże wpisem! A teraz otwieramy przerośnięte pudełko po VHS’ie i rzucamy okiem, co tym razem Mantic wepchnął do pudełka za 65 złotych polskich!


Pudełko, cóż… Już się jeden minus na wstępie należy – rozmiarowo jest nieco grubsze od pozostałych, by pomieścić ekipę, ale Mantic jakby nie uwzględnił tego u drukarzy, i okładka nadal jest spasowana na mniejsze pudełka, przez co nie pasuje! Nie, żeby mi to jakoś dopiekało, ale estetyczne to to nie jest i jakby ktoś sobie życzył wstawić na półkę, to mu będzie psuć wygląda. No ale do rzeczy, co skrywa pudełko? Standard Mantica – ramkę z odpowiednią liczbą heksagonalnych podstawek, przezroczystych, oraz woreczek zawierający wszystkie komponenty potrzebne do sklejenia ośmioosobowej ekipy! Mantic niczym Privateer Press z jakiegoś to powodu nie wierzy w wypraski, i modele dostajemy ‘wstępnie wycięte’, co choć w zamyśle brzmi całkiem pozytywnie, gdyby nie fakt, że sama jakość odlewów i tak wymagała sporo czyszczenia, by modele się jakoś zgrzebnie reprezentowały! Pudełko jest większe, bo ekipa jest dość nietypowa – składa się nie dość, że z gabarytowo dość sporych modeli, to na dodatek aż z trzech wysoce odmiennych wzorów.



Ale najpierw rzućmy okiem na same części i ogólną jakość odlewów, która jest… Raczej przeciętna. Mówiąc delikatnie, co mnie nieco zaskakuje, bo jest to drużyna dodana do trzeciego, najbardziej aktualnego sezonu. Nadal twierdzę, że Ukomo Avalanchers to solidne modele – pewnie, z kupą nadlewek i wymagające wyczyszczenia, ale o dobrych rzeźbach i ładnych teksturach (*mimo to, wiem i to doskonale, że przydałby się nowe zdjęcia – aktualne nie oddają w ogóle tego, jak się prezentują*)., to jednak Kalimari Ancients czy też jak kto woli drużyna Nienazwanych już nie osiąga tego poziomu i w sumie prezentuje średni towar Mantica… Czyli sporo nadlewek i to pędzonych przez twarze czy inne pełne detali miejsca, gdzie z pewnością przeszkadzają. Czyli nieostre krawędzie i w sumie niewiele detali. Czyli niewygodne i wymagające obróbki złącza, by dało się to skleić do kupy. Słowem – jest słabo, choć oczywiście płacąc 65 blaszek za 8 modeli, wiemy mniej więcej, że możemy się spodziewać takiej jakości, prawda?




Cóż, rzućmy okiem na poszczególne modele. Pozwoliłem sobie na szybko skleić po jednej sztuce z każdego rodzaju. To, co widzimy powyżej, to jeden z obrońców – w wariancie „Twardym”. Ten zawodnik reprezentuje solidne statystyki i ogólnie służy do przyjmowania ciosów i ich entuzjastycznego oddawania! Model w sumie dobrze to oddaje i jest moim ulubieńcem z oferowanych w pudełku wzorów! Owszem, nie mamy tutaj nic kosmicznie nadzwyczajnego, ale gruby karpaks, tłuste szczypce i dolna część ciała składająca się z licznych macek… Ładnie się to prezentuje! Poza, choć nie jest jakoś zabójczo niesamowita, to jednak prezentuje się dynamicznie, agresywnie i sympatycznie! Och, może przydałoby się dodać, że Nienazwani to przymierze różnych, spokrewnionych ze sobą gatunków, głównie wyglądających jak wściekły makaron z dodatkami! Choć, oczywiście, niekoniecznie, ale o tym się przekonamy później. Cóż, niestety, twarze czy też mordy są raczej zmasakrowane przez grube i paskudne linie podziału, które będą wymagały ostrego szlifowania, by dojść z nimi jakoś do ładu czy składu, ale cóż… Chce się mieć figurki za pół darmo, to się cierpi z tego powodu! Mimo to para Krabowych Klusek przypadła mi do gustu i będzie się dobrze sprawować w przepychaniu piłki po arenie.




Drugi obrońca wcale na takiego nie wygląda – chudzinka, która aż się prosi o porządną kanapkę! No ale nie dajmy się zwieźć pozorom, bo ten strażnik nie polega na brutalnej sile ani na wytrzymałości, lecz raczej na doskonałym możliwością przechwytywania przeciwników! Elastyczne ciało składające się z samych macek z pewnością ułatwia pochwycenie przeciwnika i w tej roli nasze kałamarnice w pancerzach sprawują się wybornie. Sama figurka jest naprawdę solidna! Niestety, znowu cierpi na problemy okołomanticowe, bo pomimo naprawdę zacnej rzeźby, fajnej, dynamicznej pozy i eleganckiej budowie ciała, nadal musimy się użerać na potęgę z masą nadlewek, które w paskudny sposób psują efekt, jaki rzeźbiarz starał się tak żmudnie uzyskać. Czy to płytki pancerza na nogach, czy podział poszczególnych macek, wszystko jest nieco pokiereszowane przez wszędobylskie nadlewki! Jakby tego było mało, ostrość detali nadal odstaje od jakości, z która lubię obcować, i niestety, kuje w oczy. Szkoda.




I na koniec, czterech striker’ów pod postacią paskudnych ni to krewetek, ni to pasikoników. Modele te są dość… nietypowe! Przeważnie strikerami w drużynach są najmniejsi, najlżejsi i najbardziej delikatnie wyglądający zawodnicy, ale u Nienazwanych rolę tę przejęły raczej sporych gabarytów insekty o aż sześciu parach kończyn. Model ten nie podoba mi się praktycznie wcale, zza wyjątkiem głowy, która, uważam, wyszła zacnie – ładne, wielkie ślepka, pancerny ryj i wystające ssawki i macki robią dobre wrażenie! Ciało jednak jest jakby przeciętnej jakości rzeźbią początkującego gmeracza w glinie polimerowej, a jakby tego było mało, dodawane podstawki mające na celu ułatwienie przyczepienia modelu do heksa są tak zrobione, że sklejenie ich w sposób zgodny z przewidywanym powoduje, że model MOCNO wystaje poza krawędź swojej bazy i w sumie do grania się średnio nadaje, bo ‘wpycha się’ na sąsiednie pola. Fortunnie można te dodatkowe podstawki dokujące olać, i po prostu przykleić model na chama na tyłu do podstawki, dzięki czemu stoi pionowo jak bogowie przykazali.

Jak widzimy, nie jest to najlepiej wydana drużyna do Dreadball’a – pewnie, nie ma tragedii, szczególnie jeżeli gdzieś tam z tyłu głowy zapamiętamy, że całe pudełko kosztowało nad 65 złotych, a za tę kwotę nie raz nie będzie nas stać na /jedne/ model od Games Workshop – co nie zmienia faktu, że ów jeden model z pewnością będzie miał miażdżącą przewagę w jakości! Tak czy owak nie uważam tego za zmarnowany wydatek, bo drużyna, kiedy ją pomaluje (*za jakieś 20-30 lat*) będzie się prezentować solidnie na planszy, a co ważniejsze – Kalimaryjscy Starożytni to naprawdę ciekawy zespół do grania, z unikalną kompozycją drużyny i kilkoma ciekawymi sztuczkami w swoich śliskich, wypełnionych mackami rękawach.


I na koniec, pytanie do publiczności – czy bylibyście zainteresowani opisami poszczególnych drużyn do Dreadball’a tak, byście mieli łatwiejszy wybór w doborze własnej ekipy? Przypominam, że na wakacje wystartuje w Krakowie liga tejże gry, więc może warto pomyśleć? A dziś, to by było na tyle! Do miłego!

29.05.2014

[29.V.2014] ROC#30: Ukomo Avalanchers


Witam ciepło w ten chłodny, niemalże jesienni majowy dzień. Za oknem deszcz - mokry i zimny - i szarówka, smutna i ponura. W sumie, aż mnie zaskakuje fakt, że chciało mi się cokolwiek pisać, ale jako że wczoraj niczego ciekawego nie było, nadszedł czas, by coś skreślić z listy ‘do zrobienia’ i zadbać o to, by blog nieco rozruszał zmurszałe kości. Cóż, o nowinkach ze świata wojennych młotów z pewnością wszyscy już wszystko ogarnęli, zapoznali się i dyskutują aktualnie na forach aż wrze… Nie widzę więc palącej potrzeby by dorzucić do tego kotłowiska własnych trzech groszy, ale nie zmienia to faktu, że poza Wielkim Gie Wu pozostałe wydawnictwa też nie spały, i wydarzyło się sporo miłych rzeczy… Powoli się w nie wgryzę, delikatnie kierując nurt bloga jeszcze bardziej w tzw. systemy niszowe.

Tak więc dziś wracamy do serii Rzut Okiem Cyklopa pudełkiem od Mantic Games przeznaczonym do Dreadball’a! Osobiście lubię tę ‘figurkową planszówkę’ wraz z jej dynamicznymi zasadami i dobrze zbudowanym systemem prowadzenia ligi (*kiedy twoja drużyna rośnie w siłę, czujesz ciepłełko satysfkacji*) ale nie ma co się rozczulać - Manticowi daleko jakością do Wyrda czy chociażby Games Workshop właśnie… Kiedy otwierałem pierwsze ich pudełka, modele przeważnie można było określić jako jedna wielka nadlewka z kawałkami rzeźby gdzieś pośrodku. Czy najnowsze ich odlewy poprawił się w jakości? Czy nie trzeba już spędzać kilkunastu godzin z nożykiem, drapakiem i pilnikami, by doprowadzić je do jako takiego ładu i składu?



Mogę już teraz zdradzić, że i owszem, Mantic zdecydowanie poprawił swoją jakość. Dowodem na to twierdzenie będzie pudełko jednej z najnowszych drużyn do Ponurej Piłki, czyli teleportujące się żółwie (*nie ninja, a szkoda*) - Teratons! Drużyn, która od momentu zapowiedzi bardzo do mnie przemawiała, i która z pewnością stanie się moją czołową ekipę w momencie, w którym uda się rozkręcić małą, krakowską ligę tejże gry. Ale wróćmy do pudełka - jak zwykle największym atutem produktu Mantica jest cena względem zawartości, bo za zaledwie 65 blaszek dostaniemy osiem plastikowych modeli. Nie muszę chyba przypominać, że względem konkurencji, jest to cena wyjątkowo niska. Oczywiście, coś za coś - nie dostajemy tutaj wyprasek z masą alternatywnych komponentów czy chociażby jakąś satysfakcjonującą możliwością dowolnego sklejania póz naszych grubasków. Nie jest jednak tak, że dostajemy klony co do joty i musimy się z tym pogodzić! Mamy kilka odmiennych łap, różne ogonki, odmienne korpusy i głowy - po prostu zarówno wachlarz oferowanych możliwości jak i same zmiany w poszczególnych komponentach nie są jakoś zadziwiająco kreatywne czy bogate. Cóż… Jak się chce odmiennych modeli, trzeba sobie sprawić booster packa.



A jak modele? Cóż, to nadal Mantic, więc cudów nie ma - nie ma jednak tragedii, co w sumie jest pozytywnym zaskoczeniem. Choć nadlewki nadal są i nadal potrafią się pojawić w najdurniejszych i najtrudniejszych do zdrapania miejscach - jak chociażby wzdłuż głowy - to jest ich zdecydowanie mniej niż w starszych pudełkach i rzeczywiście są już tylko nadlewkami, a nie masakrującymi figurkę przesunięciami formy, wżerami czy dodatkowym kawałkiem, którego nikt nie planował na miniaturce. Troszkę pracy z nożykiem i pilnikami i można każdą część będzie oczyścić bez większych bolączek. I choć zdjęcia tego nie oddają, figurki są aktualnie... całkiem ładne! Mi osobiście pancerne high-techowe żółwie mordami, jakby byli wściekli na cały świat bardzo podeszły i w sumie nie mogę się doczekać, aż rozpocznę malowanie chociaż jednego, ot tak, dla kurażu. Jak już wspominałem wcześniej, choć co prawda z nadmiarem klonów się nie spotkamy, bo rączki mamy oddzielnie i przy odrobinie pracy z cążkami może się kreatywnie wyżyć, nie zmienia to jednak faktu, że zbyt dużych możliwości tutaj nie mamy - sami widzicie, jak wyglądają korpusy, i bez ostrego konwertowania o dynamicznych, unikalnych pozach możemy sobie co najwyżej pomarzyć. Z drugiej strony, pamiętajmy - cena robi swoje.




Proszę o wybaczenie za zdjęcia, ale mój prawdziwy aparat zostawiłem w biurze - przez co dzisiejsze fotki są jakości takiej, jakby były zrobione ziemniakiem. Tak czy owak zdjęcia są solidnie duże, więc możecie się przyjrzeć detalowi - jak już powiedziałem, choć cudów nie ma, to źle zdecydowanie nie jest. Zrogowaciała, łuskowa skóra posiada odpowiednią teksturę, pancerz ma wyraźne ranty, nity i otwory na wkręty a nawet odpowiednie wywietrzniki. Słowem, jest całkiem zgrzebny! Cała ósemka jest na takim poziomie i nie ma tutaj odstępstw od przyjętej normy - w sumie, dobra wiadomość.

Ogólnie rzecz ujmując, jest to w istocie pudełko, które udowadnia, że wydawnictwo Mantic cały czas podnosi poziom. I choć daleko im do Games Workshop czy Wyrda, to powoli doganiają jakość plastików Privateer Pressa i jeszcze chwilę, jeszcze troszkę, i ich ceny nie będą już tylko konkurencyjne, ale wręcz zachęcające, oferując dobrą jakość za wyborną cenę. I to, moi mili czytelnicy, byłoby tyle na dzisiaj... A jutro? Coś o nowinkach ze świata...

18.09.2013

[18.IX.2013] ROC#19: Dreadball


Witam pięknie w porządny słoneczny dzień! Ciepły wrzesień tak mile nastraja do życia – komarów już nie ma, bo wyginęły. Gruby kot wygrzewa się na ciepłym chodniczku a zimny porter tak jakoś lepiej smakuje na tarasiku, kiedy rześki wiaterek wieje w twarz i przewraca kartki dzieł zebranych Conana Doyle’a – ów całościowe wydanie historii Sherlocka Holmesa w jednym, wielkim tomie za bezcen to prawdziwy skarb, gorąco polecam! Można by powiedzieć, że nie może być lepiej… Aż do momentu, w którym pod odrzwia podjeżdża obdarty, pomarańczowy van Poczty Polskiej a z niego wysiada moja paczka solidnych rozmiarów zawierająca moje zamówienie – wielkie pudełko zawierające wszystko, co potrzebne by rozpocząć zabawę w Dreadball, futurystyczną grę sportową!



Tak jest, swego czasu,  nie tak dawno temu rozpisywałem się w formie recenzji-introdukcji na temat tejże produkcji – nie mam zamiaru się powtarzać i pisać o zasadach czy mechanice – wszystkich zainteresowanych zwyczajnie zapraszam do tegoż tekstu. Dziś skupimy się na stronie wizualnej, czyli rozdziewiczymy pudełko, zajrzymy w głąb jego trzewi, wyrwiemy modele z ewentualnych wyprasek, ocenimy ich jakoś, sprawdzimy żetony, planszę… Słowem, choć nie jestem fanem powtarzania tekstów, dziś zapraszam do kolejnego odcinka Rzutu Okiem Cyklopa, o tyle obfitego, że dziś rozpakowujemy całą grę!

Rzućmy okiem na pudełko – to dość nietypowy format, bo jest dość duże ale płaskie, a nie chociaż razem z bratem na półkach mamy dziesiątki różnych planszówek, z takim pudłem się jeszcze nie spotkaliśmy. Ładne jest, estetyczne, z profesjonalnie namalowaną okładką, sztywnym, lakierowanym kartonie… A w środku klasyka rocka, czyli wypraska na talię kart,  dużą księgę z zasadami (*sezon pierwszy – jest już dostępna księga z sezonem drugim, konieczna do używania dodatkowych drużyn poza krasnoludami i szczurołakami*), troszkę żetonów, świetnie wykonaną planszę oraz naturalnie woreczek z figurkami! Warto zauważyć, że Dreadball jest tym nietypowym amalgamatem pomiędzy grą planszową a figurkową, jak Battlelore czy Dust Tactics – słowem, planszówka, którą można poszerzać kolejnymi zestawami figurek właśnie. W wypadku Ponurej Piłki będą to właśnie nowe drużyny!





Warto tutaj wspomnieć o jakości poszczególnych elementów, bo jest dość nierówna. Plansza jest wyśmienita – gruby, powlekany materiałem karton od spodu, foliowana wierzchnia warstwa, świetny, klarowny wydruk planszy, cud-miód-malina. Obawiałem się, że będę zmuszony nabyć drewnianą czy plastikową planszę oferowaną przez producenta, ale wygląda na to, że arena zawarta w pudełku przetrzyma wiele godzin grania, zanim się zużyje. Na plus. Żetony są grube i jakościowo dobre, ale sposób ich wypchnięcia z ramki grozi uszkodzeniem – nożyk modelarski się przyda z pewnością, by je wycisnąć bez rozrywania. Podobnie mógłbym napisać o kartach, bo karton użyty jest wyśmienity (*nawet nie czuję, kiedy rymuję*) ale ponownie wygląda na to, że maszyna do wycinania wzorów pochodziła z zeszłej dekady, bo widać wyraźne ślady cięcia na brzegach. Ponadto dostajemy regularne kosteczki w trzech kolorach, po zestawie na drużynę plus trzeci zestaw kostek dodatkowych.

Zanim przejdę do figurek, chciałbym zwrócić uwagę na księgę z zasadami, bo w istocie nie jest to instrukcja na kilka kartek, ale poważny podręcznik gry rozmiarem i objętością spokojnie dorównując zasadom Infinity czy podręcznikowi do takich gier jak Dust Warfare czy Dystopian Wars. Słowem, to pełna lektura oferująca świetne zasady, rzut okiem na historię tego jakże brutalnego sportu oraz naturalnie listę dostępnych drużyn i ‘graczy specjalnych’, tak zwanych MVP (*Most Valuable Player*) – czyli wszystko, co potrzebne do grania w tak zwany sezon pierwszy, czyli tak jakby pierwszą edycję gry. Jest to w sumie mały minus ze strony Mantica, bo skoro wydali już drugi sezon a trzeci nadciąga, to mogliby już pakować do pudełek z grą aktualny podręcznik, tak, by można było korzystać z dodatkowych drużyn i MVP’ków bez konieczności wydawania kolejnych pieniędzy na sam podręcznik. By jednak oddać firmie sprawiedliwość, zanim jeszcze nabyłem grę zapytałem, czy mogliby udostępnić zasady za darmo w formie PDF’a – ku mojemu niezwykle pozytywnemu zaskoczeniu, zgodzili się i dostałem zasady za friko by móc promować grę. Świetny ruch z ich strony – wątpię, by PP czy GW kiedykolwiek poszli na taki manewr. Kudos! (*jeżeli ktoś chciałby poznać pełne zasady, proszę pisać na maila, mogę podesłać PDF’a!*)













No i nareszcie punkt kluczowy programu – modele. Słowem wstępu chciałbym dodać dla stałych czytelników, że fakt mojej rezygnacji z Warhammerów nie oznacza, że ich modele w moich oczach nagle drastycznie zbrzydły. Z tym przedsłowiem powiedzmy więc, że Mantic znany jest przede wszystkim z tworzenia tanich zamienników właśnie do wojennych młotów – Och, oczywiście nigdy się do tego nie przyznają, ba, mają nawet własne systemy do pogrania jak Kings of War czy Warpath, ale my, hobbyści, dobrze wiemy o co chodzi… A Mantic oferuje prostą alternatywę w postaci jakościowo zdecydowanie słabszych modeli, acz zdecydowanie i drastycznie tańszych. Games Workshop nadal pozostaje zdecydowanym królem plastiku i Mantic ma jeszcze długą drogę przed sobą – fortunnie z każda nowością widać poprawę, więc być może nie trzeba będzie czekać długo, by różnice w jakości zminimalizować w odbiorze.

Jak to jest zatem? W pudełku mamy 21 modeli, po dziesięć na drużynę oraz jedna nadmierne seksowna, robo-sędzina. W starterze zaczynamy z dwoma drużynami – uniwersalnym zespołem ludzi na usługach zamożnej korporacji, ‘Tronteks 29’ers’, idealnym dla początkujących, bo posiada członków zespołu w każdej ze standardowych ról i wszystkich z całkowicie średnimi statystykami. Opozycją dla naszych ludzkich przedstawiecieli w tym krwawym sporcie są maruderzy, znaczy się, kosmiczni zielonoskórzy – orkowie i gobliny, byli piraci, wprowadzają na arenę uroczą grę w stylu ‘pogruchotaj kości przeciwnika, potem przejmuj się piłką’ – oto ‘Greenmoon Smackers’!

Modele są… klonami. Znaczy się, mamy pięć bazowych wzorów łącznie, trzy dla ludzi, dwa dla zielonych, ale odmienne główki i rączki dają nam odrobinę elastyczności w kwestii ich sklejenia i poskładania tak, by nie wyglądali na planszy jak totalna armia klonów; Naturalnie jako drużyny sportowe, unifikacja poprzez kostium to standard, więc nie zaskakuje mnie to, że wszyscy z danej drużyny noszą podobne wdzianka. Tak naprawdę różnice wizualne są dla graczy, tak, by mogli łatwiej odróżnić poszczególne typy zawodników. Elementy są odlane tak, jak powiedzmy odlewało Games Workshop 8-10 lat temu – słowem, nie jest źle! Jest jakiś detal, są ładne wzory, dostajemy dynamiczne pozy, ale są też problemy, jak potwornie widoczne linie spojenia, liczne nadlewki i ogólny brak ostrości w detalach (*wszystko jest takie odrobinę wygładzone*). Czyli na moje oko jest to taki poziom jakości, jaki prezentują plastiki Privateer Press – dobrze wygląda na dużych modelach, ale już mniejsze widocznie cierpią. Jeżeli jest z tego jakiś tak bonus to taki, że brak jakiś niesamowitych detali ułatwi malowanie.

Zresztą, sami możecie ocenić po fotkach – nie jest źle, nie jest to poziom smuty Neuroshima Tactics, ale do współczesnych modeli GW czy chociażby Malifaux jednak im sporo brakuje. Warto jednak wykazać plus – plastik jest twardy i solidny, sprawia wrażenie odpornego a jego obróbka nożykiem modelarskim czy cążkami to czysta przyjemność, i w sumie z odrobiną czasu i dedykacji można bez problemu oczyścić te 21 modeli ze wszystkich drobnych wad odlewniczych.

Słowem podsumowania, jest ładnie – w teorii te circa 230 złotych to całkiem sporo jak za 21 modeli średniej ligi w jakości, ale pamiętajmy, że w to należy wliczyć również solidny podręcznik z zasadmi, planszę, żetony i karty – no wiecie, całą grę! Potwierdzić mogę, że sama rozgrywka jest dynamiczna, sympatyczna i pobudzająca gamingową adrenalinę, a dalsze rozszerzanie gry nie jest już znacznym obciążeniem dla portfela; nowa drużyna to wydatek rzędu 70 blaszek a MVP to 20-40 złociszy, zależnie od rozmiaru. Łączny wydatek na posiadanie 4 drużyn i kilku dodatkowych postaci spokojnie zamknie się w całości poniżej 500 złotych, i to znacznie – a to już 4 graczy do zabawy, małą ligę klubową spokojnie można urządzić.

I mała informacja dodatkowa na zakończenie – jesteś z Krakowa lub okolic? Chciałbyś spróbować pograć w Ponurą Piłkę Przyszłości? Ja i mój zestaw jesteśmy do usług, zawsze gotowi w weekendy na pojawianie się i zorganizowanie gry pokazowej dla zainteresowanych!

18.07.2013

[18.VII.2013] Dreadball!


