01.05.2013

[01.V.2013] Nowości do Wysokich Elfów!


Nie cierpię elfów. Tak, jestem nerdem gatunkistą, który w młodym wieku ukształtowany został tak, by nie cierpieć wszystkiego, co długouche, wysokie i przepełnione pogardą do wszystkiego co nie elfie. Skąd się u mnie wziął ów gatunkizm, ten grymas goszczący na mej twarzy, kiedykolwiek spotykam na swojej drodze elfa wszelakiego rodzaju? Leśny, wysoki, mroczny, słodkowodny czy marketowy, nie gra to  żadnej roli… Bo kiedy małym wyrostkiem będąc, ciupiąc w pierwszą i słuszną edycję WFRP mój Mistrz Gry był elfofilem. Ewidentnie łatwiej i lepiej mieli ci gracze, co jeździli w elfiej skórze a ja zaś, stary krasnolud z dziada pradziada, zawsze dostawałem po dupie i byłem smutnym kwitkiem w drużynie długonogich gładyszów, co to nigdy o zaroście nie słyszeli.

Czemu o tym wspominam? Gdyż najszlachetniejsi ze wszystkich, najwyżsi z najwyższych i w ogóle, najstarsi z najbardziej nadętych otrzymują w maju nową księgę armii i kilka nowych modeli! Zanim jednak przejdę do poszczególnej oceny ‘na rzut oka’ nowinek chciałbym niejako nawiązać do mojego ostatniego wpisu traktującego o znacznej poprawie polityki wydawniczej Games Workshop, przynajmniej biorąc pod uwagę szeroką perspektywę. Fala nowości do Wysokich Elfów niejako dopełnia ten nowy zamysł wydawniczy i muszę przyznać, że nie tylko przyklaskuję tej idei w pełni, ale w ogóle smuci mnie fakt, że taką miłością nie zostały objęte wcześniejsze fale nowinek do nowych edycji, jak chociażby Kosmiczni Marines Chaosu czy Królowie Grobowców. O czym mówię? Spójrzmy tutaj! Co widzimy? Sporo tego, prawda? Ale poza nowymi modelami i księgą armii dostajemy kilka naprawdę fajnych opcji… Oczywiście tematycznymi Bundle’ami mogliśmy się już cieszyć od jakiegoś czasu, i tak naprawdę nie wnoszą nic nowego czy ciekawego, bo ceny i tak większość zwalają z nóg biorąc pod uwagę alternatywę, tak samo jak ‘gotowe armie rodem z raportu bitwy najnowszego White Dwarfa’ – nadal uważam to za dobry pomysł per se, ale na rodzimym rynku raczej nie mają co liczyć na nadmiar klientów, co to się pokusi na takie zestawy, biorąc pod uwagę fakt, iż nie oferują one żadnej zniżki za zakup zbiorczy.

Co mnie jednak bardzo cieszy to wydanie dużych kalkomanii dla poszczególnych, ważniejszych krain Wysokich Elfów czy chociażby specjalny zestaw farb uwzględniających praktycznie pełną paletę konieczną do pomalowania tejże frakcji na sztandarowe barwy ‘armii studyjnej’ GW – i nie jest to zestawik sześciu farbek, co by ich chlapnąć na kolorki bazowe i cieszyć michę, ale zestaw 34 farb, washy i glaze’ów do uzyskania pełnego, solidnego efektu. Wraz z tabelkami prezentującymi użycie poszczególnych kolorów w etapach malowania wybranych elementów stanowi to nie tylko dobry komplet ale też świetną wskazówkę dla początkującego, doskonały spis farb z ich palety, które są potrzebne do uzyskania ów ‘oficjalnego’ schematu kolorystycznego. Teraz wystawcie sobie, że przy premierze właśnie Kosmicznych Marines Chaosu dla przykładu wydano by kalkomanie dla wszystkich legionów i gotowe kompleciki farb do tychże – naprawdę zacna inicjatywa. Wyrażam tylko nadzieję, że trend się utrzyma, i wraz z wydanie nadchodzących Eldarów ujrzymy kalkomanie do różnych światostatków i zestawy farbek!

No ale powróćmy do naszych dildogłowych, znaczy się, wysokich elfów, którzy pomimo bycia najwyższym wzrostowo gatunkiem w Starym Świecie nadal zakładają półmetrowe hełmy-czopki, by poczuć się lepiej i wyżej. Taka, mniemam, natura. I choć moja ewidentna niechęć to tegoż gatunku jest nabrzmiałe widoczna muszę z uznaniem stwierdzić, że jest to naprawdę ładna fala nowinek – być może dlatego, że jest ich relatywnie niewiele, ale tak czy siak jakościowo robi wrażenie. Zacznijmy od modelu kluczowego, czyli od Feniksa! Pudełko prezentuje wziąć świeżą tradycję Games Workshop do oferowania nam zestawów, z których wyciągniemy więcej, niż to wygląda na pierwszy rzut oka. W środku nie tylko dostajemy dwa warianty rzeczonego feniksa – ogniowego Flamespyre’a i lodowego Frostheart’a – ale również komponenty do stworzenia bohatera Straży Feniksa, Caradryana oraz bitsy potrzebne do postawienia bohatera – Anointed of Asuryan – na piechotkę, by mógł wspomóc swych milczących braci w walce ‘z buta’. Słowem, jak na jeden zestaw, dużo miłości i dobroci. Czyli coś, do czego powoli nas wydawca przyzwyczaja i chwała mu za to. Same modele są zaskakująco ładne! Ptaszki wyglądają zaiście jak zdolne do lotu, prezentują bogactwo detali w upierzeniu i smaczkach w postaci ciągnących się płomieni czy pokrycie lodowym szronem… A sami bohaterowie prezentują bogate w ornamenty pancerze, zacięte wyrazy twarz i stoickie postawy odpowiadające ich godności.

Kolejne ciekawe pudełko to pomysł, który zasługuje w pełni na uwiecznienie w zdaniu ‘to na tyle szalone, że może się udać’. Lothern Skycutter. Widzicie, jest to… Rydwan. Nazwijmy to rydwanem. Latającym rydwanem. Bez kółek. Nie, zamiast kółek mamy skrzydła. Zamiast konia, lwa, jaszczurki, smoczątka czy chłopów małorolnych ciągnie to wielki orzeł. Ciekawe, co na to powiedziałby Gwaihir! Ogólnie rzecz ujmując sam model dzieli bazę fanów – jedni uważają to za bezbożną abominację stworzoną najpewniej w najgłębszych, najbardziej parchatych trzewiach samego Matta Warda, inni zaś z entuzjazmem kiwają głową i szepczą k’sobie – To ma sens! Osobiście jestem w drugiej grupie – bardzo podoba mi się ten koncept i jego świetne, zręczne wykonanie. Nie tylko dodaje on stylu i unikalnego klimatu tejże rasie i frakcji, tworząc zupełnie nowy typ modelu i odmienną sylwetkę, która z łatwością może stać się punktem skupienia uwagi na stole, ale też ładnie pokazuje podział wewnętrzny rasy na poszczególne smaki! Mamy białe lwy, mamy feniksy, mamy morskich gwardzistów… Tak jakby kilka różniących się armii wplecionych w jedną za pomocą głównego, przewodniego motywu. Świetny patent. Sam model prezentuje się bardzo godnie i w myśl nowego tworzenia zestawów z plastikowymi figurkami dostajemy mnogość opcji! Nie tylko trzy warianty ‘wkładki’ do rydwanu, ale także szansę postawienia Lotheriańskiego bohatera ‘na piechotę’ na osobnej podstawce – a prezentuje się on nad podziw godnie. Aż mnie korci, by kupić na półeczkę.

Kolejne ciekawe pudełko to dziesięciu łuczników. Ale nie, to nie są zwykłe liniowe szarpicięciwy, co to mają nadzieję, że jak poślą ścianę strzał to być może coś tam ustrzelą. Mówimy tutaj o elitarnych łowcach, czyli Shadow Warrior’ach, wyszkolonych zarówno w mistrzowskiej walce w zwarciu jak i w bezlitośnie skutecznym ostrzale z łuku. Modele te są dla mnie niesamowitych przykładem tego, jak daleko posunęła się firma w jakości odlewów modeli plastikowych – są świetnym przykładem, ponieważ nie straszą barokowymi pancerzami, nie posiadają runicznych ostrzy demonicznych zębów ani bazyliona ozdóbek czy medalionów… Wszystkie te rzeczy są fajne i miłe oku, ale kiedy dochodzi do oceny jakości, bazowe materiały najlepiej ją prezentują – skórzane nogawice, kolczuga, szata… Modele prezentują nienachalne postawy oraz kolekcję wszelkich możliwych materiałów, od drewna, poprzez wytrawioną skórę aż do metalu i kamieni szlachetnych, a pomimo bogactwa materiałów są schludne i oszczędne w detalach. Są to po prostu świetne modele o ostrej jakości wykonania, i pieczętują pozycję mistrza plastiku jaką w mojej prywatnej ocenie dzierży Games Workshop. Warto również nadmienić, iż wysoka cena pudełka nie bierze się z powietrza, gdyż w środku znajdziemy również alternatywną jednostkę – Sisters of Avelorn – bractwo… a raczej, hm, siostrzyctwo? Siostrzaństwo? Ot, wyszła na wierzch moja wewnętrzna, patriarchalna świnia, bo jakoś odpowiednie słowo nie wchodzi mi do głowy! W każdym razie są to wierne wojowniczki Wiecznej Królowej o świetnych modelach, ale co najbardziej się rzuca w oczy… zaklętych łukach, stojących w eterycznych płomieniach – muszę przyznać, że wyglądają świetnie i całkiem groźnie.

I to już wszystko, jeżeli chodzi o pudełka… Niewiele, pewnie, ale z drugiej strony Wysokie Elfy w siódmej edycji dostały praktycznie wszystko, czego kiedykolwiek potrzebowali, i tak naprawdę jak widzimy nowe pudełka nie uzupełniają za bardzo kanonicznych jednostek, których zawsze brakowało, ale zwyczajnie dorzucają nowinki. Fortunnie obok dużych pudeł dostajemy również w fali nowości trzy clampacki – jeden z plastikową pięknością i dwa z żywicznymi wyziewami. Plastikowy model herosa jak zwykle prezentuje zaiste kosmiczny poziom jakości i wykonania i zgodnie z tradycją stawia horrendalnie absurdalny znak zapytania… Po kiego wacka robią cokolwiek w tej swojej platfusowatej żywicy, skoro mogą robić plastiki pojedynczych modeli o takiej jakości? Loremaster of Hoeth to jedyny bohater nadętych elfów, który niemalże magnetyczną mocą wyciąga banknociki z mojego portfela – jest wyborny! Dynamiczna poza natarcia, wściekły grymas na twarzy, bogactwo detali pancerza, świetnie powiewająca szata no i oczywiście kombo magicznego hadoukena z mieczem w drugiej łapie robi robotę. Jest to model iście wystawowy i coś czuję, że hobbyści-malarze będą sięgać po niego chętnie.

Kiedy przejdziemy do ulepków żywicznych natrafimy na dwie panie. Nie wiem, co stało za decyzją, że płeć piękna wysokich elfów ma być odlana w kruchym, łamliwym materiale, któremu należy maskować niedoskonałości… Ale czuję podświadomie, że dżentelmeni z Games Workshop stali za ów decyzją mocno! Trzeba jednak oddać im honor, że modele prezentują się co najmniej nieźle – mają w sobie taką amazońską urodę, grację w postawie oraz subtelność w doborze ubioru, któryArielle the Radiant to jedenasta z kolei Wieczna Królowa (*co budzi pewne spostrzeżenia co do tytułu…*) i widać po niej, że z niej czarodziejka pierwszej klasy – by tak sobie włosy podwiewały kiedy jest cała szata nie wskazuje nawet najmniejszego wpływu wiatru… To wymaga prawdziwie potężnej magii. Powiem tak – choć figurka nie jest zła, to nie poczułem najmniejszego drgnięcia w moim finansowym zasobniku, więc po prostu nie ujęła mnie na tyle, by podekscytować mojego wygłodzonego hobbystę. Podobnie w przykładzie Handmaiden of the Everqueen, czyli tak jakby ‘pani ochroniarz’ królowej, która ma na sobie znacznie bardziej pożyteczny kawałek wdzianka, jak chociażby spódnice z płytkami ze stali, naramienniki jak trzeba, solidną włócznię, łuk, strzały... Zastanawia mnie jednak fakt, że skoro kiecka i przeszkadza i muszą sobie ręką przytrzymywać, to po co ją ze sobą taszczyć?
sugeruje wojowniczki znające swoją bojową wartość. I nawet motyw radosnych serduszek nie maskuje tego efektu.

Słowem podsumowania – podobają mi się nowe pomysły towarzyszące nowościom, takie jak sprzedawanie zestawów tematycznych, kolekcje odpowiednich farbek czy  arkusze z kalkomaniami do ważniejszych wewnętrznych frakcji pojawiających się w naszej armii. Są to naprawdę dobrze przemyślane patenty i ciężko mi znaleźć w nich słaba stronę. Sama fala nowości do długouchych jest… W porządku. Mało tego co prawda, widać, że mordercze tempo prezentowania nowości wpływa na ich zagęszczenie, ale tak czy owak dostajemy kilka ładnych modeli, kilka średnich, nową, śliczną księgę armii, fajny tomik z heraldyką tejże… Nie ma co narzekać.

Ponarzekamy jutro – z okazji zamknięcia serwisu plotkarskiego! ;) A na dzisiaj, to wszystko, mili czytelnicy. Ciao!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz