29.05.2016

[29.05.2016] Attack of Attack Wings!


Tradycyjnie słowem wstępu będzie krótka spowiedź. Wpisy raz są, raz nie ma, bo jak zapowiadałem z czystym sumieniem przy reaktywacji bloga, piszę do niego tylko wtedy, kiedy zwyczajnie mogę, mam wenę i treść do sprzedania. Ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem tytanicznej pracy, zerwanych nocek i ogólnie ostrego zapieprzu tak więc nie tylko nie miałem czasu pisać, ale nawet aktywnie bawić się w swoje ulubione hobby. Fortunnie ów gorączkowy okres zakończył się wczoraj i nareszcie mogę zaczerpnąć świeżego, krakowskiego powietrza (*czyt. Truciznę*), rozciągnąć kości oraz rozruszać paluszki na klawiaturze przelewając pewne myśli w teksty. Wracamy zatem do wpisów, a rozpoczynamy nowy tydzień od pewnej obserwacji na temat „nowego” gatunku gier bitewnych, który to nabiera rozpędu i mocy na naszym bitewniakowym poletku.

Rynek jest rzeczą zmienną. Ot, odkryłem Amerykę! Dam jednak prosty przykład z dziedziny dalece pokrewnej, czyli z gier na urządzenia mobilne… Rok 2009. Rovio Entertainment wydaje pierwszą odsłonę Angry Birds w Appstorze i zaledwie w jeden rok sprzedaje 12 milionów kopii gry. Żeby było zabawniej, była to aż 52 gra wydana przez Rovio i firma aż do jej wydania radziła sobie, że użyje profesjonalnego żargonu, jako-tako. Angry Birds jednak odmieniło ich fortunę i do dziś dzierży sporo rekordów jeżeli chodzi o sprzedaż i zyski liczone z aplikacji mobilnej. Pod koniec 2015 obliczono, że gra we wszystkich swoich wariantach została pobrana w gargantuicznej liczbie dwóch miliardów kopii… To robi wrażenie. Naturalnie twórcy mobilnych gier zareagowali natychmiast i z miesiąca na miesiąc powstawały całe tony klonów opartej na mechanice ‘procy’.  Każdy chciał posiadać swój własny tytuł z tej kategorii, bo Wściekłe Ptaki udowodniły wydawcom, że to się sprzedaje, że tego pragną klienci. Przecież dokładnie taka sama mania gier z kategorii ‘dopasuj trzy’ (*wolne tłumaczenie od Match-Three*) wybuchła później po miażdżącym sukcesie Candy Crush Saga, która przecież nie odkryła niczego nowego, tylko skopiowała w atrakcyjniejszej formie mechanikę znaną nam z Bejeweled. Tak to działa… Ktoś odkrywa na nowo rzecz, która się sprzedaje, a masa wydawców podąża z nadzieją na ugryzienie nowo upieczonego torta.


No dobrze, wiem, że raczej nikt z was, mili czytelnicy, nie czyta tych wpisów w celu uzyskania informacji o historii gier mobilnych. Wstęp ten jednak jest ważny dlatego, że właśnie z taką samą sytuacją mamy do czynienia na naszym własnym poletku! W 2012 roku Fantasy Flight Games postanowiło skorzystać z potężnej licencji Gwiezdnych Wojen i wydać swoją kolekcjonerską grę figurkową – Star Wars: X-Wing Miniature Game. Gra od początku ujęła rzeszę graczy nie tylko znanym im uniwersum, ale też przystępnością… Modele, które są od razu pomalowane, i to całkiem solidnie? Sprytna, nietrudna mechanika, która jednak pozwala na taktyczne zagrywki? Relatywnie niska cena względem innych systemów figurkowych? Słowem, recepta była dobra i rozwijała się całkiem dynamicznie. Nowe modele wychodziły regularnymi falami, pula grających rosła… Nikt jednak nie spodziewał się, jak bardzo ów prosty system zawładnie graczami. W roku 2015 druga edycja zestawu startowego odświeżyła stare modele i wraz z istniejącymi dodatkami oferowała porządnie prowadzony system ze sporą liczbą modeli, kart i możliwości. Grę, która na tegorocznym Adepticonie pochwaliła się aż trzema dużymi turniejami ciągnącymi się przez cały okres trwania konwentu, a na dodatek – choć to tylko pogłoska, bo nie udało mi się  odkopać źródeł – rzekomo było więcej graczy w X-Wing niż było obecnych miłośników poczciwej Czterdziestki.

