07.10.2013

[07.X.2013] Czarne Arki przypłynęły, a w nich kolczaste elfy!


Jedyny problem, jaki napotkałem po przejściu na moją abstynencję od modeli Games Workshop, to opóźnienie w ich ocenie i recenzowaniu! Widzicie, zamiast samemu nabyć pudełko czy dwa teraz muszę czekać, aż ktoś znajomy czy z okolicy nabędzie drogą kupna, i będę mógł z butami wejść w pudełko i zobaczyć na własne oczy, jak się ów nowe modele prezentują! A że nie lubię pisać o modelach nie mając ich chociaż raz w dłoni, to wolę się wstrzymać te kilka dni i wyklarować jakąś opinię albo czytając recenzje innych hobbystów albo mając szansę zmacać je osobiście… Nowa fala Mrocznych Elfów do fantastycznej odmiany Wojennych Młotów jest już na sklepowych półkach dostępna i coraz więcej miłośników tejże frakcji już zdążyło się zaopatrzyć w nowości – zapewne większość z was ma już swoją opinię jako tako wyrobioną… Lecz nie powstrzyma mnie to przed podzieleniem się moją własną!

Zacznijmy od tego, że jestem zaskoczony – i to wyjątkowo negatywnie! O ile fala kosmicznych marines zawierała jeszcze ładne rzeczy (*Jak chociażby piekielnie drogie ale bardzo ładne pudełko z, hahaha, „Durgardą”*) to nowe kolczaste elfy nie podobają mi się w ogóle. I nie chodzi tutaj o same wzory, bo te w dwóch przypadkach są całkiem niezłe, ale chodzi raczej o zaskakującą jakość samych rzeźb – gdy oglądałem fotki na stronie Games Workshop, już czułem, że coś jest nie tak, a kiedy nareszcie mogłem modele dotknąć, moje obawy się potwierdziły. Wydawnictwo najwidoczniej cierpi na deficyt w pudełku z detalami, bo nowe mroczne elfy są z nich brutalnie oskubane! Jakby tego było mało, modele mają pozy jak sprzed dekady (*klasyczna szczota zamiast kręgosłupa*), oferują znacznie mniejszą elastyczność w sklejaniu własnych póz, niż do którego zdążyłem się przyzwyczaić a przy okazji ponownie podnoszą cenę… Słowem, jest regres, i to poważny, a dokładniej opisze co mnie piecze i co mi doskwiera przy poszczególnych modelach!

Zacznijmy może od tego, co mnie boli najbardziej, czyli od nowego /potrójnego/ zestawu z bazową jednostką tej armii – no, bazowymi jednostkami: Dreadspears / Darkshards / Bleakswords. Pudełko to w teorii jest następcą pudełka ‘Dark Elves Warriors’, ale osobiście nigdy bym nie wymienił tych starszych modeli na te nowe! Stare wzory mają unikalny charakter, a nie wyglądają jak liniowe regimenty wysokich elfów pomalowane na ciemno z dodatkowymi kolcami tu i ówdzie – mieli własne hełmy, bogato zdobione napierśniki, brutalnie wyglądające uzbrojenie i bogate w detale tarcze… Te nowe zaś wyglądają jak klony włóczników swoich ulthuańskich pobratymców! Zero w nich własnego klimatu czy czegoś, co na pierwszy rzut oka by nam pokazało, ze mamy dom czynienia z mrocznymi elfami. Jakby tego było mało, głowy i korpusy stanowią jedną całość, znacznie limitując elastyczność modeli w sklejaniu a na dodatek wszyscy reprezentują pozy ‘baczność, jakby w tyłku kij siedział’. Nie jestem zachwycony, a czarę goryczy domykają Bleakswords – miecznicy mrocznych elfów zamiast smukły, ostrych i unikalnie wykrzywionych mieczy takich, jakie dla przykładu oferują Korsarze (*starsze pudełko!*) wojownicy mrocznych elfów dostają bardziej maczugi pasujące bardziej ogrom, niż smukłym wojownikom tejże rasy. Nawet starszy sztandar z dwoma flagami bardziej mi odpowiadał wizualnie… Jedyna zaleta to cena – 100 zł za dziesięć modeli z możliwością wyboru trzech wariantów to  naprawdę dobrze wywarzony koszt.

Przejdźmy do kolejnego oddziału, który dorobił się nowych modeli – Witch Elves – które, musze przyznać, są poprawną względem poprzednich wzorów. Games Workshop powoli zdaje sobie sprawę z tego, jak wyglądać powinny modele kobiece (*oczywiście, jako że gra cateruje do męskiej populacji, są to raczej wzory a la modelki Vouge’a*) i od czasów Lelith powoli zmierza w dobrym kierunku. Niestety, nie obyło się bez bolączek… Twarze są szpetne, wydłużone i niezbyt atrakcyjne, ale to mogę jeszcze wyjaśnić tym, ze przecież wiedźmy nie są ludźmi, tylko elfkami, a więc mają inną strukturę twarzy… Co mnie boli bardziej to to, że wygląda na to, jakby był tylko jeden wzór nóg – uniesione kolanko, stanie na paluszkach w skoku i to wszystko! Ponownie modele są odarte z detali – proste szatki, prostackie noże, brak ikonek, medalionów, amuletów, no czegokolwiek – modele, choć nadal ostro odlane i o braku widocznych wad, są proste jak te od Mantica… A to poważny zarzut i cios! CO prawda alternatywa zawarta w pudełko – Sisters of Slaughter – prezentuje się już lepiej ze szczegółowymi biczami i demonicznymi maskami, ale to nadal nie jest poziom, do którego GW mnie przyzwyczaiło i rozpieściło. Dorzućmy do tego bardzo poważną wadę… 175 złotych za pudełko z ledwo 60~ elementami i 10 modelami małej piechoty? Jak tak dalej pójdzie, to argument miłośników Warmahordes, że u nich wszystko tańsze, powoli stanie się prawdą…

Przejdźmy do kolejnej poczwary, czyli do pierwszego z dwóch pudełek z większym kawałkiem plastiku – zgodnie z nową, świętą tradycją Games Workshop dostajemy dwa w jednym, czyli dwa potwory do wyboru. Pamiętamy Hydrę? Starszy wzór już był prawie dobry, całkiem elegancki i sympatyczny w kształcie – w sumie, choć nie jestem nostalgiczny względem modeli, poprzedni wzór bardziej mi się podobał niż ten nowy plastik, którego łby wyglądają bardziej jak szufle koparki niż gęby potwora… Bądźmy jednak sprawiedliwy – nowa poza jest całkiem fajna, daje modeli taką formę statycznego dostojeństwa, fajnie rozwiązano problem zmieszczenia dużej potwory i jej poganiaczy na jednej podstawce, ale z drugiej strony bestia nie wygląda już, jakby rzeczywiście była poganiana, ale raczej jakby była w trakcie wykonywania stójki na życzenie swojego trenera, niczym cyrkowy zwierz! Wrażenie to potęgują właśnie modele poganiaczy, którzy choć prezentują się ładnie, również stoją w sztywnych, egzaltowanych pozach, jakby grali jakąś tragedię na scenach teatru… Niestety, wszystko to zamyka smutną nutą alternatywna bestia, znaczy się nowość – Kharibdyss, morska potwora, która nie jest tragiczna, acz piękny modelem też bym tego nie nazwał. Owszem, ukwiałopodobne gęby i faliście płetwiasty grzbiet oddaje atmosferę pochodzenia z morskich głębin, ale potwora wygląda jak mokry sen Slaanesha… Nie powiem, by mi pasowała.

No i możemy nareszcie skupić się na Broadway’owej scenie Khaine’a, znaczy, przepraszam, na nowym ołtarzu dla mrocznych elfów. Żeby nie było – jestem wielkim fanem tego, że każda frakcja w fantastycznej odmianie Warhammera musi mieć swoje wielkie coś – czy to bestię, czy ołtarz, czy wóz z gigantyczną soczewką do spopielania wrogów. Ołtarz jest… Ładny. Naprawdę, jako model podoba mi się w nim prawie wszystko, od samego kotła z juchą i kośćmi ofiar trzymanego przez statuę bez twarzy, poprzez wiedźmy aż po fantastyczną statuę samego Khaine’a, który rozmiarem sugeruje, że spokojnie może robić za Avatara do 40’stki! Słowem, jest fajnie, naprawdę… Ale dlaczego całą konstrukcję zbudowali tak, ze wygląda jak sceniczne schody z teatru burleski?  Trochę do dziwaczne, a brak ‘napędu’ powoduje, że albo wyjaśniamy, że jest popychane magią, albo, że jak stoi w regimencie, piechurzy obok się męczą… No cóż. Miło zauważyć, że w pudełku mamy też alternatywną opcję zbudowania tego wehikułu, w formie ‘podium’ dla naszej nowej gwiazdy – Bloodwrack Medusa – która jest całkiem ładnym modelem, no, meduzy właśnie. Fajnie się to prezentuje, i tutaj musze dodać, że tym bardziej chora cena na pudełko z wiedźmowymi elfkami zaskakuje – to pudełko jest 50 blaszek droższe, z nie dość, ze oferuje duży model, to zawsze po poskładaniu go w jednym wariancie dostajemy jeszcze jakiegoś bohatera / potwora dodatkowo – robimy kociołek? Spoko, mamy Meduzę osobno. Robimy podium pod wężową damę? Luz, dostajemy wiedźmę śmierci na piechotę! Miły bonus, jestem miłośnikiem tego zabiegu, które GW stara się uskuteczniać.

