
Boltery terkotały muzyką śmierci,
ciężkie gąsienice stalowych gigantów rozrywały betonowe ulice a krzyk
potępionych wzbijał się w kulminacyjne crescendo zagłady! Witajcie w czterdziestym
pierwszym milennium, gdzie jest tylko wojna i gdzie biliony istnień ginie
dziennie na tysiącach planet w całej galaktyce. Czyli takie dwa-trzy zdania na
temat atmosfery towarzyszącej uniwersum Warhammera 40k. Czemu o tym piszę? Cóż,
wczoraj mieliście przedsmak moich literackich katuszy pod postacią krótkiego
opowiadania do regularnego konkursu Storyof the Month, gdzie tematem kwietnia są Siostry Bitwy. Dzisiaj kontynuujemy
nieco temat ów szlachetnej idei, albowiem zaledwie dwa dni temu oficjalną
premierę miała cyfrowa wersja pierwszej Antologii – zebranych perełek, czyli
najlepszych opowiadań powstałych na łamach tejże inicjatywy.
Powiem szczerze, że od dawna
chciałem wziąć się za pisanie opowiadań w uniwersum czterdziestki… Co mnie
powstrzymywało? Czy ja wiem… Brak motywacji? Klasyczna niewiara, że jeżeli już
coś wyskrobię, to będzie zmuszone do egzystencji w Szufladosferze, gdyż nikt
nie zechce tego przeczytać? Ot, takie kliszowe stękanie niedoszłego pisarzyny,
każdy, kto pisuje fanfiki z pewnością zna te myśli. Zawsze z dumą podkreślałem
fakt, że jestem klimaciarzem (*z pewnością nie
flufferem… jest to bowiem specyficzny zawód wykonywany przez członka ekipy of
filmów dla nieletnich*), że kręci mnie fabułka stojąca za modelami, że
mroczny i ponury świat Warhammera budiz moje żywe i palące zainteresowanie –
każdy projekt mojej armii, poza byciem w pernamentnej fazie Work In Progress
zawsze posiada rozbudowaną historię… Bohaterowie mają swoje imiona, oddziały
mają swoje tło fabularne. Tak więc chcąc
nie chcąc od dawna pisałem takie małe fragmenty, głównie dla siebie i pod
siebie. Story of the Month wreszcie sprawiło, że wziąłem się za to porządnie i
konkretnie, więc jeżeli chodzi o zastrzyk motywacji zdecydowanie podziałało w
moich przypadku! Żeby było zabawniej, nawet nie chodzi o nagrody w postaci
książek, lecz o wiedzę, że wiem, iż moje wypociny zostaną przeczytane. Że
dostanę konstruktywną krytykę i ciepły komentarz. Że wreszcie nie pisze tylko
dla siebie. Czego więcej może pragnąć pisarz fanowskiej literatury?
Powróćmy jednak do Antologii,
Woluminu Pierwszego. Co dostajemy? 49 stron, sześć wybranych opowiadań, kilka
autorskich ilustracji… Wszystko od początku do końca praca fanów, jak widać,
zapału w tej szlachetnej inicjatywie nikomu nie brakuje! Skład jest
przejrzysty, czytelny, łatwy w odbiorze a do tego dobrze dostosowany do
czytania na urządzeniach przenośnych, które tak naprawdę są najlepszym
rozwiązaniem, kiedy chcemy sięgać bo wszelkie e-booki. A co do opowiadań, to
nie na darmo mamy zapowiedź, że są to w istocie najlepsze teksty konkursu,
creme de la creme zebrany z samego czubka góry zgłoszeń – szczerze przyznam, że
praktycznie wszystkie sześć czyta się tak samo dobrze jak ów dobre powieści z
samej Czarnej Biblioteki, jak Dana Abnetta czy Aarona Dembskiego-Bowdena.
Może brzmi to na jakieś pochwalne
peany, ale bądźmy szczerzy – literatura powstająca do uniwersów fantasy czy SF
tak naprawdę opartych na grze i służalczych magii wydawcy, który de facto
skupia się na innym produkcie korzystającym z dobrodziejstw stworzonego świata
raczej nie należy do dzieł wiekopomnych. Są to czytadła – miłe lektury dla
zabicia czasu i rozruszaniu neuronów wyobraźni. A my, fani uniwersum, kochamy
je dlatego, że pozwalają nam ów światem oddychać – poczuć jego zapachy,
usłyszeć symfonię tamtejszych konfliktów, śledzić spiski, zdrady i wydarzenia
rozgrywające się w mrocznych czasach 41’go millennium. To jak oglądanie
ulubionego serialu z tym bonusem, że czytamy książki! Dlatego kocham czytać
wszystko, co traktuje o moim ulubionym uniwersum… Wiadomo, mam swoich
faworytów, mam pisarzy, których nie cierpię, mam takich, których ubóstwiam –
ale to przecież nic innego niż zdrowy objaw twardego fanboizmu!

