02.02.2014

[02.II.2014] Wizje o Białym Krasnoludzie...


Games Workshop jest dla mnie niczym rządy Kaczyńskiego dla satyryków w kraju – niejako niewyczerpanym źródłem materiału do znęcania się. Nie chodzi o to, że jakoś się zwyczajnie czepiam, choć jestem pewien, że dla groma mocnych fanatyków tego wydawcy nadal jestem i pozostanę przesiąkniętym subiektywizmem reakcjonistą, co nie zmienia jednak faktu, że każdy trzeźwo myślący obserwator doskonale musi zdawać sobie sprawę z tego, że Games Workshop jako wydawca do najlepszych nie należy – i nie chodzi tutaj nawet o jakość oferowanych produktów, ale o podejście do klienta i prezentowanie często-gęsto tej brutalnej, krwiożerczej wersji czystego kapitalizmu, który bazie klientów czasem ciężko przełknąć (*na zasadzie „Kup albo Wyp!”*). Nie zmienia to również tego, że każdy z nas jest w sumie biernym obserwatorem, może do momentu w którym ktoś zakupi grom akcji tej firmy – wtedy będzie miał coś do powiedzenia. A tak to możemy sobie co najwyżej ponarzekać, pojęczeć i pomarudzić! Tym bardziej, że jeżeli nowy Customer Experience Manager o którym trąbili chwilę temu w istocie weźmie się do roboty to kto wie… Może poskacze po społecznościach graczy tu i tam i poczyta, co też ludzie sądzą o ich firmie. Przynajmniej mam wymówkę do marudzenia!

Październik Anno Domini 2012. White Dwarf przechodzi jedną z większych zmian w swoich dziejach po tym, jak firma ewidentnie doszła do wniosku, że jakość ich ulotki reklamowej odbiega od tego, za co chcą płacić klienci, bo jednak większość firm oferuje katalogi produktów za darmo, a nie za opłatą. Zmiana ta odbija się sporych echem pośród społeczności graczy i należy docenić odwagę wydawnictwa, bo zmiana nie była wcale tylko korektą kosmetyki. Zmieniono format, skład, prezencję, logo a nawet grono redaktorskie i edytorskie – był to tak naprawdę w dużej mierze całkowicie świeży start i zapowiadał się całkiem obiecująco; W sumie byłem niemałym fanem tego wznowienia, tej rekonwalescencji czegoś, co przez rok 2011-2012 coraz bardziej podupadało, aż do niesmacznych tekstów taktycznych o tym, że bronie z AP2 zabijają terminatorów a Drednoty dobrze biją pojazdy… Nowy White Dwarf jednak pomimo poprawie szaty graficznej i przywróceniu / odświeżeniu starszych serii takich jak Kit Bash czy Battlegrounds okazał się niedostateczną zmianą; to nadal była stara forma, tylko że zapakowana w nową folijkę, bardziej elegancką, wyrafinowaną… Ale jednak wkład czy też nadzienie tej pralinki nie zmieniło się na tyle, by mogła ona smakować lepie (*jakby tego było mało zamienili /dobre/ poradniki malarskie ‘Eavy Metal na niegodny Paint Splatter, serie znaną również pod nazwą ‘Jak nie malować figurek’…*). I choć zbierałem ów odświeżone Białe Karły aż do mojej decyzji o rezygnacji ze wspierania Games Workshop, to jednak niesmak rósł i niechęć tylko wzmagała się we mnie z każdym numerem, który zaprzepaścił szansę odnowy wizerunku i szybciutko wrócił na formę gloryfikowanej ulotki reklamowej. Szkoda.

