Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-wing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-wing. Pokaż wszystkie posty

29.05.2016

[29.05.2016] Attack of Attack Wings!


Tradycyjnie słowem wstępu będzie krótka spowiedź. Wpisy raz są, raz nie ma, bo jak zapowiadałem z czystym sumieniem przy reaktywacji bloga, piszę do niego tylko wtedy, kiedy zwyczajnie mogę, mam wenę i treść do sprzedania. Ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem tytanicznej pracy, zerwanych nocek i ogólnie ostrego zapieprzu tak więc nie tylko nie miałem czasu pisać, ale nawet aktywnie bawić się w swoje ulubione hobby. Fortunnie ów gorączkowy okres zakończył się wczoraj i nareszcie mogę zaczerpnąć świeżego, krakowskiego powietrza (*czyt. Truciznę*), rozciągnąć kości oraz rozruszać paluszki na klawiaturze przelewając pewne myśli w teksty. Wracamy zatem do wpisów, a rozpoczynamy nowy tydzień od pewnej obserwacji na temat „nowego” gatunku gier bitewnych, który to nabiera rozpędu i mocy na naszym bitewniakowym poletku.

Rynek jest rzeczą zmienną. Ot, odkryłem Amerykę! Dam jednak prosty przykład z dziedziny dalece pokrewnej, czyli z gier na urządzenia mobilne… Rok 2009. Rovio Entertainment wydaje pierwszą odsłonę Angry Birds w Appstorze i zaledwie w jeden rok sprzedaje 12 milionów kopii gry. Żeby było zabawniej, była to aż 52 gra wydana przez Rovio i firma aż do jej wydania radziła sobie, że użyje profesjonalnego żargonu, jako-tako. Angry Birds jednak odmieniło ich fortunę i do dziś dzierży sporo rekordów jeżeli chodzi o sprzedaż i zyski liczone z aplikacji mobilnej. Pod koniec 2015 obliczono, że gra we wszystkich swoich wariantach została pobrana w gargantuicznej liczbie dwóch miliardów kopii… To robi wrażenie. Naturalnie twórcy mobilnych gier zareagowali natychmiast i z miesiąca na miesiąc powstawały całe tony klonów opartej na mechanice ‘procy’.  Każdy chciał posiadać swój własny tytuł z tej kategorii, bo Wściekłe Ptaki udowodniły wydawcom, że to się sprzedaje, że tego pragną klienci. Przecież dokładnie taka sama mania gier z kategorii ‘dopasuj trzy’ (*wolne tłumaczenie od Match-Three*) wybuchła później po miażdżącym sukcesie Candy Crush Saga, która przecież nie odkryła niczego nowego, tylko skopiowała w atrakcyjniejszej formie mechanikę znaną nam z Bejeweled. Tak to działa… Ktoś odkrywa na nowo rzecz, która się sprzedaje, a masa wydawców podąża z nadzieją na ugryzienie nowo upieczonego torta.


No dobrze, wiem, że raczej nikt z was, mili czytelnicy, nie czyta tych wpisów w celu uzyskania informacji o historii gier mobilnych. Wstęp ten jednak jest ważny dlatego, że właśnie z taką samą sytuacją mamy do czynienia na naszym własnym poletku! W 2012 roku Fantasy Flight Games postanowiło skorzystać z potężnej licencji Gwiezdnych Wojen i wydać swoją kolekcjonerską grę figurkową – Star Wars: X-Wing Miniature Game. Gra od początku ujęła rzeszę graczy nie tylko znanym im uniwersum, ale też przystępnością… Modele, które są od razu pomalowane, i to całkiem solidnie? Sprytna, nietrudna mechanika, która jednak pozwala na taktyczne zagrywki? Relatywnie niska cena względem innych systemów figurkowych? Słowem, recepta była dobra i rozwijała się całkiem dynamicznie. Nowe modele wychodziły regularnymi falami, pula grających rosła… Nikt jednak nie spodziewał się, jak bardzo ów prosty system zawładnie graczami. W roku 2015 druga edycja zestawu startowego odświeżyła stare modele i wraz z istniejącymi dodatkami oferowała porządnie prowadzony system ze sporą liczbą modeli, kart i możliwości. Grę, która na tegorocznym Adepticonie pochwaliła się aż trzema dużymi turniejami ciągnącymi się przez cały okres trwania konwentu, a na dodatek – choć to tylko pogłoska, bo nie udało mi się  odkopać źródeł – rzekomo było więcej graczy w X-Wing niż było obecnych miłośników poczciwej Czterdziestki.