Tłum szalał kiedy głowa przeleciała nad rzędami wiwatujących miłośników przemocy! Potężny ork zahuczał triumfalnie kiedy jego uderzenie nie tylko ewidentnie złamało zawodnika korporacji niczym trzcinkę, ale też zerwało jego łeb, którym to z entuzjazmem cisnął w tłum. Obrońca drużyny słabowitych ludzików w tym czasie dyszał tuż obok, próbując powstrzymać Zgrodd przed zdeptaniem drugiego wybijającego ich drużyny. Nie wychodziło mu to za dobrze, a w całym tym zamieszaniu goblin Snakka pędził w kierunku piłki jak torpeda, bezpiecznie odizolowany od zawodników przeciwnika, którzy dopiero nadbiegali z połówki swojej strefy z wyrazem paniki na twarzach. Będą łatwe punkty! Ale oczywiście Snakka, mały gnojek, nie poradził sobie z piłką i ta wymsknęła mu się prosto w ręce człowieka, który przechwycił ją i błyskawicznym pędem podświetlił strefę punktową i wykonał piękny rzut, częstując kolanem goblińskiego obrońcę tak, że aż kły poleciały. Ryk tłumu wypełnił stadion kiedy piłka przeleciała przez holokrąg i syreny obwieściły kolejne punkty dla ludzi…

Dawno, dawno temu, w mrocznych i zapomnianych czasach roku 1987 niejaki Jervis Johnson postanowił wzbogacić ofertę firmy Games Workshop o nową, zamkniętą w pudełku grę mającą na celu być parodią amerykańskiego futbolu a przy okazji korzystającą z bogatego i ciągle puchnącego uniwersum Warhammera Fantasy Battle – tak narodził się Blood Bowl, gra niejako kultowa, która przez pewien czas rozkwitała, trzymała się mocno, dorobiła się dziesiątki klonów na całej planecie (*ot chociażby Troll Football od Sfery – wydawnictwa znanego z klonowania fajnych gier zanim Polska zaczęła uznawać takie wynalazki jak własność intelektualna!*). Gra była popularna, ponieważ – szczególnie jak na swoje czasy! – oferowała bardzo dynamiczną rozgrywkę z dobrze napisanymi zasadami, w których taktyka odgrywała kluczowe znaczenie i wszędobylska losowość, choć potrafiła napsuć krwi, i tak ustępowała dobrej strategii.

Niestety, Games Workshop przestał rozwijać ów produkt wraz ze skupieniem całych swoich sił na rozwoju swoich dwóch głównych produktów, czyli WFB oraz WH40k – Blood Bowl, którzy żył sobie w ciepłym zakątku Specialist Games zaczął odczuwać wszystkie bolączki tego statusu; brak wsparcia rodziców powoli acz skutecznie wychładzał zainteresowanie grą, tym bardziej, że ząb czasu regularnie ją nadgryzał, i tak zasady czy modele, które jeszcze dekadę temu można by było przełknąć na dzień dzisiejszy już niczym nie zachwycają. Oczywiście zawsze znajdą się wierni fani, którzy starożytne odlewy nazwą ‘klasycznymi’ a zasady ponadczasowymi, ale fakty pozostają faktami – Blood Bowl jest jak Imperator: Martwy, ale dziesięć tysięcy fanów na całej planecie jeszcze stara się coś z tym zrobić.

Czemu przytaczam pokrótką historię krwawego sportu od GW? Bo jak doskonale wiemy, natura nie znosi próżni, i kiedy obiekt o pewnych właściwościach poprzez entropię dokonuje swojej egzystencji (*Tak, w przerwie między bitwami kosmicznych marines czytam Widdlesteina... Jestęł Inteligentęł!*) nowy obiekt o podobnych właściwościach zajmie jego miejsce! I kiedy Blood Bowl został podcięty i wyrwany z zakurzonej donicy w momencie, w którym Games Workshop oficjalnie ogłosiło śmierć całej rodziny Specialist Games, nowe dziecko Mantica uderzyło z potężną maszyną promocyjną, rozpychając się brutalnie niczym zawodnicy ich gry. Dreadball to ponowne podejście do tematu futbolu przy użyciu figurek, tym razem jednak zamiast uniwersum fantasy dostajemy świat SF, w którym korporacje wystawiają swoje drużyny do brutalnego sportu, gdzie piłka lata równie regularnie jak części ciała zmasakrowanych zawodników!


Czym jest więc Dreadball? Grą sportową naturalnie, kolekcjonerską oczywiście, działającą na popularnym ostatnio wzorze LCG (*Living Collectible Game*), w którym to systemie kupujemy pełnowartościowe pudełko podstawowe, zawierające wszystko, co potrzebne do prowadzenia pełnej rozgrywki – zasady, żetony, drużyny zawodników dla dwóch graczy, planszę… Lecz mamy też bogactwo dodatków w postaci nowych, unikalnych drużych czy nawet pojedynczych modeli ‘bohaterów’, znanych jako MVP (*Most Valuable Player*), którzy niczym najemnicy mogą dołączyć do naszej drużyny by użyczyć swoich niezwykle unikalnych zdolności! Można więc traktować to jako samodzielną grę planszową lub też jako pełnowymiarowy system, do którego kolekcjonujemy nasze drużyny, bierzemy udział w klubowej lidze, malujemy swoje korporacyjne kolory.

