05.08.2014

[05.VIII.2014] Krótka historia małej wiktorii!


Witam ciepło w morderczo upalny dzień. Nie ma lekko, za oknem co najmniej milion stopni, szkło w oknach spływa, plastik się marszczy a metalowy parapet może swobodnie grać rolę patelni. Słowem, lato, lato w pełni… Fortunnie nabyłem niedawno mocą kupna solidny schładzacz powietrza i da się żyć, da się żyć. No ale dość prognozy pogody, pora na dzisiejszy tekst, który będzie w dużej mierze łechtaniem mojego własnego ego, choć muszę zauważyć, że ów historia ma wielu bohaterów i przypomina mi nieco wyścig z czasem psich zaprzęgów w 1925 w celu dostarczenia antytoksyny i uratowania odizolowanych miast przed epidemią. O czym mówię? O MalifauX. A dokładniej, o żywocie tego systemu w moim przybranym mieście rodzinnym, znaczy, w stołecznym królewskim mieście Kraków.

Stali czytelnicy doskonale wiedzą o co chodzi, znają kąkol czy też zalążek tejże historii - rozbija się ona po tekstach traktujących o tym systemie, powoli napusza się radosną dumną, skrzy się niczym złoty medal z folii, godny swego miejsca obok orderu z ziemniak. Bo choć może nie wygląda, bo choć z całą pewnością nie była to robota na jedną osobę, i choć musiałbym być dupkiem sezonowym klasy pierwszej, by sobie przypisać ów uroczy triumf w całości, to jednak nadal poczuwam dumę z osiągnięcia jakim jest…

No właśnie, cóż takiego? Uczyniliśmy MalifauX największym systemem w kraju? Nie. Zorganizowaliśmy największy turniej na kontynencie? Nie. Doprowadziliśmy wydawcę do przetłumaczenia wszystkiego na język rodzimy? Nie. Kurde, to z czego się cieszyć? Ano jak rzeczy mądrość ludu - radujta się drobnymi rzeczami, a w naszym przypadku ów “drobnostką” jest fakt włączenia do sprzedaży produktów powiązanych z MalifauX w naszym lokalnym sklepie. Czy to mało? Pewnie, ale na skalę lokalną jest to wydarzenie na skalę zmian geologicznych. Bo oto pośród półek wypchanym Tradycyjnymi Systemami Głównymi (*czyt. Warhammery*) nagle wybiła się niczym wierzchołek góry lodowej półka ze starterami do systemu Wyrda, z zestawami terenów, Terraclipsami i kilkoma mniejszymi pudełeczkami z nowościami. Nagle okazało się, że przy całkowicie losowej wizycie w sklepie widzę w kącie ludzi łupiących w MalifauX - bez zgadywania się po sieci, bez specjalnego umawiania się… Nagle patrzę w kalendarz imprez Vanaheim’u a tam bam, co piątek obowiązuje nauka gry w tę grę prowadzona niezłomnie przez zapalonego ochotnika i co najlepsze - są chętni, są ludziska, którzy wpadają tylko po to, by zobaczyć czym to się je.

Pierwsza dostawa Vanaheimu! Będzie więcej, będzie pyszniej, a na stronie, pełna oferta do ściągnięcia na zamówienie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ów sukces jest jakby koronacją dwóch starszych wpisów, na łamach których próbowałem przekazać wam, mili czytelnicy, jak promować nieznane systemy na łamach swojego prywatnego środowiska. Widać, słowa nie wiatr, bo efekty są! Teraz MalifauX wylądowało na sklepowej półce, stało się oficjalnym elementem figurkowej scenerii Krakowa i już teraz może tylko rosnąć, mając swój własnym, funkcjonujący zakątek. I jak niewiele było trzeba!

Zaledwie parka zapaleńców, którzy zamiast zbijać bąki w ciepłe krzesełko uznali, że wbrew wszystkiemu zbombardują lokalnych graczy nową grą. Wystarczyło intensywne promowanie i zawzięte introgamingi. Wystarczył entuzjazm. I niewielki wkład finansowy, nazwijmy go, inwestycją. Kiedy przybyłem do Vanaheimu z dwoma starterami, ledwo sklejonymi, zainteresowanie nie było zbyt duże - owszem, ludzie doceniali ładne wzory, czasem rzucali jaskrawym okiem na tę dziwną mechanikę z kartami, ale na tym się kończyło. Bartosz, właściciel sklepu Vanaheim, choć zawsze przyjazny, zawsze pomocny i nigdy nie karcący za granie w gry, których nie ma na półkach, też nie przejawiał entuzjazmu - w pełni zrozumiałe, jako że ma na głowie biznes, i próby promowania gry, której nawet nie prowadzi, brzmi jak marnowanie cennego surowca zwanego czasem. Szybko się jednak dogadaliśmy, i przy mocnym wsparciu Emeryta nabyliśmy na użytek sklepu właśnie zestawy Terraclipsowych terenów, kilka domków MAS’u, trochę skrzynek i innego śmiecia by być w stanie stworzyć prawdziwy stół (*a nawet dwa*) do tego systemu. Dodatkowe tereny zawsze się przydadzą tak więc Vanaheim, jak można się spodziewać, nie pogardził i przyjął z chęcią. A my, Malifaksiarze, mieliśmy ciche błogosławieństwo na łupanie w tę naszą dziwną grę…