Nie ważne jednak liczby, jedna rzecz jest niezaprzeczalna – X-Wing to ogromny sukces. To gra z wbudowaną recepturą na świetną sprzedaż, system, który do nas również zawitał z mocą i wszedł pod przysłowiowe strzechy. Ot, nawet w moich lokalnych sklepach gra ta sprzedaje się podobno doskonale a na turniejach sklepy są wypełnione po brzegi aspirującymi pilotami. Nie dziwi zatem fakt, że sporo wydawców nagle się obudziło, pomrugało do nowej rzeczywistości, uderzyło w stół i zawołało mocnym głosem „My też chcemy te szekle!”.

No i oczywiście właśnie obserwujemy wysyp nowych systemów, które jeszcze nie do końca mają nawet określoną nazwę swojego gatunku. W mowie Anglosasów na razie walczą ze sobą terminy ‘Attack Wing’ oraz po prostu ‘Dogfighter Game’, i pewnikiem się wyklaruje wraz z rozwojem tej gałęzi bitewniaków…  Pierwszym poważnym konkurentem stało się WizKids – firma odpowiedzialna za gry z serii Clix z ich własnym patentem na obrotowe podstawki jak i ojciec produktów spod znaku Dice Master oraz twórca ciekawych pomysłów, jak chociażby Pirates Constructible Strategy Game, gdzie modele wyciskało się płaskich, plastikowych kart i składało bez sklejania… Zabawny pomysł, niestety zmarł w trakcie sprzedaży części firmy na zewnątrz. A szkoda, bo była to naprawdę budżetowa gra „figurkowa”!

Wracając jednak do tematu… Zaledwie rok po premierze X-Wing wydawca ten rzucił się na temat niczym wygłodniały rekin i stworzył kopię gry z inną, acz jakże podobną licencją, czyli Star Trek Attack Wing. Recepta jest dokładnie taka sama – proste zasady, gotowe modele, system oparty na kartach i ślepym wydawaniu rozkazów. A wszystko to okraszone popularną i znaną licencją. Pewnikiem nieco mniej niż monstrum jakim są Gwiezdne Wojny, ale jednak! Najwyraźniej sprzedawała im się nienajgorszej, bo rok później wydali kolejny tytuł oparty na dokładnie tym samym schemacie, czyli D&D Attack Wing – grę, która choć jest z pozoru kalką, uderza w inną grupę docelową. Smoki zamiast myśliwców? Jednostki naziemne, maszyny oblężnicze? Magia w miejscu torped? Świetny pomysł dla tych odbiorców, którym tematyka SF zwyczajnie nie siada.

Jeżeli jednak kalki z innym settingiem nie przekonują was wcale to co powiecie na alternatywę, gdzie system sprzedażowy jest oparty całkowicie na tej samej strukturze, ale już gra jest w mocnej części swoją własną bestyjką? Swego czasu rozpisałem się nieco o tym nowym systemie, który ma uderzyć na sklepowe półki dosłownie na dniach – TANKS wydawnictwa Battlefront, bo o nim oczywiście piszę, to miks zwycięskiej formuły użytej przez X-Wing. Mamy tutaj wszystko tak, jak należy. Proste zasady, ładne i niedrogie modele, żałośnie niski koszt i próg wstępu w system a przy okazji tematykę, która choć nie jest żadną mocną licencją, jest dobrze znana, szeroka i ma swoich miłośników. Druga Wojna Światowa zawsze będzie dobrym tematem do gier, co udowodniły nam już gry komputerowe, eksploatując ten temat do dna beczki. Wiąże spore nadzieje z tym systemem, bo na naszym rodzinnym gruncie ma spore szanse osiągnąć spory sukces!


Na dzień dzisiejszy to wszystko, jeżeli chodzi o gry z gatunku Dogfighter. Ale to na pewno nie jest ostatnie słowo, bo gdzie są szekle, tam się znajdą i chętni, by je zdobyć. X-Wing z wdziękiem udowodnił, że ich forma prowadzenia systemu figurkowego się sprawdza, więc na kolejnych naśladowców na pewno nie będziemy musieli długo czekać. Ot, choć nie powinienem zdradzać, więc na razie bez nazw i detali… Za niedługo na kickstarterze pojawi się duży projekt tego typu gry w klimacie steampunku, ze sterowcami w roli głównej! Kolejny setting, który jeszcze nie został wykorzystany w tym gatunku. No i oczywiście pozostają jeszcze radosne życzenia samych graczy… Podczas drobnych badań źródeł do tego tekstu natrafiłem na co najmniej pięć artykułów pytających o to, kiedy też Games Workshop rzuci się na ów puchnącą modę i wyda swój własny system oparty na tym schemacie. Bo przecież potencjał mają w Aeoronautica Imperialis… A skoro Legio Titanicus i tak nadchodzi, skoro mają robić figurki w małej skali, to drzwi wcale nie pozostają zamknięte na ten koncept! Osobiście byłbym zaskoczony, gdyby rzucili się na tę okazję, bo jednak profil mają odmienny, ale cóż. Dziwniejsze rzeczy już widziałem wychodzące spod ich ręki, więc zakładać się nie będę.

In summus? Cieszmy się! Największa zasługą X-Wing dla bitewniaków nie jest wprowadzenia rewolucyjnych mechanik czy rozwiązań, lecz proste acz dosadne popularyzowanie hobby, jakim jest zbieranie figurek po to, by potem nimi grać na przygotowanych stołach. Nareszcie mamy cudowną prezencję, bo przecież X-Wing da się nabyć w Empikach, Smykach czy innych sklepach z zabawkami, ba, widziałem nawet pudełka ze starterem bodajże w Carrefourze! To jest dopiero zasięg… A im więcej ludzi bawić się będzie w nasze hobby, tym pełniejsze ono będzie i tym więcej okazji będziemy mieli by wciągać ów nowo nawróconych graczy na inne systemy, pozwalając im kwitnąć.


Tak więc niech dobra passa trwa i niech coraz więcej wydawców odkrywa nowe gruntu w dziedzinie gier bitewnych! Huzzah!

5.07.2014

[05.VII.2014] Zawartość Hobby w Hobby


Kilka dni temu… A nie, po kolei. Po pierwsze, witam wszystkich w tę ciepłą, radośnie słoneczną sobotę! Nareszcie aura dopisuje, człowiek będzie mógł umyć okna a w piątkowy wieczór dokonał największego dzieła w historii konwersji modelarskich przy użyciu pudełka z bitsami i nie do końca niebieskiego blue-taca, wszystko przy kreatywnym wsparciu C’tana! Słowem, jest przyjemnie i miło. Możemy więc odetchnąć, znaleźć czas dla naszego hobby i ogólnie dobrze się bawić! Doskonały czas, by napisać kilkaset słów na temat naszego hobby i tego, jak ono funkcjonuje dzisiaj – No to wracamy do pierwszych słów akapitu… Kilka dni temu na łamach Bells of the Lost Souls opublikowany krótki tekst autorstwa Larry’ego Vela, który dotknął tematu gier, które przychodzą z pomalowanymi lub premalowanymi modelami próbując z tego wywnioskować, że era składanych modeli wymagających malowania być może dobiega końca. O ile sam pomysł na pożywkę dla myśli uważam za ciekawy, o tyle wnioskowanie i przykładu uważam za napisane w sposób lekko pobieżny. Postanowiłem więc rozszerzyć ten temat i rzucić okiem na to, czym dla całego hobby są ów gry i jak wpływają lub też wpłyną one na nasze hobby jako całość!

Zła reputacja

Zacznijmy od tego, że modele, które przychodzą od razu sklejone i pomalowane cierpią dziś głównie z powodu tragicznej reputacji. Sam zamysł, sama idea jest co najmniej interesująca. Dlaczego? Cóż, jak wiemy, istnieje spora rzesza graczy, którzy lubią gry bitewne ale nie są wcale zainteresowani hobbystycznym akcentem w nich zawartym. Gracze, których mierzi konieczność sklejania stosu modeli. Gracze, którzy nie są zadowoleni z faktu, że turnieje wymagają chociaż tego podstawowego malowania, by być dopuszczonymi do rozgrywki. Gracze, którzy po prostu chcą grać – zanurzyć się w zasadach, napisać solidną rozpiskę i zmierzyć się z przeciwnikiem na polu bitwy, tworząc skuteczną strategię i sprawdzając ją w praniu. Dla wielu osób tego pokroju całe to hobbystyczne tałatajstwo to po prostu zbędny dodatek, który spowalnia ich na drodze do pełnego radowania się tym, co w ich hobby jest kluczowe, czyli rozgrywką.

Nie dziw więc, że wielu wydawców starało się stworzyć grę, która zaoferowałaby błyskawiczny dostęp do zabawy. Bo tak, to o to się rozchodzi.. O grę, która oferuje rozrywkę gry bitewnej ale nie wymaga nadmiaru czasu i nakładów, by móc spokojnie rozpocząć rozgrywkę. Bonus jest oczywisty – kiedy mogę wyciągnąć figurki z pudełka, przeczytać zasady i rozpocząć zabawę w 15-30 minut od momentu zakupu gry.  Nie chodzi już nawet o kwotę wstępu, tylko o prosty fakt, że w wypadku takiego produktu mogę całościowo skupić się tylko i wyłącznie na grze, nie przejmując się całą resztą.

Wiele gier próbowało. Czemu dopiero teraz ten pomysł zaczyna się sprawdzać, nawet jeżeli na niewielką jak dotychczas skalę. Zła reputacja! Tak jest, modele poskładane i pomalowane przez długi czas niesławne były dzięki niesamowitemu poziomowi kichy, której sobą reprezentowały. By było zabawnie, jest jedna firma, która ma największy wkład w produkowaniu tejże kichy a zarazem jest teraz jedną z tak naprawdę dwóch, które dziś posiadają produkty tego typu, które się sprzedają. Fantasy Flight Games. No dobrze, przepraszam – Rackham Miniatures pod kuratelą FFG. Ale od początku… Historia gotowym, pomalowanych figurek zaczęła się dawno temu!

2002. Rok, który mogę spokojnie acz nieco arbitralnie uznać za początek ‘przewrotu gier prepainted’. Pomiędzy 2002 a 2003 nastąpił prawdziwy wysyp tego typu tytułów. Które rzadko kiedy dożywały do 2010 a przeważnie kończyły wcześniej. Och, oczywiście są wyjątki – i jednym z nich jest poniekąd ojciec całej idei, czyli Heroclix! Heroclix, który posiada swój własny, unikalny system, niewygórowane ceny, badziewne, gumoludkowe figurki, potężne licencje stojące za poszczególnymi seriami a co najważniejsze – dobre nakierowanie na target. Bo nie jest to system bitewny, nie kieruje się do tego sektora rynku i atakuje raczej dziatwę i ‘młodą młodzież’, która po prostu chce mieć Wolverine’a na półce. Mimo to w ślad za Heroclixem poszli inni wydawcy i spróbowali przemycić podobną metodykę do gier bitewnych… I w ten oto sposób powstały takie cuda jak AT-43, Confrontation: Age of Ragnarok, Axis & Allies, Dungeon & Dragons Miniatures Game, Monsterpocalypse, Heroscape, Mutant Chronicles, Dreamblade, Wings of War… Każda z tych gier przynosiła ze sobą poskładane, pomalowane figurki, każda z nich oferowała coś nowego lub miała pewien cel, o każdej mógłbym napisać coś pozytywnego. AT-43 miało ciekawy klimat SF lat sześćdziesiątych i naprawdę dobre zasady. Axis & Allies było niedrogie i przez pewien czas mogło się pochwalić dynamicznym rozwojem i wsparciem. Monterpocalypse to świetny pomysł na grę – wielkie potwory rozwalające miasta! – oraz doświadczonego wydawcę.  Dreamblade mogło się pochwalić bardzo interesującą mechaniką i solidnymi modelami, jak na gumoludy… I tak dalej, et cetera. Jest jednak jedna rzecz, która ów projekty i produkty zrujnowała.

Idiotyzm wydawców.

Mocne słowa? Pewnie tak. Można założyć, że zanim rozpoczęto produkcję i włożono zakładam solidne nakłady finansowe na realizację projektów przeprowadzono solidne badania na temat tego, czy może się przyjąć. Problem najpewniej polegał na tym, że nikt na te badania nie zaprosił graczy gier bitewnych… Bo gdyby ich zaprosili, to by usłyszeli, że fakt, iż figurki są gotowe do użycia po wyjęciu z pudełka niewiele znaczy, jeżeli są odlane ze ścinek z gumolitu, straszą potwornym wyglądem a co gorsza są pomalowane tak, że nawet ktoś o dobrym serduszku nie nazwałby tego poziomu podstawowym tabletopem. Tutaj leżał przysłowiowy pies pogrzebany – nie można wciskać szajsu komuś, kto już wie, że może szajsu wcale nie kupować! A klientela tego typu gier to z rzadka są totalne świeżaki, zieloni jak trawa na wiosnę, którzy złapią byle rzucone im gówno niczym pelikany koprofagi, lecz raczej w dużej mierze ludzie, który już jakieś doświadczenia z grami tego typu mają, i raczej woleli by wydać swoje pieniądze na towary, których nie muszą chować z półek jak tylko wpadają kumple, by się nie wstydzić…

Nikogo więc w sumie nie dziwi, że moc tych gier okazało się totalnymi niewypałami, które po prostu nie mogły zdobyć popularności, bo poległy na najbardziej bazowym aspekcie tego hobby, czyli po prostu na atrakcyjności i estetyce. Po prostu – gumoludom mówimy nie.


Promyk wydawniczej nadziei

Tutaj ponownie wyłania się Fantasy Flight Games, które to wreszcie po latach zdołało wyciągnąć jedną, kluczową lekcję z doświadczeń zarówno swoich jak i wielu innych wydawców. Po pierwsze, koncepcja nadal jest słuszna. Po drugie, to nie jest wina gry samej w sobie, że nie może się przebić. I po trzecie, najważniejsze, ów grupa docelowa jaką stanowić mają klienci sektora gier bitewnych nie będzie kupować szmiry. Słowem – chcesz się sprzedać? Pokaż klasę. W ten oto sposób światło dzienne ujrzały dwa tytuły, które są najpewniej pierwszymi, które oferują gotowe figurki wysokiej jakości połączone z dobrymi zasadami: Dust Tactics / Warfare oraz X-wing.

Znamy te gry? Słyszeliśmy o nich? Najpewniej tak, szczególnie o tej drugiej, bo się aktualnie dobrze przyjęła nawet w naszych realiach – mamy turnieje, mamy sporo sklepów, które prowadzą aktywną sprzedaż tego systemu, mamy liczne grono graczy… A sama gra działa dokładnie tak, jak mogliby sobie to wymarzyć jej wydawcy! Dostajemy pełnowartościową, skirmiszową grę bitewną z bardzo dobrymi zasadami, mocarną licencją stojącą za jej plecami (*Gwiezdne Wojny, kto tego nie zna, prawda?*) oraz, uwaga uwaga, dobrymi modelami, które nie tylko wyglądają porządnie, pochwalić się mogą solidnymi detalami, ale też są pomalowane wystarczająco dobrze, by nikogo nie straszyć. Pewnie, Golden Demon to to nie jest, ale mimo wszystko jest to na tyle dobry poziom, by nikomu nie przeszkadzał. A dzięki temu dostajemy grę, która oferuje kompleksowe zasady znane graczom w bitewniaki a jest całkowicie wyprana z konieczności wcześniejszego przygotowania do czerpania radości z rozgrywki! A co jest najlepsze w tym wszystkim to to… Że jak ktoś /zażyczy/ sobie pomalować te modele, to absolutnie nikt mu nie broni.

Dust to oddzielny temat. Głównie dlatego, że przyjęto nieco inną taktykę marketingową – taka, która jak się okazało, sprawdza się wyśmienicie. Po pierwsze, modele są nareszcie plastikowe, i nie boję się stwierdzić, że zarówno jakość rzeźb jak i jakość materiału przewyższa chociażby to, co dostajemy od Privateer Press’a na łamach ich ‘plastikowych’ produktów. Po drugie, modele są całościowe – nie wymagają złożenia, wycinania z wyprasek, zdrapywania linii podziału czy jakiegokolwiek oczyszczania. Owszem, duże modele robotów i wojennych maszyn wymagają złożenia, ale nigdy nie musimy używać kleju ani męczyć się z jakąkolwiek obróbką – wyciągamy elementy z pudełka składamy do kupy niczym prostą zabawkę i dostajemy ładny, w pełni funkcjonalny a na dodatek obrotowy, mobilny model. Mało? Dobrze. Modele posiadają podkład oraz nałożone kalkomanie – od razu, po wyjęciu z pudełka, są gotowe do malowania. Choć jakość ów podkładu nie jest doskonała, to spełnia swoją rolę – znaczy, oferuje produkt, który jest idealny dla graczy, bo możemy grać prosto z pudełka i nigdy nie przejmować się malowaniem… Ponownie jednak, jeżeli ktoś życzy sobie pomalować swoją armię, to nie tylko ma uproszczone zadanie, ale jest też w pełni mocy sprawczych, by tego dokonać.

Oba systemu cieszą się sukcesami, ponieważ spełniły wszystkie wymogi dobrego produktu, oferując dobrą grę, dobre modele i rozwiązując problem tych graczy, którzy po prostu wrzucają cały hobbystyczny aspekt zabawy na daleki koniec swojej listy priorytetów…

Prepaint a sprawa gier bitewnych

I tutaj przechodzimy do kolejnego punktu programu… Czy wszystkie gry podążą tym śladem? Czy na fali sukcesu tych dwóch gier możemy się spodziewać nowej fali kolejnych tytułów tego typu albo nawet nagłego zwrotu w polityce wydawniczej znanych już graczy na rynku gier bitewnych?  I tak, i nie. Tam gdzie pojawia się sukces, prędzej czy później pojawią się naśladowcy – każdy chce zarobić, każdy chce uszczknąć kawałek tortu, więc nie będę nawet odrobinę zaskoczony, kiedy na łamach kolejnych kilku lat pojawi się więcej systemów oferujących gotowe modele wysokiej jakości. Co nie zmienia faktu, że insynuacje traktujące o tym, że tacy zawodnicy jak chociażby Games Workshop, Battlefront czy Privateer Press zmienią swoje produkty by dopasować się do tego trendu to zwyczajne duby smalone.

Czemu mieliby to robić? Jest rynek dla gier, które minimalizują, marginalizują lub całkowicie pozbywają się z zabawy aspektu modelarskiego. Tak samo jest też rynek dla systemów, które oferują swoim hobbystą cały asortyment hobbystycznych doznań. Tak samo jak jest miejsce dla samych figurek bez systemów, bo przecież takie modele sprzedają się na tony w skali roku w każdym zakątku świata. Tak więc to nie jest tak, że jest to jakiś konieczny trend, że wszyscy musza nim podążać… Dobrze się stało, że gry tego typu nareszcie osiągnęły poziom, który przekroczył linię bycia ‘przyzwoitymi’, a wkroczył na cudowne terytoria bycia ‘dobrymi’. To dobrze, że mamy gry, które skupiają się właśnie na grze i pozwalają nam się pobawić bez posiadania warsztatu modelarskiego. Nie oznacza to jednak, że mamy się spodziewać nagłej zapaści i spadku popularności w tych grach, które nadal wymagają farbek i nożyka modelarskiego do funkcjonowania!

Czyli co to dla nas oznacza? Dywersyfikację. Zdrową, twórczą dywersyfikację! Nie tak dawno temu pisałem o tym, że żyjemy w cudnych czasach dla miłośników gier bitewnych – dominacja pojedynczych tytułów dobiegła końca, coraz więcej ludzi gra w coraz szerszy wybór gier. Fakt, że gry takie jak X-Wing czy Dust odnoszą sukcesy i dynamicznie się rozwijają jest jakby kolejną cegiełką dołożoną do stosu tego dowodzących. A sam jestem przekonany, że znaczna moc graczy, która wybiera te gry wybiera je właśnie dlatego, że są bardzo przystępne – owszem, nie dyskwalifikuję takich punktów jak klimat, wygląda modeli, zasady… Ale łatwiej jest wejść w kolejny system wiedząc, że i tym razem nie będziemy musieli spędzać długich godzin w celu przygotowania naszych nowych zabawek do pogrania, prawda?


Na dzisiaj to będzie wszystko, moi mili czytelnicy. Sam jestem fanem tych systemów, podobają mi się zarówno pod względem modeli, atmosfery, klimatu… Miodności. Jestem również zachwycony faktem, że nie musze się z nimi męczyć! Dziwne, jak na kogoś, kto mianuje się hobbystą-malarzem, ale w sumie czemu nie? Składanie i sklejanie wieje dla mnie nudą, a przecież te modele mogę pomalować (*co powoli czynię…*), pomijając dzięki sposobie ich wydania wszystkie te żmudne etapy pracy, zanim sięgnę po pędzelki…