No i tak sobie roczek z hakiem nowy Karzełek funkcjonował. Widać, nie zadowolił on Szefów w swych przepełnionych błękitnym dymem cygar i zapachem bourbonu kabinetach… Albo też ta nowa zmiana nie miała nic wspólnego z brakiem popularności czy słabych wynikach sprzedaży ów nowej wersji magazynu, a po prostu musiała połączyć się ze znacznie większymi zmianami wydawcy, czyli przeskokiem z miesięcznych nowości na cotygodniowe? Raczej nigdy się nie dowiemy – być może to miks tych dwóch głównych czynników i stosu innych, pomniejszych, ale nieważne co do tego doprowadziło, efekt jest jaki jest. W miejsce miesięcznika „White Dwarf” dostaliśmy tygodnik o tej samej nazwie oraz nowy miesięcznik ochrzczony „Warhammer: Visions”!

Zanim przejdę do krótkiego streszczenia mojej opinii na temat obu magazynów (*miałem bowiem już możliwość solidnego rzucenia okiem w oba*) chciałbym zaznaczyć jedną rzecz z pewną mocą – jestem bowiem fanem tych zmian. Znaczy się, przeskoku na cotygodniowe nowości, porzucenie ścisłego trzymania się tematycznie nowości i wyrażam nadzieję, że proces ten pójdzie głębiej, że już za niedługo na łamach każdego miesiąca będziemy mogli podziwiać nowinki wszelkiej maści nie tylko do jednego frakcji, lecz do kilku na raz. Jest to świetna i sprawdzona metoda nadania dynamizmowi całemu produktowi i likwiduje w dużej mierze problem z czekaniem kilku lub nawet kilkunastu lat na ujrzenie nowinek właśnie do naszej armii. Metoda ta sprawdza się wybornie w praktycznie każdym innym systemie bitewniakowym praktycznie dowolnej skali i dzięki niej nikt nie jęczy ze smutkiem, że o nim zapomnieli kiedy sam musi patrzyć, jak kumple dostają nowe towary w hurcie. Słowem, jestem całkowicie za tymi zmianami i tylko mam nadzieję, że niemalże pulsująca jasnym światłem chciwość tejże firmy (*tak, wiem – zaraz się zacznie, że firma to nie instytucja charytatywna i musi zarabiać; Jednak ‘mus zarobku’ a ‘podatek od oddychania’ to różnica, bo zarabiać można z odrobiną kultury wobec klienta, a nie wyciskając go z miedziaków jak mokrą ścierkę*) nie odbije się źle na tym pomyśle, choć wygląda na to, że to troszkę nadmiar optymizmu – już wiemy, że najpierw będą wydawać figurki a potem ewentualnego Armybooka / Codex, co wyraźnie świadczy o tym, że wolą najpierw próbować coś sprzedać zanim gracze siądą na zasady i zanim pewne zestawy podzielą smutny los tych pudełek, które zostały przez graczy ochrzczone mianem niegrywalnych.

White Dwarf! Nowy tygodnik Games Workshop jest niewarty wartości papieru, na którym jest wydrukowany. Dobrze, zaczynam mocnym zarzutem i ostrą opinią, ale nie mam zamiaru się z niej wycofać, ponieważ jak dla mnie firma wycięła wszystkie elementy ‘reklamowe’ z poprzedniej odsłony tego magazynu, wyrzuciła wszystkie mniej lub bardziej sensowne teksty i pozostawiła tylko coś, co uroczo nazywają ‘prezentacją nowości’ – słowem, nowinki za które musimy wyrzucić te 10 blaszek. Cóż, by nie było zbyt tragicznie to dostajemy poradnik malarski traktujący o malowaniu nowych zestawów, poradnik na temat konwersji oraz pełne zasady do bohatera krasnoludów. Brzmi dobrze? W teorii, bo w praktyce ów poradnik malarski to ‘Paint Splatter’, czyli najgorsze poradniki w historii tutoriali, częściej obrazujący jak czegoś nie robić, niż przeciwnie. Tekst z działu ‘konwersje’ tak naprawdę naucza nas trudnej sztuki sklejania plastikowych modeli… A zasady, choć miło mieć, cisną na usta ważne, ba, kluczowe pytanie: Czy te zasady znajdą się również ewentualnej księdze armii? Bo jak nie, to co – jeżeli ktoś chce wystawić krasnoludzkiego króla, musi nabyć odpowiedniego Białego Karzeła czy też jego cyfrowy odpowiednik?

