01.10.2013

[01.X.2013] ROC#20: Diffuser & Monitor


To zawsze wielkie, wspaniałe i donośne w skali wydarzenie, kiedy system bitewny otwiera swoje ramiona by przyjąć w swoje szeregi nową armię, powiew świeżości pod postacią frakcji o nowej blacharce, ze świeżym lakierem i powiewem tego ‘spirit de nouvelle’. Pamiętam nawet takie moment w historii Games Workshop, i choć nie siedzę w tym hobby od 20 lat, to przecież pamiętam uderzenie na sklepowe półki armii Tau w roku 2001, w połowie trwania trzeciej edycji WH40k… Albo też pierwsze wydanie Ogrzych Królestw w 2005 roku do WFB! To zawsze były ciekawe wydarzenia, zmieniające nieco obraz gry, wprowadzając z mniejszym lub większym stopniu solidnego kopniaka w obowiązujące meta, zmuszające graczy do ponownego rozważenia list swoich armii, uwzględniając potencjalne walki z nowymi zawodnikami.

O ile Warhammery niestety od tego czasu trafiły w okres radosnej stagnacji, jeżeli chodzi o wydawanie nowych frakcji (*co jest w pełni zrozumiałe – mają już więcej dostępnych frakcji, niż są w stanie sensownie zarządzać!*), o tyle Warmachine / Hordes nadal są w tym radosnym etapie, w którym mogą wysypywać nowe armie jak z rękawa! W 2009 do Warmachine dołączyły siły Retribution of Scyrah, dodając do gry zupełnie nową, futurystyczną stylistykę i naturalnie nowe mechanizmy do zabawy ze swoją armią. W międzyczasie do Hordes MK2 nareszcie stworzono pełnoprawne armie najemników (*Minions w postaci gatorków i świnkoludzi*) a w tym roku na sklepowe półki uderzyła kolejna frakcja do Warmachine – Convergence of Cyriss, armie Bogini Mechanizmów!

Widzicie, zawsze chciałem zbierać armię do Warmachine – do Hordes posiadałem nienajgorsze acz nieliczne siły trolli ale co do wojennych maszyn, nadal miałem problem z wyborem. To była kwestia problemów kolekcjonera – cztery podstawowe nacje były już wtedy pełnosprawnymi armiami z toną modeli i jednostek! I choć oferowało to bogactwo taktyk i sensownych list do grania, sprawiało problem z punktu widzenia kolekcjonera właśnie, bo zebranie ich wszystkich to ogromny i rozłożony na miesiące jak nie na lata wydatek! Wtedy pojawiły się odziane w biel elfy z Ios… Ale niefortunnie, stylistyka ich Myrmidonów w ogóle mi nie odpowiadała, więc musiałem czekać. Alternatywą były świetne krasnoludy z Rhul, ale status najemników powodował, że nie widują miłości wydawnictwa zbyt często (*Choć i tak regularniej od innych sił najemnych, bym powiedział*) – tak więc pozostawało czekać. I wreszcie cierpliwość opłaciła się! Nowa armia, miała wszystko, czego bym zapragnął – świetny klimat (*Dla fanów Warhammera najelpszym porównaniem będzie Adeptus Mechanicus, choć Covergence of Cyriss wierzy, że jedyna ludzka cząstka, jaka powinna tkwić w maszynie, to dusza*), fajnie prezentujące się modele i co najważniejsze – świeży start!

Tym przydługim wstępem natury osobistej wyjaśniam więc fakt, że w nadchodzących miesiącach możecie, moi mili czytelnicy, liczyć na więcej recenzji modeli właśnie do tej frakcji! Już teraz na półce leży zestaw blisterów czekających na otwarcie i sklejenie… Dziś jednak chciałbym wam zaprezentować coś, co mnie osobiście zaskoczyło – plastikowe modele Privateer Press’a, czyli krótka przygoda z ‘weryfikacją poglądów’!





Co więc dzisiaj chciałbym zaprezentować? Pierwsze dwa pudełka z Wektorami do ów nowej frakcji – a Wektor, dla przypomnienia, to oficjalna nazwa Warjacków w służbie Cyriss, które pomimo spełniania tej samej funkcji jednak Warjackami w pełni nie są, różniąc się brakiem cortexu na rzecz Interfejsu komunikacyjnego z warcasterem. Nie będę się rozwodził nad tym, co to oznacza na stole, bo nie w tym rzecz. Pudełka jakie dostajemy na wstępie, to zestaw z pierwszym ciężkim wektorem oraz wariant pierwszego lekkiego trójnoga – oba zestawy są plastikowe i są wycenione w jakiś idiotyczny sposób! Za duże pudełko zawierające podstawę do dużego wektora ze stosikiem części do budowy trzech różnych wariantów trzeba było wyłożyć niecałe 100 blaszek – niby drogo, ale model jest całkiem spory, ładny i zawiera w sumie dość elementów, by uznać, że można spokojnie taką kwotę wyłożyć. Diffuser zaś, czyli wariant lekkiego wektora znanego ze startera, to mały model składający się z ledwie dziewięciu aktualnych części, wykonany z plastiku! A kosztuje 55 blaszek – dysproporcja  w cenie jest dziwaczna, ale jestem w stanie zrozumieć, że taniej nie puszczą… A cena, choć może się wydawać wygórowana, nie jest znowu taka zaskakująca na tle konkurencji za model relatywnie średniej wielkości. Co w pudełkach? Cóż, tradycyjnie, karty odpowiadające poszczególnym jednostkom, po podstawce odpowiedniej wielkości i… brak wyprasek, jako że Privateer Press stosuje system ‘bezwypraskowy’, więc 90% elementów jest już wyciętych.

Duży zestaw, Cipher / Inverter / Monitor, jak po samej nazwie można się domyślić, składa się z korpusu naszego czworonożnego robota i elementów uzbrojenia do konstrukcji ów trzech wariantów. Cipher to uniwersalna maszyna zniszczenia, uzbrojona w parę pneumatycznych szpikulców do szaszłykowania przeciwników jak i niewielkich rozmiarów, poręczny moździerz, który jest bardziej odpowiednikiem ‘pasa Batmana’ niż bronią, gdyż trzy warianty amunicji dostarczają narzędzi do psucia wrogom krwi bez aktualnego wysadzania ich w powietrze (*z jednym drobnym wyjątkiem…*). Inverter to paskudna maszyna ‘do bicia’, która za mocą uroczego makro-młota  usadawia wszystko co napotka i zadaje chore obrażenia, a co przetrwa taranowanie z tej brutalnej broni, zostaje entuzjastycznie okładane kolczastą kulą na łańcuchu. Monitor zaś to łowca nieuchwytnych celów, z bogatym zestawem magicznych soczewek wykrywających to, co ukryte… By w to coś posłać pocisk w postaci korygującej tor lotu piły tarczowej wielkości klatki piersiowej dorosłego człowieka. A jak coś podejdzie za blisko, to pneumatyczna łapa z ostrzem sprężynowym z radością ów coś przywita… Diffuser to lekki wektor wsparcia, młodszy brat Galvanizera, który wymienia piłę do precyzyjnego cięcia stali na, cóż, działko strzelające naprowadzanymi strzałkami, które nie tylko ranią czy uszkadzają cel, ale też stanowią rodzaj systemu naprowadzania dla pozostałych członków armii – co z pewnością pomoże dużemu wektorowi w lepszym, efektywniejszym funkcjonowaniu! Było nie było, Convergence of Cyriss opiera się właśnie na zakleszczających się synergiach.

Muszę bić się w pierś i przeprosić wydawnictwo za moje negatywne nastawienie. Często ostatnimi czasy wytykałem im, że jakość ich plastików jest porównywalna do modeli firmy Mantic, znaczy, jest podła. Na moją obronę mogę jedynie rzec, że pierwsze kontakty z plastikowymi wyrobami Privateer Press właśnie takie wrażenie pozostawiło – duże modele z zatartymi, nieostrymi detalami, górą nadlewek i drobnych wad, wymagających godzin pracy, by je doczyścić do jako-takiego stanu… Słowem, na tle konkurencji wypadając mizernie i nie mając nawet szansy, by wystartować do króla Plastików w kategorii SF/Fantasy, czyli do Games Workshop. Wygląda na to jednak, że ekipa PP nie śpi i walczy aktywnie, by jakość ich plastikowych odlewów się regularnie poprawiała… Co widać na modelach do ich najnowszego dziecka, bo wektory nie są już takie płaskie i szpetne, o nie! Płaskie powierzchnie pokryte są teksturą czy żłobieniami dekoracyjnymi, koła zębate kręcą się pod pancerzem a poziom detalu pokrywającego modele wzrasta, wyostrza się.








Nie będę wam truł, że jest to poziom porównywalny z GW. Nie jest. Ale skok w jakości pomiędzy pierwszymi odlewami Prywaciarzy jest astronomiczny w skali, i już nie wstydziłbym się pokazać takich modeli absolutnie komukolwiek. Owszem, nadal są pewne problemy! Ostre krawędzie wcale ostre nie są, co widać ewidentnie na takich elementach jak kółka zębate czy piły tarczowe, gdzie ząbki zamiast kłuć w paluszki są zaokrąglone i smutne. Widoczne linie podziału często biegną przez niewygodne elementy modelu i wymagać będą ostrożnej pracy z nożykiem, pilnikiem i papierem ściernym, by się ich schludnie pozbyć a dopasowanie samych elementów też jest dalekie od doskonałości, i by dany element dobrze wskoczył w swoje miejsce czasem będzie trzeba  coś nieco przyciąć i spiłować. Słowem, jestem rozpieszczony wybitną jakością plastikowych modeli Games Workshop i ciężko przestawić mi się ponownie na potrzebę żmudnej pracy nad samym przygotowaniem modelu.


Po sklejeniu ad hoc prezentują się naprawdę dobrze! Chyba nikt mi nie powie w twarz, że są brzydkie, choć wiadomo, że ich nietypowa stylistyka może nie każdemu przypaść do gustu. Osobiście, jestem wielkim fanem tych konstrukcji, bardzo przypominających mi dwemerskie maszyny rodem ze świata Elder Scrolls – a w zanadrzu jeszcze tak wiele modeli czeka na otwarcie, recenzję i sklejenie! Fortunnie, o ile w plastikach PP ma jeszcze sporo do nadgonienia, ich metalowe wzory są świetne i budzą mój piskliwy zachwyt, jak chociażby Axis, Harmonic Enforcer czy też śliczna Aurora, Numen of Aerogenesis… Ale o nich popiszemy w następnym wydaniu Rzutu Okiem Cyklopa!

2 komentarze:

  1. Akurat jak czekam na swoje modele to musisz mnie jeszcze nakręcać :P

    Teraz serio: dostałeś ładną piłę do Monitora. Okrągła, równiutka. U mnie trafił się jakiś nieforemny kloc o ściętych bokach. Na szczęście po sklejeniu nie widać.

    No i wydaje mi się, że ciężki wektor powinien być obrócony o 180 stopni (ta lekko podniesiona nóżka z przodu) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już wybór osobisty - wolałem mieć te większe nóżki z tyłu a mniejsze z przodu, jak koty - w końcu 'tylnie kopyta' powinny być mocniejsze, jak u konia ;) Cóż, cieszę się zatem, że taką śliczną piłę dostałem XD

      Usuń