Jak się w to gra? Cóż, ci, którzy znają albo amerykański futbol, albo właśnie Blood Bowl, będą mieli od razu jako takie pojęcie. Warto zauważyć, że Dreadball nie reprezentuje żadnego sportu znanego nam – nie jest to po prostu rugby czy futbol przełożony na planszę z figurkami SF; Jest to raczej mikstura kilku różnych dyscyplin, połączenia koszykówki z piłką ręczną na pełnym, wyjątkowo brutalnym kontakcie. Bazowe zasady są proste jak konstrukcja cepa – mamy arenę podzieloną na dwie połowy. Ka każdej połowie znajdują się trzy strefy punktowe wraz z koszem do wbijania goli. Jednak by wbicie piłki się liczyło i przyniosło punkty, trzeba piłkę posłać samemu stojąc w tzw. ‘striker zone’, czyli w podświetlonej strefie, z której można spróbować posłać piłkę do kosza. Wszystko pięknie i prosto, ale cały trud polega na tym… By się tam dostać. Po drodze możemy bowiem zderzyć się przeciwnikiem, który z entuzjazmem przerobi nas na krwawą pulpę ku uciesze gawiedzi!

Wszystko obija się o bardzo prostą, intuicyjną mechanikę korzystającą z kości sześciościennych. Ot, każdy model posiada tak naprawdę pięć charakterystyk. Ilość punktów ruchu, siłę, prędkość, „skilla” i pancerz. Każda z tych statystyk określa, ile model musi wyrzuć, by osiągnąć sukces. Ot wielki ork ma siłę 3+, więc każda kość na której wyrzuci 3 lub więcej, stanowi sukces! Proste? Proste. Każdą akcję jaką podejmujemy rozpatrujemy na bazowych trzech kościach i staramy się uzyskać liczbę sukcesów konieczną do wykonania jakiegoś manewru… A są ich całe stosy! Sprint, rzut, taranowanie, unikanie, podanie, łapanie, przejęcie, wyrwanie się z wrogich objęć i tak dalej, i tym podobne – każdy taki manewr jest ładnie pokazany w eleganckiej tabeli, z której dowiemy się jaki typ zawodnika może się go podjąć, jaką charakterystykę testuje i ile sukcesów musi osiągnąć, by manewr się powiódł. Oczywiście, cała ta prostota okraszona jest pysznymi modyfikatorami – ot, Obrońca, jako drużynowy pudzian dostaje dodatkową kość przy wszelkich atakach; Po prostu, kiedy chce kogoś zjednoczyć z podłożem areny, jest w tym lepszy niż Striker, który znowu dostaje dodatkowe kostki przy unikaniu czy wyrywaniu się z wrażych pieszczot! Wszystko biega bardzo intuicyjnie i całą kostkologię można opanować w kilka minut.


Gdzie się więc zaczyna taktyka? Gdzie adrenalina i akcja? Cóż, gra prezentuje wspaniałą cechę każdej dobrej gry – jest prosta, ale nie jest prostacka, i drobne niuanse powodują, że planowanie ruchów jest tak samo ważne jak trzymanie kciuków za dobre rzuty. Nawet rozstawienie jest ważne… Chcemy się przebić, i ustawimy trzon naszych twardzieli na jednej flance, ryzykując odkrycie drugiej dla przeciwnika? Obsadzimy nasze strefy punktujące z nadzieją na zmasakrowanie kilku szybkich biegaczy przeciwnika zanim ruszymy na niego w polowaniu na punkty? Zwiążemy walką jego napastników by dwóch naszych strikerów przerzucało się piłką z obu krańców areny? Warto też zauważyć, że mamy limitowane 5 akcji na rundę, więc nie ruszymy się wszystkimi naszymi zawodnikami… Wszystko to biorąc pod uwagę takie rzeczy jak chociażby kierunek naszych zawodników – biegają na heksowych podstawkach mają front i tył, i tak podczas sprintu musimy uważać, w którą stronę skierowana jest twarz. Trzy heksy od frontu zawodnika to ‘strefa zagrożenia’, i każdy przeciwnik przebiegający przez nią ryzykuje, że nasz zawodnik się o niego zahaczy nóżką czy rączką… Staranowanie kogoś od pleców to pewny manewr na pogruchotanie mu pleców! Jak sami widzicie, trzymanie odpowiednich formacji i zdrowe wykorzystanie manewrów to klucz do sukcesu.

Nie mówiąc już o tym, ze pełna wersja zasad posiada jeszcze sędziego pilnującego fauli, dodatkowe role dla zawodników (*Jak bramkarz, który jest mocniejszy w strefach punktowych własnej połówki*) czy rezerwy – drużyna, składając się z ośmiu zawodników, gra zawsze sześcioma, a dwóch odpoczywa na ławce, gotowa zastąpić tych, którzy właśnie się kurują, pod warunkiem że jeszcze żyją! Dostajemy też karty z reakcjami fanów, cheerleaderki czy karty specjalne, dające nam swoiste asy w rękawie, odblokowujące nowe manewry i zdolności do jednorazowego wykorzystania. I faule! Tak jest, możemy wykonywać niektóre nielegalne akcje, ryzykując co prawda karę od sędziego… Pod warunkiem, że damy się złapać. Fajnym, wzmacniającym interaktywność i adrenalinowy ładunek zabawy jest sposób punktacji – nie jest tak, że każdy sobie zbiera punkty, lecz tabelka punktów się przesuwa! Więc kiedy ja wbijam piłkę za 3 punkty i prowadzę 3 do 0, do przeciwnik może trzasnąć piłkę za cztery, i nagle on prowadzi 1 do 0, bo punkty się przesuwają. Gra się do końca czasu rozgrywki (*7 rund!*) albo do momentu, w którym jedna drużyna zdobędzie 7 punktów.


Ciężko zaprezentować dynamikę rozgrywki w słowach, dlatego też powyższy, doskonały (*choć anglojęzyczny*) film od Beasts of War to ponad godzinna prezentacja pełnej rozgrywki przy wykorzystaniu zestawu startowego. Możemy zobaczyć gros bazowych zasad oraz jak przebiega cała gra – zobaczymy te wspaniałe akcje, kiedy orkowi napastnicy przebijają się przez formację ludzi mieląc ich na pasztet i posyłając na kurację, jak goblin próbuje zdobyć piłkę by posłać ją prosto w dłonie ludzi, jak ci, pomimo mocnego oklepu twarzy, zdobywają pierwsze gole! A warto zauważyć, że powyższy filmik to tylko Quick Start Rules, nie uwzględniający zasad zaawansowanych, jak reakcje fanów, sędziego, fauli, kart, MVP i tak dalej!

Czy warto? Osobiście jestem zachwycony tą grą i z całą pewnością będę próbował rozszerzyć jej wpływy w moim lokalnym środowisku… Co, powiem szczerze, nie powinno stanowić problemu biorąc pod uwagę fakt, że tylko jedna osoba musi mieć starter, a każdy pozostały współgracz musi mieć tylko swoją drużynę; A drużyny… Są tanie. BARDZO tanie, bo pudełko z 8-10 modelami kosztuje w granicach 70 złotych – Mantic, Panie i Panowie, czyli dobrze i tanio! A jest nawet z czego wybierać, bo na dzień dzisiejszy mamy 8 odmiennych drużyn a w raz z wyjściem sezonu drugiego rozgrywek (*fikuśna nazwa dla drugiej edycji, czy też, drugiej fali nowości z poprawionymi zasadami*) zapowiedziano kolejne cztery drużyny, co łącznie da 12 odmiennych sposobów gry – a muszę przyznać, że frakcje różnią się między sobą znacznie!

Ot dla przykładu, krasnoludy są powolne, ale wyjątkowo twarde, zarówno w klepaniu masek jak i w otrzymaniu ciosów. Veer-Myn, czyli Manticowe Skaveny w kosmosie, to znowu szefowie faulowania i podkradania piłki. Kosmici Judwan nie znają w ogóle obrońców i nie lubią się bić, korzystają więc ze swojej niesamowitej zwinności i szybkości by wygrać mecz przed czasem, zdobywając złotą siódemkę. Drużyna robotów potrafi zmieniać role w czasie gry – w tej turze był obrońcą, a w następnej, transformacja, już jest strikerem! Bardzo mi się podoba to, że dzięki tej odmienności każdy mecz jest inny – inaczej będzie Ci się grało Korporacją przeciwko orkom, a inaczej przeciwko obcej szarańczy, każdy mecz to nowe wyzwania i nowe taktyki do opanowania. A to tylko drużyny! A obok drużyn mamy puchnącą ofertę ‘bohaterów’, specjalnych, sławnych zawodników, którzy oferują jeszcze więcej unikalnych zagrań i zdolności, jak chociażby brutalny Buzzcut, przy którym nawet orczy napastnik wymięka, czy mackoręki John Doe, który naprawdę potrafi zatrzymać przeciwnika w miejscu.

Słowem podsumowania, nie zaskakuje mnie wcale fakt, że Dreadball szturmem zdobywa zagraniczne rynki i ląduje na stołach coraz to regularniej. Jeżeli nie wierzycie, wpiszcie sobie w Google słowa ‘dreadball league’ i zobaczcie, ile klubów prowadzi takie regularne rozgrywki na swoich pieleszach. Nie dziwi mnie to, bo gra łączy w sobie trzy kluczowe elementy – nostalgię za Blood Bowl, dynamiczną rozgrywkę i bardzo przyzwoitą cenę. Kiedy to wszystko razem wymieszamy otrzymamy produkt, który po prostu musi się dobrze sprzedać. A wam, mili czytelnicy, polecam obejrzeć filmy prezentacyjne na bestiach wojny, a jeżeli gdzieś w okolicy spostrzeżecie kogoś oferującego meczyk, to skorzystajcie, wypróbujcie… A nuż wam przypadnie do gustu!