12.05.2016

[12.05.2016] Games Workshop - Firma od Planszówek!


Historia lubi zataczać koła. Podobno to działa w każdym przypadku i nie ma odstępstw od tej zasady. Co było, będzie raz jeszcze. Uroboros pożera własny ogon w wieczystym cyklu życia i śmierci! Jak widać ów prawidłowość dotyka również naszego ulubionego wydawcę, czyli Games Workshop właśnie. Cóż tez zmusza ich do powrotu do korzeni tak odległych i zapomnianych, że wieją już aromatem trupiarni? Czyżby według korporacyjnej nowomowy należało dywersyfikować swoje źródła dochodów? Być może figurki nie są już tak popularne jak onegdaj (*a Metallica skończyła się na Kill’em All*) i firma poszukuje nowych rynków zbytu? Nie mnie wymyślać i kombinować co też siedzi w głowach mistrzów marketingu firmy z Nottingham… Nie zmienia to jednak faktu, że ze strony GW widzimy nową, potężną ofensywę na dwa fronty, z którymi mieli już styczność, acz nigdy w takiej skali i sile. Gry komputerowe oraz planszówki.

O grach komputerowych, cóż… Nihil novi! Games Workshop od niepamiętnych czasów próbuje z lepszym lub gorszym skutkiem ożenić swoje potężne licencje z rynkiem cyfrowej rozrywki. Ot chociażby już w roku 1991 firma Gremlin Interactive (*naturalnie już martwa od ponad dekady…*) wypuściła  komputerową wersję popularnej w tych czasach planszówki ze stajni GW, HeroQuest. Któż ze starych młociarzy nie pamięta Warhammer: Dark Omen z 1998? GW od niepamiętnych czasów stara się jak może, by ich licencja sięgała do głów graczy komputerowych, ale ofensywa dopiero się zaczęła. W roku 2016 wyszło lub planuje się wydanie łącznie aż ośmiu nowych gier komputerowych, a jak rzucimy okiem na okres 2014-2016, to gier oflagowanych licencjami GW jest więcej, niż w całej ich karierze. A to tylko dwa lata! Widać, walka o nowego klienta trwa, a najwyraźniej zyski z licencji są na tyle intratne, że im się zwyczajnie opłaca oddawać ją na lewo i prawo, byle by się gry mnożyły…


Nie o tym jednak chciałem pisać. Kiedy pisałem o Kole Historii miałem raczej na myśli powrót do gier planszowych. Bo nie wiem, czy wiecie, ale kiedy Games Workshop zaczynało swoją działalność w sumie niewiele miało wspólnego z grami figurkowymi. Skupiali się raczej na wspomaganie świeżo powstałego i rosnącego w siłę rynku gier fabularnych jak i… gier planszowych! By było weselej, z tego mrocznego okresu odległej starożytności udało mi się wyszukać kilka zacnych perełek wydanych przez to wydawnictwo. Gier, o których nigdy byście nie pomyśleli, że zostały wydane właśnie przez Games Workhop – potentanta na rynku gier bitewnych i władcy ogromnych, bogatych światów jakim są Warhammery. Ot, dla przykładu, wydana w 1983 roku gra Calamity!, w której wcielamy się w rolę… firm ubezpieczeniowych! Albo może wydane w roku 1985 Sleigh Wars, w której to gracze stają się pomocnikami Świętego Mikołaja, walcząc ze sobą w wyścigu roznoszenia prezentów? Grimdark aż bije od tych tytułów, a jest tego więcej, och, znacznie więcej! Gry kolejowe, historyczne, przygodówki, strategie… Dopiero około 1990 roku Games Workshop uznało, że jak już robić planszówki, to niech będą one osadzone w dwóch ich prężnie rozwijających się uniwersach.

Oczywiście nadal pojawiały się różnego typu off-shoty, ale to wszystko już stanowiło tło do nowej serii planszówek, skupiającej się na kapitalizacji powstających, rosnących licencji firmy. I tak dla przykładu w 1990 GW wydało Mighty Empires, jak na tamte czasy gargantuiczny tytuł osadzoną w uniwersum WFB strategię czy Space Crusade – protoplastę znanego nam dzisiaj Relica, czyli pierwszą poważną próbę przerzucenia rozgrywki znanej nam z HeroQuest’a na uniwersum mrocznej wizji przyszłości jaką jest Warhammer 40k. Potem już poszło z górki, i tak dostaliśmy masę tytułów, jak chociażby Blood Bowl, który swego czasu był diabelnie popularną grą, na tyle dużą i rozpoznawalną, że zamieniła się w prawdziwy system figurkowy… Albo takie twory, które dziś już znamy z re-edycji, jak chociażby Horus Heresy. Naprawdę długo by można pisać o wydawniczej twórczości GW w tym temacie, ale przejdźmy do rzeczy.

Games Workshop znowu atakuje planszówkowy rynek. To nie jest dla nich nic nowego, bo regularnie wydawali jakieś planszówki na łamach swojego wydawnictwa. Mimo to od bardzo długiego czasu były to totalne pojedyncze strzały – Dreadfleet chociażby, albo Lost Patrol. To wszystko jednak było mało, gdyż mniej więcej około 2001 roku firma całkowicie zmieniła swoje nastawienie – planszówki i fabularki, które jeszcze kilka lat temu były niejako trzonem firmy, zeszły na drugi i trzeci plan ustępując pola miażdżącej popularności gier bitewnych. Był to okres, w którym WH40k jak i WFB świeciły triumfy na całym globie i nieomal zmonopolizowały rynek… Trudno się dziwić, że firma wolała inwestować swój czas i nakłady finansowe w rozwój tych popularnych produktów niż nadal kombinować z planszówkami!

Ale czasy się zmieniają… GW nadal jest oczywiście gigantem w świecie bitewniaków o mocnej, nieugiętej pozycji, ale jednak pewna era właśnie przemija na naszych oczach. Przecież daleko nie trzeba szukać – X-Wing od Fantasy Flight Games przebił w popularności w USA Warhammera 40k. U nas w kraju też to widać. Wojennym Młotkom nie wieszcze zguby, ale nie da się po prostu zaprzeczyć, że stara gwardia się wykrusza, że klientela nie tylko ma dość zmurszałych monolitów jakimi są poczciwe Młotki, ale też zdaje sobie sprawę z tego, że nie tkwią już w pustce – Masa innych wydawców oferuje swoje systemy… Ot przecież u nas w Krakowie najpewniej na dzień dzisiejszy mamy więcej aktywnych graczy w MalifauX niż w Warhammery… I skoro sprzedaż spada, skoro weterani nie płacą, bo przecież mają już całe armie, skoro rynek staje się coraz trudniejszy...

Pora wrócić do korzeni.


Gry planszowe od dłuższego czasu przeżywają renesans. Z niszowego hobby stukniętych Niemców stało się ono światowym biznesem. Gry powstają jak grzyby po deszczu, klientów na nie jest zatrzęsienie, cały, ogromny i prężny rynek narósł dookoła tego hobby. Trudno się więc dziwić, że Games Workshop – firma z niejakim doświadczeniem w tej branży – postanowiło ugryźć kawałek tego soczystego tortu i zagarnąć go dla siebie. Teraz pojawia się tylko pytanie, czy są na to gotowi…?
Ameritrash. Nie, wbrew pozorom nie jest to wymyślna obraza w kierunku amerykan, lecz słowo opisujące pewien gatunek gier planszowych. Ogólna definicja na dzień dzisiejszy mówi, że są to gry o wysoce rozwiniętej immersji tematycznej, o wyjątkowej jakości komponentów, o zacnej wielkości pudełka i bogactwie jego zawartości i wyśmienitej oprawie graficznej. Są to też gry oparte na szczęściu, rzutach kostkami i ogólnie traktowane przez miłośników ciężkich planszówek jako trywialne zapychacze czasu ze względu na swoją losowość i prostotę zawartych mechanik. Nie zmienia to faktu, że gatunek ten ma sporo wiernych fanów… Oraz tego, że gry Games Workshop nieomal podręcznikowo wpisują się w definicję gatunku! Wielkie pudełka, doskonałe ilustracje, wysokiej jakości komponenty, kilogramowe albo i dwukilogramowe pudła wypchane po brzegi wszelakimi szpejami no i oczywiście potęga Warhammerowych uniwersów wspierająca rozwiniętą tematykę.

Tutaj muszę pochwalić GW za konsekwencję i za bardzo sprytne wykorzystanie dwóch niesamowicie potężnych elementów marketingowych… Konsekwencję, bo firma jasno nakreśliła sobie gatunek, który ich interesuje, i trzyma się go wiernie niczym czterej pancerni. Gracze wiedzą, jakich gier mogą się spodziewać bo tym wydawcy. Wiedzą, że będą to tytuły na poziomie Talizmanu, gdzie losowość ścina z nóg a mechanika ma bez problemy 20-30 lat na karku. Wiedzą też, że będzie to gra piękna, wydana w najwyższej możliwej jakości i wypchana miłymi oku komponentami. A wszystko to nic, gdyby nie dwa potężne narzędzia w rękach GW – Nostalgia oraz Modele.

Nostalgia… Cóż, spójrzmy dla przykładu na „nową” planszówkę Games Workshop, który ma swoją premierę bodajże za dwa tygodnie – Warhammer Quest: Silver Tower. Czekaj, znam to skądinąd… A tak! Warhammer Quest to była przecież ogromna przygodowa planszówka z masą figurek i kart z 1995 roku. Gra, która była wspierana bardzo ostro do 1998 roku a nawet w roku 2000 wydawnictwo wypuściło parkę dodatków. Nowa wersja oczywiście opowiada inną historię, osadzona jest już w świecie Age of Sigmar i w ogóle, prezentuje zupełnie nową jakość, ale to nic, bo nazwa brzmi w te same tony i stare grzyby, planszówkowi weterani a nawet figurkowcy mogą pamiętać, i zaraz aktywuje się w nich radosne zdziadziałe „Drzewiej było lepiej a onegdaj wszystko lepsze robili”, czyli prosta i poczciwa nostalgia. To oczywiście działa! Rzućmy okiem na re-edycję starowinki jaką jest Talisman… Świetnie się sprzedaje, powstała masa nowych dodatków, ludzie niecierpliwie czekają na dodruki, a przecież gra mechanicznie jest koszmarkiem minionej epoki z boleśnie przestarzałymi mechanikami i gargantuicznym wpływem szczęścia na całą rozgrywkę. A na horyzoncie czają się przecież ponownie odświeżone wersje Lost Patrol z 2000 jak i kultowego, cudownego Man O’ War, na którego akurat czekam z niecierpliwością, bo to był zaskakująco sympatyczny system, dużo lepszy niż późniejszy potomek jakbym był Dreadfleet.

Modele… No tak. Aż by było nieskończoną głupotą ze strony Games Workshop, by nie wykorzystywać swojego zaplecza w tym temacie przy tworzeniu gier! Można mieć różną opinię o tym wydawcy, ale pewna rzecz jest nie do podważenia – robią doskonałe jakościowo plastikowe modele. I jest to główny koń pociągowy marketingu ich wielkich, bardzo drogich pudełek! Tak, mówią. Wiemy, że nasze gry cudowne nie są. Wiemy, że kosztują majątek i że w sumie zastanawiasz się dlaczego masz wydać pół tysiąca blaszek na jedną grę, która mechanicznie nigdy nie przebije naprawdę dobrych planszówek… Ale wiesz co? Spójrz. Limitowane, dostępne TYLKO w ów planszówce figurki! I popatrz, naprawdę się postaraliśmy i są po prostu piękne. To ile zapakować pudełek? Tak to mniej więcej działa. Ze strony planszówkowych hobbystów kochających ten gatunek takie bogactwo pięknych modeli jest mocnym argumentem przemawiającym na korzyść gry… A z punktu widzenia hobbystów bitewniakowców możliwość wygarnięcia unikalnych figurek, które nadal będą grywalne w systemach, w które łupią, to gratka godna ich wydatków. Tym bardziej, ze choć planszówka może być droga jak na planszówkę, to zawarte w niej modele przeważnie przekraczają kosztowo cenę planszówki, i to mocno! Ostatnim tego typu przykładem jest pudełko Imperial Knights: Renegade, gdzie dostajemy dwóch Imperialnych Rycerzy w cenie jednego.


Warhammer Quest: Silver Tower uderza więc z oba punktu z wielką mocą, co wyraźnie pokazuje, że Games Workshop przynajmniej jeżeli chodzi o wydawanie gier planszowych ma głowę na karku i wie co robi. Nostalgiczny tytuł znany wielu fanom tego uniwersum? Jest. Wyśmienite, unikalne figurki do zdobycia tylko w tym pudełku, którymi można będzie również grać w Age of Sigmar? Też są. Wypełnienie definicji gry ameritrashowej? Zaliczone – wielkie, kosztujące pod 400 złotych pudełko będzie naładowane na maksa… 50 figurek, modularna plansza, stosik kart dla bohaterów i wydarzeń, masa żetonów. Wygląda to zacnie! Ba, poszli nawet o krok dalej, i 44 modele przedstawiające stronę chaosu, czyli mieszkańców i władcę tytułowej Srebrnej Wieży można całościowo wyrwać z pudełka i wystawiać w Age of Sigmar jako armię Chaosu pod sztandarem Tzeentcha, pana zmian. Sprytne i godne pochwały.

Słowem zakończenia… Choć nie jestem fanem wtórności i mielenia tego samego kotleta w potencjalną nieskończoność, to muszę przyznać, że Games Workshop robi to z niejaką lekkością i gracją. Sam nie jestem fanem prostych planszówek, nie przepadam za mechanicznym smutkiem zbioru pustego, jaki ów tytuły reprezentują, ale nawet mimo to często gęsto muszę się trzymać za nadgarstek, bo ręka sama skoczyła po portfel, by wydać kupę szmalcu na pudełko, w które i tak bym nie grał, bo pragnę tylko ich figurek. Na dzień dzisiejszy Games Workshop jest niczym poczciwiec przeżywający swój kryzys wieku średniego, który podczas sprzątania strychu odkrył na nowo gry, które projektował gdy był młody, piękny i kreatywny. Postanowił zatem wydać je ponownie! Przecież drzewiej były takie dobre, takie popularne, takie kochane…

I tak. Czekam na Necromundę. Na Gorkamorkę. Na Man O’ War. Bo to, że ów zapomniane, porzucone systemy, ów zakurzone gry powrócą do życia w nowej oprawie i z nową werwą w starych kościach jest praktycznie pewnikiem.

5 komentarzy:

  1. ów w liczbie mnogiej to owe

    OdpowiedzUsuń
  2. Komentując mechanikę planszówek GW warto się zapoznać z tematem, a nie opierać się na komentarzach z BGG. Sprzed 8 lat. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem skąd ten zarzut, ba, poczułem się dotknięty!

      Osobiście grałem we /wszystkie/ planszówki wydane przez GW poza IK: Renegade, i to głównie dlatego, że znam tylko ludzi, którzy to kupili dla tanich Knightów. Moja opinia bazuje więc nie na cudzych opiniach, lecz na własnych doświadczeniach - te gry to klasyczne Ameritrashe, losowe i głupawe XD Nie mówię tutaj o grach /licencjonowanych/ jak np. Chaos in the Old World.

      Może i ostry komentarz, ale to są planszówki - tak więc porównuje je do planszówek, które znam i lubię, jak Eclipse, Le Havre, Agricola, The Bulge, C&C, Twilight Struggle czy Through the Ages. Na tle tych gier Relic czy Space Hulk to mechaniczna dziecinada.

      NIE OZNACZA to, że ich nie lubię. W Relica nadal chętnie zagram o każdej porze dnia i nocy, bo jest klimacik :)

      Usuń
    2. Relic nie jest grą GW. Nowe planszówki GW to Betrayal at Calth albo Deathwatch. Renegade to nie jest planszówka tylko bundle knightów ;-) Space Hulk to jest planszówka sprzed 20 lat. Agricola to najnudniejsza gra w jaką grałem w całym życiu. Zupełnie nie rozumiem jak porządny Nerd jest w stanie turlać kostki w eurograch dłużej niż przez 15 minut :-) Poza tym starałeś się zahaczyć o tematykę Questową, ale sądząc po tekście chyba nie grałeś w starą wersję, a na ocenę nowej jest kapkę za wcześnie.

      Usuń
  3. Fireancie, czekałem właśnie na Twój komentarz odnośnie restartu Specialist Games. Dla mnie wydarzenie roku, a może i dekady. Dawno temu kupiłem "Specialist Games. Complete Catalogue" i wielokrotnie delektowałem się wspaniałościami tam zawartymi. Bogactwem gier, pomysłów, klimatem wylewającym się z kolejnych stron. Niestety ze świadomością, że się spóźniłem (sorry, ale ~1k pln za kompletnego Warhammer Questa z ebaya jest poza moim zasięgiem) i nie uczestniczyłem w pewnej pokoleniowej fali boardgamingowej. Jedynie Blood Bowla 3ed udało mi się dorwać (genialna gra! nie mogę doczekać się najnowszej wersji. nawet jeśli na ligę nie mam co liczyć) oraz trochę modeli do Necromundy. Na tę ostatnią czekam chyba najbardziej i najwięcej sobie obiecuję, chociaż może nie powinienem.

    Wracając do meritum - zastanawiałem się jeszcze niedawno co jest grane. Czemu pomniejsi producenci w rodzaju Mantica, widzą potencjał zapomnianych gier GW i kopiują je na potęgę, sprzedając wygłodniałym fanom, a GW zdaje się tego nie dostrzegać. Potem X-Wing, Imperial Assault, cały zalew dungeonowych planszówek z figurkami, a GW dalej nic.

    I w końcu niczym wybuch supernovej - Betrayal at Calth, Deathwatch, WQ: Silver Tower, Lost Patrol i w planach jeszcze lepsze tytuły! Dla mnie bomba.

    Podzielę się jeszcze taką obserwacją, że brak mi nieco planszówek GW w wydaniu mniej bombastycznym, z prostszymi modelami, tańszych. Gier, które byłyby tym czym starsze wersje Blood Bowla, czy Space Hulka - "entry games". Takimi "wciągaczami" do hobby. Nie wiem jednak, czy teraz przeciętny dzieciak złapałby się na lep i kontynuował zabawę z figurkowymi grami. Czasy się zmieniły, rozrywki scybernetyzowały. Widzę po młodszych znajomych, że nie mają tego czegoś, co dla własnego użytku nazywam "potrzebą kultury materialnej". Wolą kupić sobie gierkę na Steamie, zamiast podłubać przy figurkach. Mam nadzieję, że się mylę. Tak czy owak nie wyobrażam sobie, że rodzice kupią 10-latkowi pudło za 500zł z masą plastiku do złożenia i pomalowania. Sam tym bardziej sobie nie kupi. GW zapewne policzyło, że bardziej opłacalne jest drenowanie grubą rurą portfeli nostalgicznych pryków. :) Czyżby Age of Sigmar nie trafił zupełnie do młodzieży i dlatego trzeba polegać na starej gwardii?

    Trochę racji w tym jest, skoro planuję wysupłać złocisze na nowe, wielkie, błyszczące pudło Necromundy, wbrew żonie i współgraczowej pustyni wokół mnie. A co tam - przynajmniej spełnię młodzieńcze marzenie ;)

    OdpowiedzUsuń