Wraz z terenami, obfitym stołem i uwidocznieniem się pojawiło się zainteresowanie. Wyszli na światło dzienne ludzie, którzy nie tylko coś tam o tej grze słyszeli, ale także posiadali jakieś modele, aktualnie zbierające kurz w mrocznych, piwnicznych zakątkach ich kolekcji. Odkurzyli jej jednak i całkiem żwawo wrzucili je na stoły… Karty, Kamienie Dusz i realizowanie zadań zahuczało i MalifauX ponownie poczuło krew pędzącą w żyłach. Pojawili się nowi gracze, nowi chętni. Kolejne startery dochodziły do kolekcji. Emeryt ponownie pomógł sprawie kupując praktycznie wszystko, co wyszło w plastiku, na dzień dzisiejszy samemu będąc w stanie dostarczyć figurek na 3-4 gry intro na raz. Gra kwitła. Do momentu pewnej stagnacji - mea culpea, mea maxima culpea, ponieważ życie mnie dopadło i musiałem na dłuższą chwilę odłożyć figurki, schować kostki i zapierniczać jak mały rowerek. Fortunnie choć MalifauX przycichło, to tylko na chwilę… Bo pojawił się nowy zapaleniec, Jampel… A tam gdzie jest aktywny zapaleniec, tam każdy system może rozkwitnąć!

Dziś MalifauX w Krakowie to norma. Nie oznacza to, że system ma setki graczy. Że jest największym w mieście. Że wszyscy go znają i kochają. Oznacza, że mamy miejsce, gdzie MalifauX można nie tylko ograć, ale też i nabyć, gdzie można się ów gry nauczyć... Słowem, dzięki staraniom kilku osób, pozytywnemu nastawieniu i zdrowego podejściu do tematu, gra dołączyła do aktywnej plejady.

Dało się? No, już, wystarczy tego próżnego przechwalania się, bo wniosek dzisiejszego tekstu się rozmywa, a jest on w sumie prosty – Nie dajcie się. Nie poddawajcie się. Nie pozwólcie się stłamsić. Nie dopuścice, by system, który lubicie, w który chętnie ciupiecie, leżał odłogiem bo „nikt w to nie gra”. Wyciągnijcie modele, zaatakujcie wasz ulubiony sklep czy klub i walczcie. Bo wystarczy kilka miesięcy, wystarczy samozaparcie i pewnego dnia się okaże, że to Heavy Gear, które tak kochacie, nagle znalazło dość fanów, by stać się nowym, kochanym dzieckiem w waszym lokalnym środowisku.


10 komentarzy:

  1. Body of Evidence widzę tam :) Przyjemny starter :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To teraz czas na Dystopian Wars :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham takie fenomeny :) Gratuluje Wam, Panowie, może zajazdem kiedyś zdołam łupnąć z Wami partyjkę:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wooooow! Ale zaskoczenie! Rewelacja!

    OdpowiedzUsuń
  5. Już niedługo (mam nadzieje) się spotakmy na partyjce w Krakowie :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Poza tym mam i dobrą wiadomość - dziś skontaktował się ze mną weteran Malifaux z Dublina i razem będziemy robić demo dla naszych ziomków z klubu.
    Jest więc szansa że Malifaux rozkwitnie w Dublnie :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie myślałem, że kiedyś powiem coś takiego ale zazdroszczę Krakowowi. U nas w Warszawie nawet sklep sprzedający Warmachine się zamknął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Warszawa warhammerowskim betonem stoi XD

      Usuń
  8. A w Vana obok młotków można już od jakiegoś czasu nabywać Warmachine, Hordes, Bolt Action, Umbra Turris, Warzone... Teraz doszedł Malifo a wiem z pewnych źródeł, że Infinity rychlej dołączy do ekipy :D

    OdpowiedzUsuń