Pierwsze opowiadanie autorstwa Michała „MarsnTwix” Wojtasa o wdzięcznym
tytule Alibi sprowadza nas
troszeczkę na ziemię – zamiast Adeptus Astartes i ich skodyfikowanych zachowań
i niemal rytualnego języka, zamiast ksenos czy brutalnych konfliktów lądujemy
pośród zwykłych ludzi, mieszkańców najkrwawszego, najbrutalniejszego reżimu
jaki można sobie wyobrazić – Imperium Ludzkości. Kiedy mówimy o klimatach
ochrzczonych jako Grimdark ciężko dobrze przedstawić opowieść ‘z życia wziętą’,
czy jak nas nauczają amerykańskie sitcomy – ‘Slice of Life’, czyli codzienne
perypetie zwykłych ludzi. Autorowi w tej krótkiej historii jednak się to udało.
Oto mamy Qarla, pracownika hali recyklingowej, który zbiera złom, wypłaca
miedziaki i zajmuje się drobną korupcją niskiego stopnia – ot, łapóweczka tu,
łapóweczka tam, z czegoś trzeba żyć. Aż do momentu, kiedy grupa gangerów
przywozi kapsułę desantową Astartes… Więcej nie ma co zdradzać, ale mogę
jedynie gorąco polecić lekturę. Lekki język, świetny ton postaci i kapitalne
spojrzenie na to, jak może wyglądać żywot zwykłych śmiertelników Imperium.

Maciej „Sturnn” Wisłocki to mój zdecydowany faworyt, jeżeli chodzi
o zawartość Antologii – jego Ferrum
Fidelitas dotyka bowiem mojego ulubionego tematu, czyli Herezji Horusa. I,
trzeba oddać honor, robi to z niesamowitą wprawą – naprawdę czytając ów krótkie
opowiadanie czułem się tak, jakbym czytał dzieło oryginalnych współtwórców serii.
A nie jest to łatwe zadanie, ponieważ nie mamy tutaj jakiegoś losowego konfliktu,
jakiś nieznanych Astartes, lecz krótki portret postaci dość kluczowej dla
całego wydarzenia, czyli Prymarchy Imperialnych Pięści, Rogala Dorna. A dobre
przedstawienie postaci co do których każdy czytelnik ma już pewien utrwalony
obraz nie jest sztuką łatwą. Tym bardziej w opowiadaniu, w którym Prymarcha
znany ze swojego stoicyzmu i opanowania spotyka się z kimś, komu z całą
pewnością nie może ufać, polegając jedynie na rekomendacji brata, który
znajduje się na drugim końcu galaktyki. Świetne opowiadanie, bardzo w duchu książek
o czasach największej ze zdrad w historii ludzkości.

Aż poleje się krew autorstwa Piotra
„Xzanu” Chrzanowskiego to powrót to dobrze nam znanych klimatów, do tego,
co przyciąga całe rzesze czytelników do książek Czarnej Biblioteki na tyle, że
aż wydali serię skupioną tylko na tym – walkach prowadzonych przez Kosmicznych
Marines. Tym razem również cofniemy się do czasów zdrady Horusa, i to nie na
pole bitwy, lecz na arenę, gdzie lojalny syn Imperatora i kosmiczny marines
legionu Pożeraczy Światów, Ver Haragia, właśnie odbywa bratobójcze pojedynki ze
wszystkimi tymi zdrajcami, których celem jest czystka w legionie, wybicie
wszystkich popleczników Imperatora. Do czego prowadzi ta bezmyślna rzeź? Ile
pojedynków jest w stanie przetrwać? Czy można prowadzić nieustanną walkę z
tymi, którymi nazywało się braćmi i niczego związku z tym nie odczuwać?
Przeczytacie, to się, mili czytelnicy, dowiecie!

Zastanawialiście się jak wygląda
podróż przez mordercze ostępy Osnowy z punktu widzenia psionika? I to nie byle
jakiego, pierwszego z rzędu stawiacza kabał czy na wpół ogarniętego demencją szaleńca,
ale nawigatora – prawdziwego Astropaty? Las
Snów autorstwa Tomasza „Raziel”
Seweryna otwiera przed nami ten świat w sposób niezwykle ujmujący, subtelny
a za razem niezwykle mocny – historia trzyma w napięciu i przedstawia
fantastyczną interpretację tego, jakie krajobrazy przewijają się przed Trzecim
Okiem nawigatorów, że wędrówka przez pusty bezmiar kosmosu nie jest wędrówką tylko
w metaforze. W teorii łatwo pisać o Osnowie, w której przecież wszystko może
się wydarzyć, ale to właśnie dlatego opowiadanie jest takie mocne i tak dobrze
zbudowane, bo nie walczy z groteską Immaterium czy nie pozwala sobie na
pofolgowanie surrealizmowi, lecz tworzy coś, co dla ludzkiego umysłu jest łatwe
do przyswojenia – a czy przecież nie tak kształtowałby się obraz czułej na
myśli ludzkie Osnowy?

Piotr „Emeryt” Jaworski w historii Teraz możesz krzyczeć sięga do jakże pasującego do uniwersum
Czterdziestki klimatu horroru, by przedstawić nam wydarzenie, które przecież
dzieje się tak często w ów ponurym uniwersum. Jest to swojego rodzaju preludium
do następnych opowiadań, znaczy się, otwarcie wydarzeń do wojny, do zrzutu Astartes,
do walki. Tylko z kim? Z duchami, które najwyraźniej istnieją i porywają mieszkańców
całych miast, i to nie małych, zapadłych wiosek z setką dusz. Tysiące ludzi
zwyczajnie znika w nocnej ciszy, bez śladów walk, bez zniszczeń – byli, a nie
ma. Naturalnie, agent inkwizycji nie może pozwolić, by poddani Imperatora
znikali bez wyjaśnień tak więc sprawę należy zbadać – czy była to słuszna
decyzja i do czego ona doprowadzi, z pewnością dowiecie się wczytując się w ten
apetyczny kawałek tekstu.

Antologię zamyka opowiadanie
autorstwa Marcina „Watcher” Stróżyny
o wdzięcznym tytule Parcere subiectis,
najpewniej fragment z Eneidy Wergiliusza – parcere
subiectis et debellare superbos, czyli oszczędzać poddających się i
poskramiać pysznych. Oszczędzanie poddających się może i brzmi szlachetnie,
jednak w czasach nieustającej wojny, gdzie Imperium Ludzkości atakowane jest ze
wszystkich stron nie ma miejsca na litość wobec jakiegokolwiek zagrożenia. Czy
to zewnętrznego w postaci zdrajców czy ksenos, jak i tego wewnętrznego –
korupcji, zepsucia… Mutacji. A przecież Imperium naucza: nie dasz żyć
czarownicy. Kiedy więc psioniczka objawia się w małej imperialnej osadzie, ktoś
musi wziąć sprawy w swoje ręce. Niestety, moc objawić się może w każdym, ale
czy z tego powodu każdy obdarzony zasługuje na śmierć? Świetna historia o
brutalnej rzeczywistości panującej w Imperium Człowieka czterdziestego
pierwszego tysiąclecia.
No cóż, chyba nie muszę nikomu
teraz pisać, że gorąco zachęcam do ściągnięcia sobie pierwszej Antologii Story
of the Month, zaparzeniu sobie kawki czy herbatki (*lub
też w przypadku czytelników pełnoletnich zmiksowanie sobie czegoś godnego
Kosmicznych Wilków*) i poświęceniu kilku minut swojego żywota ku
większej chwale Imperatora, wczytując się w ów krótkie historie naszych ‘braci
w fandomie’. Gorąco też zachęcam do dołączenia do zabawy, do chwycenia po
klawiaturę i przelania swoich wizji na nobliwą czcionkę – po prostu Daj Się
Przeczytać!
A już niedługo wracamy do regularnego programu bloga pod postacią
rozdziewiczenia pudełka nowych Pathfinderów do Tau, bohaterów pod postacią
Cadre Fireblade oraz szefa w pancerzu XV8-05 ‘Enforcer’ oraz moich zupełnie
swobodnych przemyśleń na temat nowego kodeksu. Ciao!
Czytałem i również polecam. Bardzo fajny materiał!
OdpowiedzUsuńŚwietne opowiadania,ciekawe czy doczekają się( a powinny )wydania drukiem.
OdpowiedzUsuń