Tak, to jest czarnowidztwo najgorszego sortu, ale powiedzmy, że od tego wydawcy jeżeli mam się spodziewać niespodzianki, to raczej nie oczekiwałbym niczego dobrego. No ale dam kredyt zaufania i zobaczymy co też przyniesie księga armii. Jakość? 32 strony na grubszym papierze, niemalże kartonie przypomina mi raczej kolejne numery Małego Modelarza czy Modeli w Kartonie niż pisemka hobbystycznego z aktualną treścią, i choć może się zdarzyć ktoś, kto uzna, ze jest to kwestia estetyczna i papier ten jest miły w obcowaniu, to ja nie mam złudzeń, że cięższa gramatura i objętość papieru służy tylko temu, by ten cieniutki biuletyn nie był na tyle wiotki i chudy, by odstraszać już po ujęciu w dłoń. Cóż, nie mam jak widać najlepszego wrażenia po przeglądzie tego bezsensownego zużycia lasów tropikalnych, i w sumie nie jestem dobrej nadziei względem tego produktu, bo jest to tak naprawdę wyciągnięcie najgorszych elementów poprzedniej wersji i sklejenie ich razem w formie informatora o nowinkach. Oczywiście płatnego. To tak, jakby za ulotki z promocjami w Biedronkach też by żądali złocisza czy dwóch, przynajmniej w moich oczach.

Warhammer: Visions, tomik pierwszy, to coś zupełnie nowego. No, przynajmniej w domyśle. Widzicie, celem Games Workshop, a przynajmniej czymś na kształt celu określonego w sposób niejasny podczas ich blogowych wpisów na temat tych nowych magazynów było stworzenie podziału – White Dwarf ma zajmować się promocją nowości ze stajni wydawcy a Warhammer: Visions ma być grubym, solidnym pismem dla hobbystów i modelarzy, prawdziwą kopalnią pomysłów, odkrywkowym wydobyciem weny twórczej, obfitującą w galerie najładniejszych modeli pomalowanych przez mistrzów ze świata oraz liczne poradniki ze strefy modelarskiej. Brzmi to naprawdę bardzo obiecująco i w sumie pierwszy rzut oka na ten grubiutki magazyn daje solidne wrażenie, ale niestety, bo zapoznaniu się z treścią ów urok szybko mija. Po pierwsze, z powodu przedruków – jest ich za dużo! Zdecydowanie za dużo, bo o ile pamiętam nawet test samego wydawcy, aż 90 stron materiałów zawartych na łamach tego tomiku to kawałki żywcem wyrwane ze starych numerów White Dwarfa. Ja rozumiem, że wysmarować tyle stron na miesiąc nie jest łatwo i można się pożytkować już skrojonymi materiałami… A nie. Nie, czekaj. Nie rozumiem. Bo choć Warhammer: Vision jest grubym tomikiem, to treści pisanej w nim jest podejrzewam mniej niż było w poprzedniej wersji Białego Krasnoluda, jako że praktycznie 90% zawartych materiałów do zdjęcia modeli! I wszystko byłoby pięknie, gdyby to w istocie były duże, ładne pokazówki dla przykładu najlepszych prac z krajowych konkursów malarskich czy prezentacje wybornych armii i modeli nadesłanych przez liczne grono fanów… I choć w istocie zarówno jedno i drugie się w tomiku znajdzie, to zdecydowanie za mało i wszystko jest spychane na bok na bicie czytelnika po mordzie modelami pomalowanymi przez studio, które w dużej mierze są poprawne i na plus, ale nie jest to poziom, do którego przywyknąć można dla przykładu przeglądając magazyn International Figure.

