

Dziś, moi drodzy,
obędzie się bez rytualnego wstępu – nie będziemy pisać o wysokiej temperaturze
ani też o olimpiadzie i jej całkowicie spodziewanych wynikach. Gdyż nie mam na
to czasu… czemu? Widzicie zdjęcie nad tym paragrafem; mój z dawno zamówiony zestaw
do zainicjowania zabawy z Dust Warfare
nareszcie doszedł, kurier zapukał do moich drzwi i uradował mnie wielce! O tej
ciekawej propozycji pisałem już jakiś czas temu, ale dopiero teraz udało mi się
położyć rączki zarówno na podręczniku do ów systemu jak i na całkowicie w stu
procentach własnych modelach! W podręcznik powoli acz żmudnie się wgryzam
(*fortunnie nie jest to potwór w postaci księgi do Ogniem i Mieczem!*) i z
pewnością za niedługo będziecie mogli spodziewać się pełnej jego recenzji, dziś
jednak chciałbym się skupić na koniu napędowym, głównym silniku który popycha
każdą grę figurkową do przodu – na modelach.
Fantasy Flight
Games to firma wielka. Czemu zaczynam
takim truizmem? Gdyż przyda nam się odrobinka historii. FFG nieustannie
szukało, drążyło temat gry opartej na sprzedaży modeli, figurek, za każdym
razem potykając się jednak… głównie o własną chciwość. Cóż, każdy popełnia
błędy – korporacja również. Mieliśmy więc AT-43, naprawdę dobry system osadzony
w solidnym uniwersum science fiction, który jednak musiał umrzeć z wielu
powodów. Pierwszym, najważniejszym, była nieludzka cena. FFG próbowało wciskać
drogi syf w cenie normalnych modeli – i kiedy piszę syf, mam na myśli naprawdę
podłe miniaturki, zniekształcone gumoludy, malowane przez maszyny w ohydne
kolory. Dodajmy do tego oryginalny, acz nieznany setting oraz słabą promocję…
musiało paść. Nauka nie poszła w las, ale nie była wystarczająca: mieliśmy
bowiem kolejną porażkę w postaci przejęcia Konfrontacji – marki, było nie było,
znanej miłośnikom gier bitewnych. Niestety, FFG uznało, że sam znany setting
wystarczy; tak więc nadal sprzedawali podłe gówno za kupę szmalu, bo to
przecież Konfrontacja, więc się na pewno sprzeda! Oczywiście, jak to mawiała
moja babcia, życie werifikuje – i Konfrontacja została zweryfikowana. FFG
zrozumiało nareszcie, że nie wystarczy dobre uniwersum; trzeba mieć jeszcze
dobry /produkt/! Zaskakujące…
Fortunnie, firma
miała plan. Dust. W 2007 roku wydano grę planszową, przyjętą relatywnie ciepło,
wariację starej jak świat gry Ryzyko osadzaną w świetnie wybranym uniwersum –
bo naszym. Oczywiście, po pewnym liftingu, by było ciekawie i by było można
swobodnie używać ‘licentia poetica’. Tak więc Dust opowiada nam o drugiej
wojnie światowej, która nie tylko się nie skończyła tak jak powinna, ale też –
dzięki technologii obcych zwanych Vrill – eskalowała na nowe wyżyny, dając w
ręce każdej strony konfliktu nowe bronie i technologie! Tak więc mamy coś w
stylu ‘Weird World War’ czy w klimatach Hellboya, gdzie naziści wskrzeszają
swoich żołnierzy tworząc oddziały szturmowych zombie, Alianci zamykają swoich w
egzoszkieletach a Związek Komunistyczny smaży wszystkich – jakże by inaczej –
prądem ze zwojów Tesli. A że koncept się przyjął… W 2010 roku wydali Dust
Tactics, kolejną grę planszową tym razem jednak z elementem kolekcjonerskim –
modelami.
By było
zabawniej, nauka w las nie poszła. I modele, które zaprezentowali, okazały się
być prawdziwym paliwem popularności gry. Bo, uwaga, są ładne. Bardzo ładne,
ktoś mógłby rzecz, szczególnie jeżeli porównamy je cenowo do innych systemów
bitewnych. Zmiany było ogromne! Zrezygnowano z podłej jakości gumowe tworzywa
na rzecz solidniejszego plastiku. Poziom detali skoczył z ‘to chyba jest
pistolet’ do ‘mogę policzyć nity na karwaszu tego żołnierza’. I, bogowie
błogosławcie, całkowicie zrezygnowano z psikania miniaturek jakimiś kolorami
–jednolity podkład koniec w temacie! Wyszło? I to jeszcze jak. W końcu, gdyby
im się to nie sprzedawało, linię wydawniczą by już dawno zamknięto… a nie
wydawano coraz to nowsze modele, dodatki czy warianty gry… takie jak Dust
Warfare, czyli podręcznik, który pozwala nam używać licznej już kolekcji modeli
z Dust Tactics to rozgrywania bitew w stylu ‘wargamingowym’ niż planszówkowym.
Troszkę się
rozpisałem, ale co tam – jak prezentuję nowy system, lubię przedstawić sprawy
jasno i klarownie. Przejdźmy jednak to prawdziwego mięsa dzisiejszego wpisu,
czyli modeli. Na pieniądzach nie śpię (*jeszcze! Zresztą, jakby to miał być
numizmat, to pewnie niewygodnie by było…*), więc na start do mojej Wielkiej
Rzeszy Niemieckiej wygarnąłem obowiązkowego Walkera oraz grupę dowodzenia
ciężkich soldatów. I muszę przyznać, że zaskoczyli mnie wielce. Zaznaczę od
razu. Za trójkę piechurów dowodzenia oraz pojazd zapłaciłem łącznie, hrm… 130
złotych z małym hakiem. Tyle, ile pi-razy-oko kosztuje Drednocik do Warhammera
40k; czemu takie porównanie? Ponieważ lekki pojazd w Dust Warfare jest większy
od ów Drednota… a kosztuje dwa razy mniej w szmalu! Przejdźmy jednak najpierw
do modeli piechoty…


Przyznaje, nie jest to sztandarowy przykład piechoty
dla systemu lecz piechota ciężka… elitarna, można by rzec. No ale cóż, jeżeli
mam do wyboru grupę zwyczajnych żołnierzy a takich zapakowanych w potężnie
wyglądające pancerze, wybór jest prosty! Pudełko, by było zabawniej, tanie nie
jest, przynajmniej na pierwszy rzut oka – prawie 70 złotych za trzy modele? No,
ale jeżeli popatrzymy na dowódców dla przykładu Kosmicznych Marines, to jednak
nie jest tak źle, bo w bardzo podobnej cenie dostaniemy jednego Kapitana czy
Termo-Librę z Fajnych Kastów… tak więc w sumie, jest do przodu. Nie patrzy
jednak na cenę… lecz co za nią dostajemy.
Fantasy Flight Games można pochwalić za wysoką
jakość wydania swoich produktów – nawet pudełko to ładna ozdoba półki! A by był
bonusowy punkt na jego tyłach mamy opis jednostki… po polsku! W środku zaś…
sama treść, znaczy się plastikowy holder dla naszych miniatur, bardzo duża
karta opisująca jednostkę oraz oczywiście nasze modele; sklejone, gotowe, nawet
rzekomo maźnięte podkładem. Minus? Cóż, zero dowolności w wyglądzie figurki.
Plus? Mniej roboty z nimi – wyciągamy i gramy! Tak ma być, w końcu służą one
głównie do /gry planszowej/, a nie do bitewniaka.


Jakościowo? Jestem zaskoczony. Bardzo zaskoczony! Od jakiegoś czasu wiedziałem już, że modele do Dust’a to nie byle jakie gumoludy, ale wiecie jak jest, podchodziłem raczej ostrożnie i bez jakieś wybuchowej nadziei. A tu taki szok! Zresztą sami widzicie – jest dobrze. Bardzo dobrze nawet – mamy wszystko na miejscu i w naprawdę dobrym stylu; ładne rzeźby, solidny poziom detali, poprawność anatomiczną, wyraźne twarze, ładne wzory. No po prostu jest na czym oko zawiesić, a jak widać na porównaniu rozmiarowym do Firewarriora Tau, są to całkiem spore pudziany. A materiał? Zapomnijcie o Heroclixowaych gumoludach, tutaj mamy normalny plastik z prawdziwego zdarzenia – owszem, miększy niż ten od GW (*troszkę jak Finecast, bym rzekł*), ale to nadal kolosalny skok jakościowy dla miniatur od FFG. Po raz pierwszy w życiu po otwarciu pudełka z modelami od tej firmy na twarzy zawitał mi ciepły uśmiech i znana nam wszystkim radość ze stania się właścicielem nowych, ładnych miniatur do kolekcji! Brawa dla firmy za pójście po rozum do głowy.
► „Heinrich / Hermann” Panzer Light Walker


Pojazdy! Jeżeli dla Warhammera 40k to Adeptus Astartes są swoistym symbolem, to dla uniwersum Dust’a będą to właśnie Walkery, czyli znane nam czołgi drugiej wojny światowej przerobione na wojenne maszyny kroczące. Ktoś może powiedzieć, że przecież w mecha nie ma nic oryginalnego – ale jak zwykle, liczy się interpretacja; a Dust podchodzi do tematu, jakby to ująć, na poważnie – żadnych gundamów czy innych wymysłów tego typu, tylko apetycznie industrialny w smaku realizm. Wszystko jest ciężkie, toporne, popychane wielkimi elementami prostej hydrauliki czy pneumatyki. Pancerze są grube, nitowane, z elementami żywca wyrwanymi z pojazdów pancernych tego okresu. Słowem, jest to wszystko zgrabnie rozwiązanie i daje naprawdę piękny efekt.
W pudełku nie dostajemy nic nowego – Dust trzyma
standard, i w środku mamy karty do poszczególnych wariantów pojazdu oraz części
konieczne do jego poskładania w tychże wariantach. Wszystko jest piękne odlane,
ładnie wykonane z dużą ostrością detalu i ich całkiem zacnym bogactwem. Powiem
wprost: niczemu ten model nie ustępuje do takiego na przykład plastikowego
Drednota ze startera do Wojennego Młota. Ba… jest większy! To chyba było moje
największe zaskoczenie. „Lekki”, było nie było, pojazd, jest naprawdę duży, a
już poczytałem że ich średnie, ciężkie czy superciężkie wehikuły to prawdziwe potwory
pod względem rozmiarów (*aerograf /konieczny/ do sprawnego malowania*). I to
wszystko za tak przystępną cenę – 75 blaszek dla tak spory model to gratka,
jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt jego jakość. Poza tym w pudełku mamy dwa
warianty, każdy element łatwo się montuje i trzyma się pewnie a jakby tych
wszystkich dobroci było mało, to model jest wysoce… ruchomy! Nie tylko możemy
sobie pomachać bronią, ale także obracać korpus, pochylać go w znacznym stopniu
w górę i w dół… mamy sporą dowolność w wyborze pozycji. Miłe dla oka… mała
rzecz, a cieszy!


Świetna recenzja, miło się czytało.
OdpowiedzUsuńDzięki :)
Świetna recenzja, dobre zdjęcia (zobaczyłem w końcu z bliska te detale). Dowiedziałem się czegoś o czym nie wiedziałem, czyli o jakości podkładu. Figurki są naprawdę znakomite - zarówno pod względem technicznym jak i artystycznym (niemiecka laserowa piechota rządzi). Trafiają się czasem kurioza w rodzaju ruskiego helikopterka, ale to raczej margines. Koncepcja walkerów w klimacie WWII przypomina mi bardzo grę z ps2 "Ring of Red". Tam były właśnie takie oddziały składające się z czołgowatego mecha oraz drużyn piechoty wspierającej.
OdpowiedzUsuńSzkoda tylko, że skala jest sporo większa, przez co Dust Warfare z gromadami behemotów w rodzaju pająkowatego ciężkiego działa, wymagał będzie chyba grania na podłodze. Z drugiej strony taka Warmaszyna też robi się "kolosalna" ;)
Ogólnie Dust Tactics mnie intryguje już od dłuższego czasu i nie raz już planowałem zakup (aż przespałem pierwszego core seta). Finansowo wypada naprawdę tanio, zasady chyba na tyle proste, że można kogoś od bordgejmów wciągnąć (najpierw DT, później DW). Wszystko fajnie, ale za długo przy tym chyba grzebałem i zaczął mi setting przeszkadzać (a może to taki chwilowy zwrot w stronę bardziej scustomizowanych skirmiszy) - tzn za bardzo militarnie, jakoś tak formalnie, unifikacja całkowita wyglądu piechoty itp. Za mało fantazji tutaj, a za dużo ducha wargamingu w klimatach WWII. Ale to takie świrowanie moje.
Czekam z niecierpliwością na wpis o Dust Warfare i może jakichś innych modeli recenzję? :)
Powoli acz nieuchronnie gotuje się recenzja samego systemu. Ot, wklejam zakładki do podręcznika, robię notatki. Co do modeli, z całą pewnością się pojawią jak zakupie na przykład super ciężkiego walkera do Osi :D
UsuńDziękuję za komentarz - podbudowujący, widzę, że praca włożona w tekst nie poszła na marne!