No i przejdziemy do bodajże pierwszego modelu plastikowego herosa w pojedynczym clampacku, który ewidentnie do mnie nie trafia i mi się zwyczajnie nie podoba. Shadowblade, najbardziej śmiercionośny skrytobójca w starym świecie. Widzicie, normalnie ci bohaterowie prezentują różną jakość rzeźb – od kultowego już lorda chaosu Nurgla aż po przeciętnego, kwadratowego saurusa weterana. Wszystkie jednak mogą pochwalić się wybitnym poziomem detalu – jego bogactwem jak i ostrością, zawsze powodując u mnie zdziwienie, po co tak naprawdę firmie Games Workshop cały ten szajs związany z Finecastem, skoro potrafią robić plastiki takiej jakości? No ale cóż, mamy pierwsze potknięcie, bo Shadowblade wygląda gorzej, niż assassyni wydani wraz z poprzednią księgą armii… Zero detalu, zero zdobień, żadnych amuletów, fiolet z truciznami, nic. Widzicie, ja rozumiem, ze skrytobójca, że ma się wtapiać w otoczenie, że ma być niczym zjawa, ale figurki rządzą się jednak nie prawami realizmu, lecz prawidłami ‘świetnej prezencji’ – żeby było ciekawiej… Na ich sklepie nie ma już jednego wzoru, który ów Shadowblade’a bił na głowę! Wygląda na to, że GW zdawało sobie sprawę, że ich nowy wzór jest słaby, więc usunęli zbędną konkurencję? Słabiutko!


No cóż, po raz pierwszy fala nowości od Games Workshop składa się, przynajmniej w moich oczach, raczej z karczochów niż perełek… Czyżby mordercze tempo wydawania nowinek wymuszone na studiu przez bezlitosne wymogi giełdowych gier nareszcie odbiło się na jakości? Czyżby wszystkie wcześniejsze wydania były na jako takim etapie rozwoju w wydawniczej kolekcje, a mroczne elfy to pierwszy byt stworzony na szybko, i teraz możemy liczyć, ze kolejne nowości albo będą równie przeciętne, albo ograniczonej w swojej liczbie? Oby nie, ale czas pokaże…

8 komentarzy:

  1. Zupełnie się nie zgadzam z oceną piechoty. W mojej opinii wzory z 6 edycji straszyły na całej linii, a od boxa warriorów gorsze były chyba tylko 6-edycyjne skaveny. Nowe designy nadają armii ascetycznego i mrocznego zarazem wyglądu, bez zbędnego blingu. Za najgorszy uważam Eldarski Avatar z bitsami do dark elfów ;-) z powodów które wymieniłeś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupełnie nie zgadzam się z oceną... prawie wszystkiego.

    Podoba mi się piechota jako powrót do estetyki z IV/V edycji. Może brakuje im jakichś bardziej dynamicznych póz do pierwszej linii, ale cóż ciekawego może robić liniowa piechota?

    Nie rozumiem narzekań na brak detalu. Figurki GW zbyt często są obwieszone ozdóbkami do wyrzygu, ale te na szczęście nie, mają skromny detal zamiast wyglądać jak choinki.

    Gęby Hydry są nijakie, za to Charybdy bardzo fajne, znacznie bardziej potworne. Za to jej poza to porażka, wspierając się na ogonie i jakiejś skałce wygląda, jakby mocniejszy powiew wiatru miał ją przewrócić.

    Wózek, jak wszystkie wózki, to porażka. Jedynie meduza jest super. Ewentualnie kilka elementów nadaje się do przeróbki na makietę, ale na pewno nie na jednostkę.
    Ale ja jestem przeciwnikiem tego, że każda armia musi mieć coś wielkiego (czekam z niecierpliwością, co dostaną Bretończycy).

    OdpowiedzUsuń
  3. Biorąc pod uwagę dotychczasową estetykę Bretki, w ramach "czegoś wielkiego" powinni dostać to http://www.freewebs.com/lorettawebgallery/Trojan%20Rabbit.jpg ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie rozczulił ten fleetmaster czyjakmutam, który zamiast klasycznej pirackiej drewnianej nogi ma mrrroczne elfickie ostrze. Już widzę jak przechadza się po pokładzie i siarczyście przeklina przy każdym kroku jak ostrze wbija się w pokład :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była scena trochę w tym stylu w Karmazynowym Piracie z Burtem Lancasterem :D

      Usuń
    2. A mnie to nawet jakoś pasuje do klimatu łorhamera, który i tak jest przesadzony.

      Usuń
    3. Spojrzałem do kodeksu i pełna nazwa to Black Ark Fleetmaster, a blakarki iirc to pływające magicznie zamki. Czyli nie wbija mu się w pokład tylko ślizga po kafelkach ;)

      Usuń