27.09.2012

[27.IX.2012] White Dwarf #1 / 394


Znacie to fantastyczne uczucie, ten palący trzewia ogień sprawiedliwości i prawości, kiedy okazuje się, że Mieliście Rację? Oczywiście radosny błogostan jaki to uczucie prezentuje jest jeszcze wyborniejsze, kiedy okazało się, że wychodzi na twoje po jakieś naprawdę dobrze doprawionej kłótni, ale nawet jeżeli pojawia się ono po kilku miesiącach stukania w klawiaturę, to i tak powoduje uśmiech. O jakim łaskotaniu swojego nadmuchanego ego teraz piszę? O White Dwarfie… O naszym poczciwym magazynie, który już jakiś czas temu wyniuchałem, że ‘nadchodzą zmiany’. Moja wydumana teoria o zmianie frontu przez Games Workshop z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc coraz mniej przypomina wróżenie z fusów, a coraz więcej dostaje twardych faktów na jej poparcie. GW wspiera hobby. GW ma gdzieś strefę turniejową. I kropka. 

Skoro ‘narratywizm’ i kolekcjonerstwo to nowe, popularne dzieciaki w okolicy to GW uznało, że nadeszła pora na odświeżenie ich branżowego pisemka. Biały Karzeł, jaki jest, każdy widzi – przez ostatnie miesiące była to głównie gruba ulotka reklamowa, katalog nowych produktów i nic więcej, od święta jeden, góra dwa artykuły nadające się do przeczytania się nam objawiały i to wszystko. A tak, to czytaliśmy tylko, że meltagun jest dobry do niszczenia pojazdów i czy już doszliśmy po zakupie nowego startera. Jednak te mroczne czasy odchodzą do lamusa historii by odkurzyć scenę dla ‘rewitalizacji’ idei stojącej za Białym Karłem – pora, by pismo to nabrało powagi. Pora, by hobbyści i miłośnicy Wojennych Młotów z entuzjazmem po nie sięgali, a nie surfowali po stronach w Empikach, by zobaczyć co nowego… Oto jest, nowy White Dwarf. Lepszy. Smaczniejszy. Godny. 

Zacznijmy jednak od tego, co uderza nas jako pierwsze – odświeżonej szacie graficznej. Zapomnijmy o cieniutkich okładkach, jeszcze cieńszym papierze i o kolorowej hucpie z reklamami na 20 stron ze 100 – Games Workshop uznało, że czas najwyższy by ich branżowe pisemko nie straszyło z półek klienteli nie wtajemniczonej w młotkowe arkana i postanowili zmienić recepturę wydawniczą. Mamy więc sztywniejszą, matową okładkę, foliowaną typografię, solidny grzbiet, wysokiej jakości papier i odrobinę zmieniony format (*przycięty na wysokości o dobre dwa centy*). Kiedy pojawiły się nowe zdjęcia, wszyscy łkali gorzkimi łzami, że wygląda to żałośnie i że czas szykować stypę na pogrzeb pisma. Rzeczywistość jednak zweryfikowała ten przedwczesny pesymizm, gdyż w rękach magazyn prezentuje się… Luksusowo. Jak katalog Diners Club czy ostatni katalog reklamowy zegarków Patek Philippe. Jest klasa, jest bogato. Dorzućmy do tego całkowicie odświeżony skład pisma! I nie, nie chodzi mi o ‘skład’ w sensie nowych ludzi, lecz o ‘skład’ w sensie układu stron, typografii, łamania tekstu… Czytałem już tu i tam, że większa czcionka i więcej ‘pustki’ na kartkach straszy i budzi podejrzenia, że ekipa WD’ka się opieprza. Pędzę z wyjaśnieniami że tak nie jest, i że po prostu GW zatrudniło nareszcie dobrego DTP’istę, który wie, jak ma wyglądać schludny, czytelny i przejrzysty skład pisma. Jak dla mnie jest bombeczka. 

No ale nie szata zdobi człowieka tak jak i szata graficzna nie zdobi pisma (*znaczy… Owszem, zdobi, ale wiecie o co chodzi*) – liczy się mięsko, zawartość, danie główne. Genialny Wydawca już od jakiegoś czasu bąkał pod nosem, że – korzystając ze zwrotów propagandy – ‘Idzie lepsze’. Wszyscy wiemy, jaki White Dwarf był ostatnio; jeżeli się trafiło na jeden czy dwa znośne teksty, to się pisało, że świetny numer wydali. Fortunnie ich obietnice i przysięgi poprawy nie okazały się czcze, i odświeżony Biały Karzeł jest odpowiednio spuchnięty (*dodatkowo 30 stron do przeżucia*) i co najważniejsze nie próbuje co drugą stronę wcisnąć nam nowości (*odsyłam do ostatniego numeru z premierą Dark Vengeance*) – widać zdali sobie sprawę, że wystarczy raz zareklamować nowe produkty… Czytelnik nie lubi oglądać po raz n-ty tego samego w swojej lekturze! To, że dali więcej miejsca na teksty nie oznacza jednak, że te teksty są coś warte (*przypominam artykuł o, zgrozo, taktyce Drednotów BA gdzie dowiedzieliśmy się, że melta jest dobra do psucia wrogich pojazdów*) – rzućmy więc głębszym okiem w zawartość i przekonajmy się, czy warto sięgnąć po zrewitalizowanego Karzeła! 

New Releases. Klasyka. Bez tego wydawnictwo nie miałoby realnego powodu by to pismo, cóż, wydawać. By jednak mieć to z głowy mamy ten dział umieszczony na początku pisemka i zajmuje on aż pięćdziesiąt stron! Jest to… Bardzo sprytne rozwiązanie. Dzięki temu, że wszystkie nowości zapuszczą jednym ciągiem nie muszą potem robić ponownych reklam w dalszej części magazynu, dzięki czemu pozbyli się jednej z bolączek starego systemu – natrętnych reklam. Muszę przyznać, że ich chwyt z rozkładówką pozostawił dobre wrażenie; rozłożenie tych dodatkowych stron by podziwiać nagie pa—znaczy się, nowe Fiendy w obu odmianach znacznie lepiej się prezentują na dużych, tłustych zdjęciach. Zresztą, nie byłem wrogiem tych modeli! Rozkładówka jest zabójczo przejrzysta, każdej nowości możemy się dobrze przyjrzeć i podziwiać. Na pierwszy rzut oka poszły ‘nowinki’ – nowe modele, nowy kodeks (*który, przy okazji wspomnę, wyglądać będzie absolutnie zabójczo – wiedziałem, już przy wyjściu nowej edycji WFB, że kodeksy wejdą w tryb ‘armybooka’ i będę musiał je kolekcjonować*). Po nowościach dostajemy starowinki w nowej formie, czyli to co było w metalu teraz będziemy musieli z otwartymi ramionami przyjąć żywicę – już widzę te szerokie uśmiechy na twarzach licznych fanów Finecasta. 

Army of the Month. Nowość! Co miesiąc będziemy mogli podziwiać śliczne armie z całego świata – ba, jeżeli uważacie, że wasza ma szansę podbić serca edytora Białego Karzeła, ślijcie maile od ręki! W tym numerze przywitamy się z czadową armią Skavenów niejakiego Bena Johnson’a, rzekomo znanego turniejowego bywalca i gościa o szybkim pędzlu. Armia prezentuje się naprawdę świetnie – owszem, poziom malowania to nie jest żadna ekstraklasa, ale sam twórca armii przyznaje, że na malowanie modeli z tłustych regimentów nie poświęca za wiele czasu, bo cała praca nad detalem i tak „zginie w tłumie”. Tak czy owak jest na czym oko zawiesić, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że armia ta ma fajny koncept – Skavenów, którzy właśnie rozbili armię krasnoludów i pędzą przez ich zniszczone działa i porzucone niedobitki. Świetnie prezentują się też regimenty, w których szczuraki łapią czy strzelają do latających nad nimi żyrokopterami! Cóż, gdyby każda armia na stołach wyglądała tak jak ta, gra byłaby jeszcze przyjemniejsza 

Jervis Johnson. Stałka White Dwarfa już od dość długiego czasu, czyli werbalne pierdzenie weterana GW, w którym przeważnie wyjaśnia nam, zwykłym ludziom, dlaczego głupoty i błędy ich wydawnictwa wcale tak naprawdę nimi nie są, lecz są genialnymi konceptami w służbie hobby. Cóż, osobiście uważam go za lekkiego fanatyka ze szczyptą marketingowca z korporacji Apple, no ale niech będzie, że mamy do czynienia z prawdziwym artykułem… Tym razem dowiadujemy się, dlaczego GW znosi limity na jednostki w swoich systemach. Oczywiście, mamy trochę bąkania o balansie gry, ale wszystko sprowadza się do jakże odkrywczej myśli, że bez limitów gracze mogą kupować więcej produktów GW! Toż to odkrycie epokowe! 

Battle Report! Prawdopodobnie jeden z najpopularniejszych kawałków w każdym dotychczasowym numerze, to, co najbardziej kręci graczy, czyli raport z bitwy najczęściej pokazujący jak nowinki radzą sobie na polu walki kiedy kostki idą w ruch. I tej serii dotknęły zmiany i to najprawdopodobniej najbardziej gruntowne, przynajmniej na moje niewprawne oko. Pamiętamy poprzednie raporty, głównie skupione na tym, by stworzyć ‘nowinkom’ najlepsze możliwe warunki do skopania tyłków wystawionemu przeciwnikowi? O wesołych, ‘klimaciarskich’ scenariuszach, które z normalną rozgrywką potrafiły mieć niewiele wspólnego? O ‘narratywistycznym’ podejściu do opisu gry, w którym nieraz trzeba się było domyślać, co się stało i dlaczego? Wszystko to zostało naprawione, poprawione i pięknie skrojone tak, by raport bitwy rzeczywiście go przypominał. Nie spotkamy tu żadnych udziwnień – panowie grają taką bitwę, jaką każdy z nas mógłby rozegrać, opisują następujące kroki w sposób klarowny i zrozumiały a na dodatek, niesamowite, wykonują ruchy, które w dobrym świetle można by było nazwać taktyką! Wygląda to tak, jakby naprawdę grali, a nie wypełniali punktu ustalonego z góry scenariusza – jak dla mnie, bomba. Dodatkowym dowodem potwierdzającym powyższe założenie jest wystąpienie anomalii w postaci zwycięstwa armii, która nie jest nowością tego miesiąca (*owszem, zdarzało się to wcześniej, ale rzadko*). Jestem na tak. 

The Rivals, czyli próba zrobienia artykułu o taktyce – niezbyt udana, ale też nie tragiczna. Znaczy, nie walą nas już po mordzie zdaniami typu ‘meltagun jest dobra na pojazdu, hurr-durr’, ale nadal jest to tekst, na który bardziej doświadczeni gracze przewrócą oczyma – jednak niedzielny hobbysta pozbawiony dobroci internetu nawet ma szansę czegoś nowego się dowiedzieć! W tym numerze Adam Hall ze swoimi wąpierzami staje naprzeciwko Martinowi Morrisowi i jego mrocznym elfom sprawdzając, czy tworzenie regimentów typu ‘deathstar’ sprawdza się lepiej, niż rozrzucenie swoich kart atutowych po całej armii. Po rozegraniu jednej gry udało im się wysnuć wnioski – szybcy są! Tak czy siak, czyta się to szybko i przyjemnie, miło, że możemy się w nowym Białym Karle spodziewać więcej tekstów o taktyce. 

Po drodze do Blanchitsu (*które ma być co miesiąc! Ma radość jest wielka!*) mamy subtelnie ukrytą ponowną reklamę Herezji Horusa jako całości, znaczy, serii książek z Black Library oraz nowego dodatku i modeli od Forge Worlda – wszystko ubrane w garniturek ‘wyjaśnienia’, czym jest dla graczy, hobbystów i samych developerów GW ów wydarzenia w mitycznych dziejach 40’stki. Tekst ratuje bardzo fajny wywiadzik z Simonem Eganem, rzeźbiarzem odpowiedzialnym za ryjącą beret figurkę Angrona, prymarchy Pożeraczy Światów. A Blanchitsu? Boskie jak zwykle, ale to kwestia gustu – ja osobiście uwielbiam projekty Johna Blanche’a, jego szkice, rysunki, grafiki oraz modele. Mają diablo unikalny styl, i jeżeli GW posiada w swym gronie chociaż jednego hobbystę z prawdziwego zdarzenia, krwi i kości, to będzie nim właśnie Blanche. W tym numerze napawać oczy i czerpać inspirację możemy z jego Inkwizytorskiej bandy, stworzonej z figurek, które nigdy by do siebie nie pasowały, gdyby nie jego kreatywna myśl. Podziwiam. 

Trochę pokazówki, czyli Citadel Hall of Fame oraz Parade Ground – osobiście uważam obie wstawki za słuszne w zamierzeniach. Pierwszy to wybranie jednego, bosko pomalowanego modelu GW i krótki tekścik o jego kreacji, chwale i glorii skrojony przez rzeźbiarza czy malarza odpowiedzialnego za jego popełnienie – ot, mikroreklama, ale zawsze to inspirujące, pooglądać zacne modele… Parade Ground spełnia tą samą rolę, ale zamiast zabawek ze studia mamy tutaj w przyszłości pooglądać sobie figurki ze świata, malowane przez hobbystów w każdym jego zakątku – oczywiście w pierwszym numerze nowego wydania jeszcze nie zebrali fanowskiego materiału, więc musieli przeczesać prywatne kolekcje członków zespołu projektanckiego. Jest kilka zacnych rzeczy do oględzin. 

I teraz dwa stricte modelarskie teksty, czyli chwalebny powrót Kit Basha oraz premiera Battle Ground. Kit Bash to ożywienie starego konceptu warsztatu meka, gdzie samo GW pokazuje trochę konceptów na konwersje własnych modeli. Obawiałem się, że zrobią to po swojemu, znaczy, raczej gównianie… A tu miłe zaskocznie, bo choć tekstu mało i nie uraczymy tutaj instrukcji krok po kroku, to konwersje wykonane na bogu ducha winnych Fighta Bommers’ach prezentują się co najmniej dobrze, a w wypadku Goffowego turbośmigłowca – znakomicie wręcz bym rzekł. Battleground można się było spodziewać – GW sporo inwestuje w modele budynków i makiet na stół, zainwestowało w modularny stół ‘Realm of Battle’ i ogólnie na pewno by chciało, by ich cacuszka gościły na wielu stołach. Tak więc trudno się dziwić, że chcą produkować serię artykułów pokazujących zabójczo piękne stoły do grania wykorzystujące ich zabawki! Rafinera na mokradłach pokazana w tym numerze jak dla mnie to perełka… A co lepsze, artykuł to nie tylko cukierek dla oczu, bo czegoś się można dowiedzieć – jak, dla przykładu, zrobić piękny wylew z kanałowej rury na bazie wyciętego fragmentu plastikowej butelki. 

Powolutku zbliżając się do końca tego numeru uderzamy w to, co również stanowi popularny wycinek wcześniejszych numerów, czyli porady malarskie ukryte pod nazwą Paint Splatter. Jest to jedyny element nowego wydania, na którym się realnie zawiodłem. Jeżeli we wcześniejszych numerach mieliśmy poradnik malowania, to był on zrobiony na poziomie co najmniej wypasionego TT, jak nie lepiej. A to co teraz zaserwowali? Ogolone ze słów, wyżarte ze szczegółowych instrukcji krok po kroku niby-porady jak uzyskać pewne efekty na modelach prezentowanych we wcześniejszych artykułach. Taka przeciętna, raczej nikomu nieprzydatna kicha. 

I kiedy już wyczuwam zapach wkładki uzupełniającej w postaci listy sklepów oraz informacji na temat lokalnych wydarzeń i inszych głupot, po drodze szczerzy się do nas Jeremy Vetock, ‘czempion hobby’ z radosnym i jakże tłustym (*jak na nowe standardy*) tekstem o absolutnie niczym. Serio. Próbowałem doszukać się jakiegoś elementu wiążącego paragrafy, jakieś puenty, czegoś, co miałoby sens… Niestety, nie udało mi się – od, poczytałem że Pan Vetock lubi grać w Warhammery na ładnych stołach i lubi palić miasta ‘tych dobrych’. Niezmiernie mi przykro, ale udało mu się zwyczajnie po drodze zgubić sens stojący za tekstem – najwidoczniej edytorowi zabrakło mięcha na te dwie strony i przymusili kogoś pod ręką do popierdzenia na klawiaturze. Efekt raczej marny. 

Na osłodę po tym zakrztuszeniu się gazetka nie jest zamknięta samą lista sklepów – a koniec dostajemy jeszcze serię krótkich tekstów ‘na szybko’, zrobiony poprzez desant redaktorów w taktyczne punktu siedziby GW, gdzie wtykali swe dziennikarskie nosy w każdy zakątek – podglądnęli zabawki Forge Worlda, popytali o nowe książki z Czarnej Biblioteki, pochwalili się malowaniem swoich własnych projektów a nawet pokazali trochę szkiców koncepcyjnych do nowego chaosu z przyjemnym w lekturze artykułem na temat konceptu stojącego za nowym wyglądem chaosu poprzez unifikowanie i położenie nacisku na amalgamat maszyny, człowieka i demona. Dobra rzecz. 

Podsumowanie? Jest dobrze. Bardzo dobrze bym rzekł, a można mieć gorącą nadzieję, że kiedy fajni z całego globu zaczną wrzucać GW swoje własne materiały i fotki, jakość magazynu może tylko zyskać. Owszem, wciąż kilka rzeczy można by było solidnie doszlifować, ale zrewitalizowany White Dwarf nareszcie się czyta, a nie przegląda. Z entuzjazmem, jak rzadko kiedy, czekam na kolejny numer! 

A… I dostajemy plakacik dwustronny! Antyrama już jest, teraz zdecydować, czy idzie bitwa, czy Angron na ścianę ;)

1 komentarz:

  1. No to teraz moje dwa centy... Po pierwsze, nowy WD moim zdaniem nadal ssie. Mniej zaciecie niz wczesniejsze kilka rocznikow, niemniej jednak jest to nadal wytwarzanie prozni ustami. Dawniej byly reklamy nowych rzeczy, obecnie na 50 stronach mamy rozpisane w formie krotkich, nic nie mowiacych artykulikow wszystkie nowosci. Ok, jak na katalog. Zwroce tylko uwage, ze zdjecia w nowym WD sa - jak dla mnie - beznadziejne. Ciemne tlo i eksperymenty z oswietleniem sprawiaja, ze dokladne obejrzenie figurki i jej malowania jest praktycznie niemozliwe. Calkowicie bzdurne dla mnie sa opisy ksiazek z Black Library. Nie sa to recenzje, tylko dlugasne blurpy reklamowe - kto chce kupic i tak kupi, niezdecydowanych przekona raczej niewielu, no ale może... Jedyna dobra strona tych zapowiedzi to jest to, ze mozna utrzymac sie na biezaco, co akurat BL wydaje.
    BR - jeszcze nie czytalem, ale to znowu jest raczej opisywanie bitwy niz raporty sprzed 15 lat.
    Artykuly "modelarsko-hobbystyczne" w miarę ok, poza Blanchitsu, ktory jest - moim skromnym zdaniem - dziadowskie. Nie lubie Blanche'a, jego obecne grafiki to sa gryzmoly. Lubie jego stare prace ale nowe nie maja z nimi wiele wspolnego. Lubie natomiast ogladac jego figurki.
    Ogolnie - jest lepiej ale nie jakos nadzwyczajnie duzo. Kupie pewnie z 5 kolejnych numerow, zeby zobaczyc w jakim kierunku idzie pismo, osoba naczelnego, doswiadczonego w robieniu magazynow podobnego rodzaju (oczywiscie w innych branzach), daje pewne nadzieje.
    Ale - z przykroscia stwierdzam, ze do WD z czasow Thortona to bardzo, bardzo daleko. A i tak WD pod jego kierownictwem kiedys wydawalo mi sie sredniawe (bo bylem przyzwyczajony do zawartosci z numerow 100-140).

    OdpowiedzUsuń