Jakby tego było mało, moją największą bolączką jest to, że poza galeriami oferowana na łamach tego numeru konkretna treść jest raczej niskiej jakości, co mnie w sumie zaskakuje. Po dziś dzień pamiętam, ba, mam przed oczyma tutoriale malarskie członków ekipy ‘Eavy Metal jeszcze za czasów starszego White Dwarfa, w którym to podziwiamy jak Ci nie skrępowani terminami i poprzeczką jakościową malowania studyjnego dają upust swoim zdolności i pokazują jak świetnie pomalować dla przykładu Demonicznego Księcia czy herszta orków (*o ile się nie mylę, te poradniki zostały zebrane w tomik „Eavy Metal Mastercall”, wydany w formie limitowanej wraz z pędzlami i plastikową puszką do ich przechowywania w roku 2011 – wyśmienity tomik, i choć pędzle Citadel uważam za niegodne miana pędzli, to opłacało się to kupić właśnie dla tego tomiku*), to niestety w Warhammer: Visions dostajemy również te obrzydliwe poradniki ‘dla niezwykle początkujących’ ochrzczone mianem Paint Splatter, co mnie zaskakuje i zadziwia, bo wiem, że mają dość solidną ekipę i wyśmienitych malarzy i modelarzy, by skreślić im naprawdę doskonałe materiały. Dlaczego więc upierają się, by sprzedawać publice to, co najgorsze? Nie mam pojęcia. Tak naprawdę z ‘regularnych serii’ jedyne co zachowuje solidną jakość to Blanchitsu, choć tutaj może przemawiać po prostu moje zamiłowanie do jego dzieł i wyboraźni…

Tak czy siak zmiana formatu na mniejszy, masowe przedruki i minimalne zagęszczenie aktualnej treści nie jest zdecydowanie warte tych 30~ blaszek! Najlepszym komentarzem do tego dzieła jest zdanie rzucone przez C’tana (*tak, tego z Fantasygames*) po przeglądnięciu tego tomika:

„Games Workshop wydrukowało Internet.”

I jest to prawda! Jak ktoś ma dostęp do sieci i do CoolMiniOrNot czy też Putty & Paint to po prostu /wszystko/ poza studyjnymi fotkami armii tego wydawcy znajdzie na tych stronach i ich forach. To jest w sumie dość poważny zarzut… Tak, tak, można się bronić, że tutaj jest poukładane, wyszukane, pod ręką i z komentarzem, ba, sam doskonale rozumiem wygodnictwo we wszelkich jego odmianach, ale są pewne granice co do kwoty, która jestem w stanie wydać by móc oddać się dodatkowym minutom lenistwa.


Cóż, chyba nie muszę dokładniej wyjaśniać jaka jest moja opinia na temat tychże czasopism Games Workshop, bo póki co, do najlepszych nie należy. Tygodnik White Dwarfa spełnia swoją rolę jako biuletyn informacyjny, ale jego sens w moich oczach jest wysoce wątpliwy, bo przecież w momencie w którym wychodzi nowości pojawiają się również na stronie wydawcy do oględzin, i to całkiem za darmo, czyli tak naprawdę rdzeń zawartości tygodnika jest pozbawiony sensu, a reszta jest jakościowo słaba i niegodna uwagi czytelnika. Wizje zaś, przyznam, mają potencjał… Ale tak naprawdę najpewniej dowiemy się o tym za miesiąc czy dwa, kiedy materiały do przedrukowania ze starszych numerów się skończą i będą musieli mocniej się przyłożyć do tworzenia materiałów, to się okaże, że jest to pisemko warte zastanowienia… Bo na dzień dzisiejszy treść dostępna od ręki i za darmo w sieci w zupełności mi wystarcza! Co począć… Ot, kolejny zawód zafundowany przez firmę w Czerwieni i Żółci z Nottingham. Mam nadzieję, że gorzej nie będzie, ale zmiany trwają, więc pozostaje trzymać rękę na pulsie.

2 komentarze: