
Tradycyjnie słowem wstępu będzie krótka spowiedź. Wpisy raz są, raz nie ma, bo
jak zapowiadałem z czystym sumieniem przy reaktywacji bloga, piszę do niego
tylko wtedy, kiedy zwyczajnie mogę, mam wenę i treść do sprzedania. Ostatni
tydzień upłynął mi pod znakiem tytanicznej pracy, zerwanych nocek i ogólnie
ostrego zapieprzu tak więc nie tylko nie miałem czasu pisać, ale nawet aktywnie
bawić się w swoje ulubione hobby. Fortunnie ów gorączkowy okres zakończył się
wczoraj i nareszcie mogę zaczerpnąć świeżego, krakowskiego powietrza (*czyt. Truciznę*),
rozciągnąć kości oraz rozruszać paluszki na klawiaturze przelewając pewne myśli
w teksty. Wracamy zatem do wpisów, a rozpoczynamy nowy tydzień od pewnej
obserwacji na temat „nowego” gatunku gier bitewnych, który to nabiera rozpędu i
mocy na naszym bitewniakowym poletku.
Rynek jest rzeczą zmienną. Ot,
odkryłem Amerykę! Dam jednak prosty przykład z dziedziny dalece pokrewnej,
czyli z gier na urządzenia mobilne… Rok 2009. Rovio Entertainment wydaje
pierwszą odsłonę Angry Birds w
Appstorze i zaledwie w jeden rok sprzedaje 12 milionów kopii gry. Żeby było
zabawniej, była to aż 52 gra wydana przez Rovio i firma aż do jej wydania
radziła sobie, że użyje profesjonalnego żargonu, jako-tako. Angry Birds jednak odmieniło ich
fortunę i do dziś dzierży sporo rekordów jeżeli chodzi o sprzedaż i zyski
liczone z aplikacji mobilnej. Pod koniec 2015 obliczono, że gra we wszystkich
swoich wariantach została pobrana w gargantuicznej liczbie dwóch miliardów
kopii… To robi wrażenie. Naturalnie twórcy mobilnych gier zareagowali
natychmiast i z miesiąca na miesiąc powstawały całe tony klonów opartej na
mechanice ‘procy’. Każdy chciał posiadać
swój własny tytuł z tej kategorii, bo Wściekłe Ptaki udowodniły wydawcom, że to
się sprzedaje, że tego pragną klienci. Przecież dokładnie taka sama mania gier z
kategorii ‘dopasuj trzy’ (*wolne tłumaczenie od Match-Three*) wybuchła później po
miażdżącym sukcesie Candy Crush Saga,
która przecież nie odkryła niczego nowego, tylko skopiowała w atrakcyjniejszej
formie mechanikę znaną nam z Bejeweled.
Tak to działa… Ktoś odkrywa na nowo rzecz, która się sprzedaje, a masa wydawców
podąża z nadzieją na ugryzienie nowo upieczonego torta.

No dobrze, wiem, że raczej nikt z
was, mili czytelnicy, nie czyta tych wpisów w celu uzyskania informacji o
historii gier mobilnych. Wstęp ten jednak jest ważny dlatego, że właśnie z taką
samą sytuacją mamy do czynienia na naszym własnym poletku! W 2012 roku Fantasy
Flight Games postanowiło skorzystać z potężnej licencji Gwiezdnych Wojen i
wydać swoją kolekcjonerską grę figurkową – Star
Wars: X-Wing Miniature Game. Gra od początku ujęła rzeszę graczy nie tylko
znanym im uniwersum, ale też przystępnością… Modele, które są od razu pomalowane,
i to całkiem solidnie? Sprytna, nietrudna mechanika, która jednak pozwala na
taktyczne zagrywki? Relatywnie niska cena względem innych systemów figurkowych?
Słowem, recepta była dobra i rozwijała się całkiem dynamicznie. Nowe modele
wychodziły regularnymi falami, pula grających rosła… Nikt jednak nie spodziewał
się, jak bardzo ów prosty system zawładnie graczami. W roku 2015 druga edycja
zestawu startowego odświeżyła stare modele i wraz z istniejącymi dodatkami
oferowała porządnie prowadzony system ze sporą liczbą modeli, kart i
możliwości. Grę, która na tegorocznym Adepticonie pochwaliła się aż trzema
dużymi turniejami ciągnącymi się przez cały okres trwania konwentu, a na
dodatek – choć to tylko pogłoska, bo nie udało mi się odkopać źródeł – rzekomo było więcej graczy w X-Wing niż było obecnych miłośników
poczciwej Czterdziestki.
Nie ważne jednak liczby, jedna
rzecz jest niezaprzeczalna – X-Wing
to ogromny sukces. To gra z wbudowaną recepturą na świetną sprzedaż, system,
który do nas również zawitał z mocą i wszedł pod przysłowiowe strzechy. Ot,
nawet w moich lokalnych sklepach gra ta sprzedaje się podobno doskonale a na
turniejach sklepy są wypełnione po brzegi aspirującymi pilotami. Nie dziwi
zatem fakt, że sporo wydawców nagle się obudziło, pomrugało do nowej
rzeczywistości, uderzyło w stół i zawołało mocnym głosem „My też chcemy te
szekle!”.
No i oczywiście właśnie obserwujemy
wysyp nowych systemów, które jeszcze nie do końca mają nawet określoną nazwę
swojego gatunku. W mowie Anglosasów na razie walczą ze sobą terminy ‘Attack Wing’ oraz po prostu ‘Dogfighter Game’, i pewnikiem się
wyklaruje wraz z rozwojem tej gałęzi bitewniaków… Pierwszym poważnym konkurentem stało się WizKids
– firma odpowiedzialna za gry z serii Clix z ich własnym patentem na obrotowe
podstawki jak i ojciec produktów spod znaku Dice Master oraz twórca ciekawych
pomysłów, jak chociażby Pirates Constructible
Strategy Game, gdzie modele wyciskało się płaskich, plastikowych kart i
składało bez sklejania… Zabawny pomysł, niestety zmarł w trakcie sprzedaży
części firmy na zewnątrz. A szkoda, bo była to naprawdę budżetowa gra „figurkowa”!

Wracając jednak do tematu…
Zaledwie rok po premierze X-Wing wydawca ten rzucił się na temat niczym
wygłodniały rekin i stworzył kopię gry z inną, acz jakże podobną licencją,
czyli Star Trek Attack Wing. Recepta
jest dokładnie taka sama – proste zasady, gotowe modele, system oparty na
kartach i ślepym wydawaniu rozkazów. A wszystko to okraszone popularną i znaną
licencją. Pewnikiem nieco mniej niż monstrum jakim są Gwiezdne Wojny, ale
jednak! Najwyraźniej sprzedawała im się nienajgorszej, bo rok później wydali
kolejny tytuł oparty na dokładnie tym samym schemacie, czyli D&D Attack Wing – grę, która choć
jest z pozoru kalką, uderza w inną grupę docelową. Smoki zamiast myśliwców?
Jednostki naziemne, maszyny oblężnicze? Magia w miejscu torped? Świetny pomysł
dla tych odbiorców, którym tematyka SF zwyczajnie nie siada.
Jeżeli jednak kalki z innym
settingiem nie przekonują was wcale to co powiecie na alternatywę, gdzie system
sprzedażowy jest oparty całkowicie na tej samej strukturze, ale już gra jest w
mocnej części swoją własną bestyjką? Swego czasu rozpisałem się nieco o tym
nowym systemie, który ma uderzyć na sklepowe półki dosłownie na dniach – TANKS wydawnictwa Battlefront, bo o nim
oczywiście piszę, to miks zwycięskiej formuły użytej przez X-Wing. Mamy tutaj wszystko tak, jak należy. Proste zasady, ładne i
niedrogie modele, żałośnie niski koszt i próg wstępu w system a przy okazji
tematykę, która choć nie jest żadną mocną licencją, jest dobrze znana, szeroka
i ma swoich miłośników. Druga Wojna Światowa zawsze będzie dobrym tematem do
gier, co udowodniły nam już gry komputerowe, eksploatując ten temat do dna
beczki. Wiąże spore nadzieje z tym systemem, bo na naszym rodzinnym gruncie ma
spore szanse osiągnąć spory sukces!

Na dzień dzisiejszy to wszystko,
jeżeli chodzi o gry z gatunku Dogfighter.
Ale to na pewno nie jest ostatnie słowo, bo gdzie są szekle, tam się znajdą i
chętni, by je zdobyć. X-Wing z
wdziękiem udowodnił, że ich forma prowadzenia systemu figurkowego się sprawdza,
więc na kolejnych naśladowców na pewno nie będziemy musieli długo czekać. Ot,
choć nie powinienem zdradzać, więc na razie bez nazw i detali… Za niedługo na
kickstarterze pojawi się duży projekt tego typu gry w klimacie steampunku, ze
sterowcami w roli głównej! Kolejny setting, który jeszcze nie został
wykorzystany w tym gatunku. No i oczywiście pozostają jeszcze radosne życzenia
samych graczy… Podczas drobnych badań źródeł do tego tekstu natrafiłem na co
najmniej pięć artykułów pytających o to, kiedy też Games Workshop rzuci się na
ów puchnącą modę i wyda swój własny system oparty na tym schemacie. Bo przecież
potencjał mają w Aeoronautica Imperialis…
A skoro Legio Titanicus i tak nadchodzi, skoro mają robić figurki w małej
skali, to drzwi wcale nie pozostają zamknięte na ten koncept! Osobiście byłbym
zaskoczony, gdyby rzucili się na tę okazję, bo jednak profil mają odmienny, ale
cóż. Dziwniejsze rzeczy już widziałem wychodzące spod ich ręki, więc zakładać
się nie będę.
In summus? Cieszmy się!
Największa zasługą X-Wing dla
bitewniaków nie jest wprowadzenia rewolucyjnych mechanik czy rozwiązań, lecz
proste acz dosadne popularyzowanie hobby, jakim jest zbieranie figurek po to,
by potem nimi grać na przygotowanych stołach. Nareszcie mamy cudowną prezencję,
bo przecież X-Wing da się nabyć w
Empikach, Smykach czy innych sklepach z zabawkami, ba, widziałem nawet pudełka
ze starterem bodajże w Carrefourze! To jest dopiero zasięg… A im więcej ludzi
bawić się będzie w nasze hobby, tym pełniejsze ono będzie i tym więcej okazji
będziemy mieli by wciągać ów nowo nawróconych graczy na inne systemy,
pozwalając im kwitnąć.
Tak więc niech dobra passa trwa i niech coraz więcej wydawców odkrywa
nowe gruntu w dziedzinie gier bitewnych! Huzzah!