Nie ważne jednak liczby, jedna rzecz jest niezaprzeczalna – X-Wing to ogromny sukces. To gra z wbudowaną recepturą na świetną sprzedaż, system, który do nas również zawitał z mocą i wszedł pod przysłowiowe strzechy. Ot, nawet w moich lokalnych sklepach gra ta sprzedaje się podobno doskonale a na turniejach sklepy są wypełnione po brzegi aspirującymi pilotami. Nie dziwi zatem fakt, że sporo wydawców nagle się obudziło, pomrugało do nowej rzeczywistości, uderzyło w stół i zawołało mocnym głosem „My też chcemy te szekle!”.

No i oczywiście właśnie obserwujemy wysyp nowych systemów, które jeszcze nie do końca mają nawet określoną nazwę swojego gatunku. W mowie Anglosasów na razie walczą ze sobą terminy ‘Attack Wing’ oraz po prostu ‘Dogfighter Game’, i pewnikiem się wyklaruje wraz z rozwojem tej gałęzi bitewniaków…  Pierwszym poważnym konkurentem stało się WizKids – firma odpowiedzialna za gry z serii Clix z ich własnym patentem na obrotowe podstawki jak i ojciec produktów spod znaku Dice Master oraz twórca ciekawych pomysłów, jak chociażby Pirates Constructible Strategy Game, gdzie modele wyciskało się płaskich, plastikowych kart i składało bez sklejania… Zabawny pomysł, niestety zmarł w trakcie sprzedaży części firmy na zewnątrz. A szkoda, bo była to naprawdę budżetowa gra „figurkowa”!

Wracając jednak do tematu… Zaledwie rok po premierze X-Wing wydawca ten rzucił się na temat niczym wygłodniały rekin i stworzył kopię gry z inną, acz jakże podobną licencją, czyli Star Trek Attack Wing. Recepta jest dokładnie taka sama – proste zasady, gotowe modele, system oparty na kartach i ślepym wydawaniu rozkazów. A wszystko to okraszone popularną i znaną licencją. Pewnikiem nieco mniej niż monstrum jakim są Gwiezdne Wojny, ale jednak! Najwyraźniej sprzedawała im się nienajgorszej, bo rok później wydali kolejny tytuł oparty na dokładnie tym samym schemacie, czyli D&D Attack Wing – grę, która choć jest z pozoru kalką, uderza w inną grupę docelową. Smoki zamiast myśliwców? Jednostki naziemne, maszyny oblężnicze? Magia w miejscu torped? Świetny pomysł dla tych odbiorców, którym tematyka SF zwyczajnie nie siada.

Jeżeli jednak kalki z innym settingiem nie przekonują was wcale to co powiecie na alternatywę, gdzie system sprzedażowy jest oparty całkowicie na tej samej strukturze, ale już gra jest w mocnej części swoją własną bestyjką? Swego czasu rozpisałem się nieco o tym nowym systemie, który ma uderzyć na sklepowe półki dosłownie na dniach – TANKS wydawnictwa Battlefront, bo o nim oczywiście piszę, to miks zwycięskiej formuły użytej przez X-Wing. Mamy tutaj wszystko tak, jak należy. Proste zasady, ładne i niedrogie modele, żałośnie niski koszt i próg wstępu w system a przy okazji tematykę, która choć nie jest żadną mocną licencją, jest dobrze znana, szeroka i ma swoich miłośników. Druga Wojna Światowa zawsze będzie dobrym tematem do gier, co udowodniły nam już gry komputerowe, eksploatując ten temat do dna beczki. Wiąże spore nadzieje z tym systemem, bo na naszym rodzinnym gruncie ma spore szanse osiągnąć spory sukces!


Na dzień dzisiejszy to wszystko, jeżeli chodzi o gry z gatunku Dogfighter. Ale to na pewno nie jest ostatnie słowo, bo gdzie są szekle, tam się znajdą i chętni, by je zdobyć. X-Wing z wdziękiem udowodnił, że ich forma prowadzenia systemu figurkowego się sprawdza, więc na kolejnych naśladowców na pewno nie będziemy musieli długo czekać. Ot, choć nie powinienem zdradzać, więc na razie bez nazw i detali… Za niedługo na kickstarterze pojawi się duży projekt tego typu gry w klimacie steampunku, ze sterowcami w roli głównej! Kolejny setting, który jeszcze nie został wykorzystany w tym gatunku. No i oczywiście pozostają jeszcze radosne życzenia samych graczy… Podczas drobnych badań źródeł do tego tekstu natrafiłem na co najmniej pięć artykułów pytających o to, kiedy też Games Workshop rzuci się na ów puchnącą modę i wyda swój własny system oparty na tym schemacie. Bo przecież potencjał mają w Aeoronautica Imperialis… A skoro Legio Titanicus i tak nadchodzi, skoro mają robić figurki w małej skali, to drzwi wcale nie pozostają zamknięte na ten koncept! Osobiście byłbym zaskoczony, gdyby rzucili się na tę okazję, bo jednak profil mają odmienny, ale cóż. Dziwniejsze rzeczy już widziałem wychodzące spod ich ręki, więc zakładać się nie będę.

In summus? Cieszmy się! Największa zasługą X-Wing dla bitewniaków nie jest wprowadzenia rewolucyjnych mechanik czy rozwiązań, lecz proste acz dosadne popularyzowanie hobby, jakim jest zbieranie figurek po to, by potem nimi grać na przygotowanych stołach. Nareszcie mamy cudowną prezencję, bo przecież X-Wing da się nabyć w Empikach, Smykach czy innych sklepach z zabawkami, ba, widziałem nawet pudełka ze starterem bodajże w Carrefourze! To jest dopiero zasięg… A im więcej ludzi bawić się będzie w nasze hobby, tym pełniejsze ono będzie i tym więcej okazji będziemy mieli by wciągać ów nowo nawróconych graczy na inne systemy, pozwalając im kwitnąć.


Tak więc niech dobra passa trwa i niech coraz więcej wydawców odkrywa nowe gruntu w dziedzinie gier bitewnych! Huzzah!

11 komentarzy:

  1. Ja bym raczej widział sukces X-winga w tym że jest to gra z serii "... dla opornych". Proste zasady, czas rozgrywki i kompaktowe rozmiary idealnie wkomponowują się w:
    a) (mój punkt widzenia) coraz bardziej zidiociałe społeczeństwo mające problem z ogarnięciem bardziej skomplikowanej rozrywki niż zjedzenie hot doga połączone z oglądaniem filmiku z Minecrafta
    b) (zdanie socjologów) zabiegane społeczeństwo nie mające czasu na poznawanie setek stron zasad i spędzanie kilku godzin na jedną rozgrywkę.

    Próg wejścia w moim środowisku jest kwestią trzeciorzędną - nawet goście którym się nie przelewa kupując z rynku wtórnego, konwertując są w stanie grać po pewnym czasie z sukcesami w W 40k.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno nie widziałem bardziej zarozumiałego, ignoranckiego wpisu - a mówimy tu przecież o internecie, gdzie kretynizmów Ci u nas dostatek. Jeśli już to X-Wing jest dowodem na to, że gra może być świetna i zapewniać głębię rozgrywki bez potrzeby tworzenia opasłych podręczników, wzajemnie sprzecznych reguł i "designerskich buraków" a'la GW. Ponadto, w tą grę gra się przyjemnie - WH 40k to anachroniczna ramotka, która skazana jest na wymarcie bo GW w dalszym ciągu opiera się na systemie sprzed 30 lat - który ani nie jest doskonały, ani nie jest przyjemny do grania. Acha, i jako stary gracz WFB mogę potwierdzić, że systemy GW nawet się nie umywają jeśli idzie o możliwości rozgrywki i kombinowania jakie zapewnia X-Wing.

      Usuń
  2. "...(mój punkt widzenia) coraz bardziej zidiociałe społeczeństwo mające problem z ogarnięciem bardziej skomplikowanej rozrywki niż zjedzenie hot doga połączone z oglądaniem filmiku z Minecrafta..."

    Uuuuuch, ależ kolega pojechał. Czemu znajdowanie przyjemności w prostej grzej jest dowodem na zidiocenie? I na co dowodem jest masochistyczne przyswajanie setek stron wzajemnie się wykluczających zasad i niekończące się spory o ich interpretację? Na wyższość intelektualną, przynależność do umysłowej elity? X-Wingowcy wcinają hot-dogi i oglądają filmiki a w tym czasie 40kowcy czytają "Finneganów Tren" racząc się Chateau Mouton-Rotschild rocznik '74 w cienkim szkle?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, nie mówię że wszyscy tak mają, tylko zwracam uwagę na ogólny trend upraszczający rozrywkę w co idealnie wpasowuje się prosty jak budowa cepa X-wing. Nie mówię też że to źle ze strony gry, sam w nią pogrywam (bez zbytniego entuzjazmu ale z przyjemnością). Co do porównania x vs. 40-stka to nawet przy obecnej przesadzie w kwestii zasad i tak nawet do pięt jej nie dorasta w kwestii poziomu rozrywki, zresztą bo i nie ma takiego celu :D. Źle się wyraziłem, nie tyle poziomu rozrywki co ilości różnych taktyk, kombinacji, rozwiązań na stole, różnorodności armii czy modeli.

      Usuń
    2. Zgadzam się w pełni :) WH40KL rzeczywiście do pięt nie dorasta X-Wingowi w ilości różnych taktyk, kombinacji, rozwiązań na stole! XD W sumie, nawet nie żartuję, bo aktualny stan Czterdziestki to tragedia, z jedną potężną armią-samograjem, burdelem w zasadach, braku frakcji (bo sojusze wszystko rozbiły w cztery dupy) i z kilkoma na krzyż grywanymi rozpiskami. WH40K na dzień dzisiejszy to smutne bagienko ;)

      Usuń
    3. A ja akurat jestem entuzjastą "tego trendu" - dobra gra powinna być prosta w warstwie mechaniki i skomplikowana w warstwie samej rozgrywki. Zasady powinny być na tyle proste i spójne żeby nie tracić czasu na wertowanie podręcznika, konsultowanie się z tabelami i kłótnie o interpretację - oczywiście proste na tyle, na ile nie zubażają rozgrywki do "Orzeł - wygrywam, reszka - wygrywasz" (dla Eldarów to by było "Orzeł - wygrywam, reszka - przegrywasz, kant - powtórz rzut"). To nie jest kwestia jakiegoś zidiocenia odbiorców, tylko bardziej ewolucji i rozwoju gier, nie tylko bitewnych - jak porównam sobie np. AD&D z D&D 5 ed. albo stary i nowy WOD, to wyraźnie widać ten trend: upraszczanie, wygładzanie, standaryzacja, spójność. I to jest strzał w dziesiątkę. Mechanika gry ma dawać narzędzia do zabawy, a nie stanowić dla niej przeszkodę.

      Usuń
  4. Muszę zgodzić sie niestety z Michałem... ale po części. Takie gry jak X-Wing muszą istnieć, bo mają swoją niszę, tak jak te, które są "głębsze" i bardziej wymagające. Mrówa słusznie zauważył, że robią one dobrą robotę dla całego środowiska. Ci, którzy kupią grę w Empiku, a nigdy nie grali w bitewniaki, moga sięgnąć dalej (nawet jeśli to będzie co 10 to i tak sukces ;)).

    OdpowiedzUsuń
  5. @Fireant trochę demonizujesz 40-stkę, dla casuala jest ona nadal przyjemna do grania, natomiast meta turniejowa też zależy od orgów, więc i turniej może być fajnie ugrywalniony. Zresztą porównanie X i 40-stki jest na granicy sensu - bo jedyne co mają wspólnego to przesuwanie modeli na podstawkach. Zajmują inne miejsca w świecie bitewniaków. I nie zgodzę się że "WH40KL rzeczywiście do pięt nie dorasta X-Wingowi w ilości różnych taktyk, kombinacji, rozwiązań na stole!" bo już samo ograniczenie do trzech nacji sprawia że bitwy się smutno ogląda (zresztą w ogóle oglądanie [podkreślam: nie granie] X jest ciekawe jak oglądanie szachów). Do tego różnorodność buildów praktycznie nie jest widoczna na stole, zresztą tak jak w znacznie bliższym X-owi Gothicu.

    @ Anonimowy mylisz wygodny i przyjazny interfejs, z uproszczeniem samej rozgrywki. Można zrobić skomplikowaną i trudną planszówkę/grę na konsolę czy kompa/bitewną w którą zanurzasz się z przyjemnością, ale po co? Lepiej trzasnąć coś prostego i kolorowego żeby przeciętny amerykański nastolatek siedząc na kanapie mógł zaliczyć szybką i łatwą wygraną "oooo, to było świetne - od razu wbiłem poziom master mimo że pierwszy raz to na oczy widzę... co z tego że ważę 120 kilo w wieku 14 lat i tak jestem taki zajebisty!".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam,

      Ja natomiast całkowicie poprę Fireanta. WH40k to zmarnowany i roztrwoniony potencjał, który umiera, czy też zamienił się w cytuję "smutne bagienko" na podobieństwo WFB w dobie 7 i 8 edycji. Zasadniczo aby dało się grać w WFB czy WH40K trzeba organizatorów, którzy są obowiązkowi do tego, aby ugrywalniać niegrywalną grę, co zresztą napisał Michał G. Ogólnym problemem produktów GW jest obecnie to, że nie są tworzone pod grę turniejową, a środowisko wbrew temu wszystkimi siłami próbuje się przez lata siłować, aby z niego takowy uczynić, czego nie da się uczynić bez gruntów zmian. Być może pewnym wzorem dla klasycznych bitewniaków stanie się PP i nowa edycja warmhord. Wydawca stawia na balans i dynamiczne patchowanie systemu co kwartał czy pół roku w oparciu o karty. To nie tak, że ludzie nie chcą wchodzić w bardziej "złożone" bitewniaki. Problemem jest to, że przykładowy WH40k to synonim "burdelu", podobnie jak WFB, to systemy które cechuje masa sprzeczności, absurdów i nielogiczne i szkodliwe działania wydawcy (GW). W skirmiszach nowe trendy wyznacza Infinity czy Malifaux. Nowy typ gier bitewnych proponuje FFG z jego x-wingiem. Natomiast w masowych bitewniakach pałeczkę chce przejąć PP nową edycją warmhord. Obecnie te bardziej złożone systemy z masą kombinacji, taktyk, frakcji i zasad, aby sprawnie funkcjonowały potrzebują dwóch rzeczy: Wydawcy ze specjalistami, którzy będą wstanie współpracować z graczami i środowiskiem oraz systemu patchów na wzór gier komputerowych np. starcrafta czy LoLa. Innymi słowy zamiast czekać 5-10 lat na nową edycję, która "być może" ale niekoniecznie coś poprawi w samej rozgrywce i balansie, mamy regularne patche, które są wstanie zmieniać koszty punktowe jednostek, zasady ogólne i jednostek. Zasady muszą być darmowe i w pdfach aktualizowane na stronie wydawcy i gotowe do pobrania. Karty jednostek to dobre wyjście aby sobie je wydrukować po aktualizacjach zamiast posiadania podręcznika do frakcji, który np. nie był aktualizowany od 10 lat i został napisany dwie edycje temu (standard w systemach GW). O ile WH40k mogłoby być dobry systemem bitewnymn wydanym przez PP, FFG lub kogoś innego, to przez GW będzie raczej na zawsze tym o czym pisał Fireant - "smutnym bagienkiem" ;P

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń