29.10.2013

[29.X.2013] Zróbmy Aniołów Śmierci, CZ.3


Witam pięknie w ostatnim tygodniu ciepłego października! Choć wyrażam nadzieję, że listopad będzie równie pogodny przynajmniej przez swoją pierwszą połowę, to jednak nie ma co się bronić i spokojnie powtórzyć słowa Neda Starka, motto jego rodziny – Zima nadchodzi. A wraz z nią chlapa-ciapa na drogach, paskudne zimno i ciemności przez pół dnia i całą noc. Słowem, tragedia, nienawidzę takiej pogody ani tego ohydnego okresu w roku. Trzeba będzie znowu wskoczyć na witaminy i pięć kaw dziennie, by tylko jakoś przetrwać aktywnie… No ale cóż, póki co cieszmy się ciepełkiem i ładną pogodą.

A wraz z drugim dniem nowego tygodnia najwyższa pora na trzeci odcinek miniaturowej serii poświęconej stworzeniu własnego zakonu Adeptus Astartes! W pierwszym odcinku przedstawiłem w jaki sposób zakon jest powoływany do życia, jakie mogą być jego cele a w drugim odcinku omówiłem co to jest planeta zakonna, jakie planety wybierają Astartes pod swoje siedziby i dlaczego niektóre zakony podróżują we flotach. Dziś zaś skupimy się całkowicie na procesie rekrutacji, bo jest to dość w sumie obszerny temat. Do dzieła!

Dziesiąta Kompania, czyli kwestia zwiadowców…

Proces rekrutacji to najprawdopodobniej najbardziej swobodny element, na który kształtowanie ma zakon, który trzyma się zapisów w Codex Astartes od deski do deski, bo na dzień dzisiejszy nie wiemy, czy traktat ten w ogóle zawiera jakiekolwiek wskazówki, prawidła czy informacje na temat procesu rekrutacji – najprawdopodobniej nie, biorąc pod uwagę fakt, że Codex Astartes to dokument wewnętrzny, dotykający tematów już związanych z pełnoprawnymi kosmicznymi marines, takimi, którzy neofitami czy rekrutami już zdecydowanie nie są, i jedyne klarowne nawiązanie do „Rekrutów” w całej doktrynie proponowanej przez ów kodeks mamy tylko strukturę organizacyjną dziesiątej kompanii – kompanii zwiadowców – która składa się właśnie z rekrutów, którzy jeszcze czekają na otrzymanie swojego świętego pancerza. Ale… Nie do końca. Po pierwsze, zwiadowcy z dziesiątej kompanii to nie są neofici w trakcie modyfikacji, tylko już marines z krwi i kości, i choć w istocie wiele zakonów traktuje kompanie zwiadowców jako swoisty ‘ośrodek treningowy’ czy też ‘pierwszy szczebel kariery Astartes’, to są zakony, które cenią zwiadowców dużo bardziej, zakony które preferują błyskawiczne uderzenia z cienia, sabotaż i operacje pod osłoną nocy.

I tutaj dochodzimy do dość sprzecznego punktu, ponieważ kiedy pewne źródła podają, że Zwiadowca zakonu to w pełni ukształtowany Astartes, to inne znowu zakładają, że są to neofici już w trakcie przemian, którzy dzięki walkom i treningom w dziesiątej kompanii szlifują konieczne umiejętności, zapoznają się ze standardowym uzbrojeniem w pełni i w końcu, kiedy ich organy, trening i psycho-indoktrynacja zostanie w pełni zakończona, przechodzą do kompanii rezerwowej, przywdziewają swój pancerz i stają się prawdziwym Astartes. O ile źródła w teorii stoją więc ze sobą w pewnej sprzeczności, w rzeczywistości obie wersje mogą być prawdziwe, gdyż każdy z zakonów może odmiennie podejść do tematu.

Należy też wspomnieć, że dziesiąta kompania czy też sama jednostka, jaką są zwiadowcy kosmicznych marines nie zawsze musi działać w ten sposób lub nawet składać się z nieopierzonych rekrutów! Dla przykładu Kosmiczne Wilki nie bawią się w żadne tam kompanie „dla młodzieniaszków” – świeżo upieczeni marines tego zakonu od razu przywdziewają pancerze i tworzą jednostki entuzjastycznych rzeźników. Nie oznacza to, że zakon ten ignoruje całkowicie taktyczne możliwości zwiadowców, wręcz przeciwnie, ma w swoich szeregach takie oddziały, ale zamiast z żółtodziobów świeżo po lub w trakcie przemiany składają się one z wytrawnych weteranów dziesiątek jak nie setek bitew i kampanii, mistrzów kamuflażu, przetrwania i zasadzek, którzy zwyczajnie preferują taki odizolowany sposób prowadzenia walk, którzy wykazują talenty w tym kierunku. Dla odmiany zaś Czarni Templariusze również nie posiadają kompanii zwiadowczych, a neofici są doczepiani do regularnych marines na zasadzie prywatnego adepta – neofita spija słowa swojego mentora, poleruje mu broń i pancerz, słucha posłusznie wszystkich rozkazów, trenuje pod okiem swojego mentora i walczy u jego boku z wrogami Imperium. Metoda ta jest konieczna w tym ortodoksyjnym zakonie, bo w ten sposób kształtuje się jasny i ostry pogląd na świat u młodych Astartes, w ten sposób z łatwością chłoną tradycje i rytuały zakonu. Raptorzy zaś na tyle cenią taktyki kojarzone ze zwiadowcami, że zarówno posiadają odpowiednio więcej tych oddziałów jak i, zgodnie ze znanymi informacjami, regularni bracia zakonu do poszczególnych misji wymagających niezwykłej subtelności czy ostrożności ponownie wkładają pancerze zwiadowców, które zwyczajnie lepiej się sprawdzają w warunkach cichego podejścia.


Teoretycznie kawałek o zwiadowcach kosmicznych marines powinien znaleźć się na końcu tego tekstu… Umieszczam go jednak na przedzie z prostej przyczyny, że to aktualnie ma wpływ na coś bardzo realnego – na modele. Widzicie, kiedy już wiecie, kim są zwiadowcy na łamach waszego zakonu to wiecie ile ich potrzebujecie, czy w ogóle, i czy na modelach powinny być widoczne jakieś ewidentne odstępstwa od normy? Czy tak jak Raptorzy wasz zakon preferuje walkę błyskawiczną i precyzyjny sabotaż czy gwałtowne, nagłe uderzenie z cienia? Czy wasi zwiadowcy to wytrwani weterani, czy też zieloni jak trawa na wiosnę początkujący w trudach bycia Astartes?

Oczywiście wiele rzeczy wynika same z siebie – bo jeżeli wcześniej zadecydowaliście, że was zakon podąża dokładnie ścieżką obraną przez Codex Astartes, to raczej na pewno będzie to kilka oddziałów „żółtodziobów” w dziesiątej kompanii. Ale nawet wtedy można się zabawić… Może wasz zakon bazuje gęsto na kulturze i symbolice Indian? Może ciemniejsza, spalona słońcem karnacja, mohawk oraz pióra na pancerzu to będzie coś, co wyróżnia neofitów? Może malują twarze w klanowe kolory? A może noszą ze sobą jakieś specyficzne amulety i resztki tradycji ludów, z których się wywodzą? Pamiętajmy, że zwiadowcy to młodzieniaszkowie, z których raczej najpewniej nie wyplenione zachować, wierzeń i naleciałości swojego ludzkiego pochodzenia w pełni… Jeżeli zakon w ogóle je wyplenia, a nie wplata w swoje własne rytuały.

Łowcy Smoków, jako zakon podążający dość luźno z kodeksem, musieli nieco przeorganizować pomysł na zwiadowców i ich rolę w zakonie. Jako że każda ich kompania to tak naprawdę reprezentacja jednego z wojowniczych klanów rodzimej planety, to neofici tudzież nowi rekruci nie mogą po prostu stanowić osobnej jednostki. Rozwiązanie było proste – jeżeli rekrut pochodzi klanu U’kan, to ląduje w drużynie zwiadowców Kompanii U’kan. W ten sposób każda kompania posiada drużynę czy też dwie zwiadowców, a liczba rekrutów jest ich powodem do chluby, bo oznacza, że dany klan jest silniejszy i dostarcza więcej idealnych kandydatów na marines. Oczywiście, jako że mówimy o Astartes, to zwiadowcy nie są rozpieszczanymi pupilkami, co to to nie… Wręcz przeciwnie, im z brutalniejszych misji wracają, im większą okrywają się chwałą na polu bitwy, tym większy honor klanowi przynoszą ów zwiadowcy-neofici.



Rekrutacja, czyli jak bardzo krwawa jest selekcja?

Jak już wcześniej napisałem, nie ma czegoś takiego jak zunifikowany system rekrutacyjny, jakieś z góry ustalone standardy, którym musi każdy rekrut sprostać, by móc stać się Astartes. Każdy zakon prezentuje całkowicie własne progi i wymogi, w dużej mierze zależne od tego, jak zakon funkcjonuje, jakie umiejętności i zdolności docenia i jaką postawę pielęgnuje. I tak dla przykładu u Wilków z Fenris z całą pewnością doceniają brawado, honorowe stawianie czoła nawet śmiercionośnemu zagrożeniu i niepowstrzymaną ambicję, wyrażaną w ambicji do stworzenia swojej własnej legendy poprzez heroiczne wyczyny epickiej skali! Carcharodons Astra znowu preferują, by ich rekruci byli krwiożerczymi, pozbawionymi hamulców rzeźnikami, którzy bez mrugnięcia okiem rzucą się w wir przelewania krwi – ich proces treningowi to test bólu, testy krwiożerczych walk. Ultramarines znowu rekrutują w zupełnie inny, bardziej cywilizowany acz nie mniej brutalny sposób, co głównie wynika z faktu, że każdy ważniejszy i możny ród w Ultramarze /marzy/ o tym, by jego synowie dostąpili zaszczytu stania się Astartes, i praktycznie każda familia hoduje w swoich trzewiach twardych, zawziętych młodzieńców do sprezentowania zakonowi w nadziei, że spełnią wymagania tego zakonu.

Powyżej zahaczyłem już o jeden z kluczowych elementów odmienności rekrutacji, ale w sumie myślę, że możemy zrobić krótką listę ów elementów: planeta rodzima, preferowane zdolności oraz reputacja i tradycja zakonna.

Planeta rodzima, cóż, to chyba oczywiste jaki wpływ ma lokacja czerpania rekrutów na sam proces odbywania rekrutacji, prawda? Powyższe przykłady dają niejaki rzut oka na to, jak to może funkcjonować. Dla przykładu na planetach primogenitorów legionu Ultramarines w większości przypadków spotkamy ucywilizowane acz militarystyczne społeczności, które mają na koncie tysiąclecia kształtowaniu honoru i kodeksu wojownika. Mamy więc rekrutacje, które nie odbywa się wcale pod przymusem, w której nasi Astartes nie musza urządzać polowań na świeżą krew czy też tworzyć jakieś polane mistycyzmem rytuały, bo rdzenny lud ich planet doskonale wie, jaki to honor i zaszczyt, kiedy członek rodu staje się Astartes, i sami robią co w ich mocy i prezentować zakonom odpowiednich kandydatów. To między innymi wyjaśnia dlaczego Ultramarines zawsze są w pełnej sile i nawet po wielkich stratach potrafią się odrodzić w bardzo krótkim okresie czasu.

Odmiennym nieco sposobem może być przykład Wyjących Gryfów (*Tak, wiem, to naprawdę śmieszne ale i oficjalne tłumaczenie Howling Griffons – i tak dostało im się lepiej niż marines z zakonu Mortifactors, którzy w nowym kodeksie po polszemu są… Uśmiercaczami.*), których planeta rodzima to podobne klimaty – potężne miasta państwa i baronie toczące regularne wojny ze sobą, przestrzegając w tym jednak licznych konwencji, praw i odpowiedniego honoru tak, by wojna nie stała się brutalną rzeźnią, lecz sztuką nobliwą i godną wojownika. Wyjące Gryfy sami chętnie rozpoczynają takie konflikty tylko po to, by planeta była w ciągłym stanie wojennym i dostarczała regularny przypływ świetnych rekrutów, którzy znają tylko wojnę! Nie dajcie się więc zwieść… Pomimo tego, że zakony te czerpią swoich rekrutów z relatywnie cywilizowanych i rozwiniętych miejsc, to jednak wszystko zawsze jest skierowane w kierunku konfliktu i wojny.

Oczywiście poza planetami tego rodzaju sporo zakonów czerpie świeżych aspirantów z planet dzikich, pierwotnych czy nawet a planet śmierci, gdzie populacja albo jest szczątkowa, albo prymitywna. Świetnym przykładem są tutaj Kosmiczne Wilki ze swoją planetą – Fenris – która to jest zarówno planetą śmierci jak i dziką planetą, gdzie lokalni mieszkańcy są mniej więcej w okoli ósmego, dziewiątego wieku rozwoju według naszego kalendarza. Futra, prosta broń, walka o spełnienie najbardziej bazowych potrzeb z dnia na dzień… Tutaj działa prosty mechanizm! Ludność z Fenris wie w pełni o istnieniu Kosmicznych Wilków i zwyczajnie traktuje ich jako praktycznych bogów wojny, potężnych gigantów o niezmierzonej sile, odwadze i chwale, do których można dołączyć, jeżeli śmiertelnik okaże się wojownikiem o niezwyciężonej woli, nieugiętym charakterze i wspaniałych umiejętnościach. Wilki zwyczajnie wybierają najciekawszych młodzieńców, wysyłają ich do swoich własnych, spartańskich obozów i pod okiem kapelanów zakonu (*Wolf Priestów*) biorą udział w morderczym, długim treningu oraz w licznych, iście samobójczych misjach. Dopiero jak wojownik przetrwa to wszystko może wypić z Kielicha Wulfena genetyczny koktajl Canix Helix i dołączyć do grona braci Astartes – nie ma więc w tym zakonie Neofitów; Kiedy ktoś staje się marines, to od razu pełnoprawnym bratem zakonu, nawet, jeżeli nieopierzonym.

Tak więc jak widzimy rodzaj planety wpływa na to, jak postępuje się z potencjalnymi rekrutami, ale to tylko jedna faseta z całego procesu – bo przecież rekrutacja to nie tylko sprawdzenie kompatybilności potencjalnego rekruta. Dla przykładu, zakon Raptorów preferuje walkę na dystans oraz wyszkolenie w sabotażu, decepcji oraz sztuce przetrwania, i takie umiejętności od początku chcą zakorzenić w swoich rekrutach – szkolenie z celności jest u nich dla przykładu znacznie bardziej kluczowe niż u innych zakonów, gdyż fama najlepszych strzelców pośród Astartes nie bierze się znikąd. Ponownie, fakt, że rola zwiadowcy nie stanowi wcale najniższego stopnia w militarnej karierze kosmicznego marines w tym zakonie również ma wpływ na to, że umiejętności kojarzone głównie z jednostkami zwiadowców są kluczowe i wpajane w reakcje i umysły członków tego zakonu przez cały czas ich służby. Carcharodons Astra znowu, słynni ze swojego niemalże berserkerskiego podejścia do walki w zwarciu szkolą swoich rekrutów w brutalnej, brudnej acz efektywnej walce w zwarciu, gdzie nóż i miecz łańcuchowy to główne narzędzia zadawania szybkiej i efektywnej śmierci. Jak można się spodziewać podczas rekrutacji najbardziej sprawdzane jest panowanie nad furią, nakierowanie swojej nienawiści na przeciwnika oraz mistrzowskie opanowanie walki na ostrza.

Reputacja i zakonna tradycja to kolejny element wpływający na proces rekrutacji, szczególnie pośród tych najstarszych zakonów, tych z drugiego Założenia, tych, które mają kilka tysięcy lat na koncie – dość, by wytworzyć własne rytuały i różnego rodzaju tradycje, jak właśnie picie z kielicha (*Które jest i u Kosmicznych Wilków i u Krawych Aniołów*) czy rytualne pojedynki pomiędzy młodymi aspirantami a pełnoprawnymi marines – jak to często by u Ultramarines i zakonów wywodzących się z tychże. No ale dla odmiany Salamandry rozpoczynają trening sześcio-siedmiolatków od… Nauki kowalstwa! Kowalstwo buduje ich masę mięśniową, testuje wytrzymałość na trudne warunki i znój ciężkiej pracy, kształtuje cierpliwość a przy okazji testuje ich zdolności, skupienie i szybkość pojmowania. Potem dopiero młodzi neofici wraz z kolejnymi fazami transformacji ćwiczą się do broni, do walki aż w końcu muszą zmierzyć się z potworami Nokturnu. Jeżeli mówimy o tradycji, to warto przytoczyć żelazne dłonie, w których w ogóle nie funkcjonuje instytucja dziesiątej kompanii, jako że każda kompania to tak naprawdę klan, gdzie rekruci pochodzą z tego samego klanu i są dobierani wtedy, kiedy klan potrzebuje uzupełnić straty, i czy chcą czy też nie, po dołączeniu neofita od razu traci lewą dłoń, która natychmiast zastępowana jest bionicznym odpowiednikiem – jest to rytualny i symboliczny pierwszy krok na niekończącej się drodze do wymiany słabego ciała na mocne żelazo.


Jak widać sporo rzeczy wywiera nacisk na to, jak przebiegać może rekrutacja nowych kandydatów na Astartes, ale jeden element z pewnością łączy jest wszystkie – jest to niezwykle brutalny proces. By zostać Astartes nie tylko należy wykazać się naturalną odpornością konieczną do przetrwania procesu transplantacji nowych organów, chemoterapii czy psycho-indoktrynacji, ale trzeba też wykazać się wolą i siłą w warunkach skrajnych, udowodnić podczas testów i prób, że jest się w stanie sprostać takim wydarzeniom, które totalnie złamały by nawet twardego zawodnika… Bo kosmiczny marines to jest po prostu zacięty twardziel, bo takich Imperium ma setki – to musi być ktoś, kto potrafi zmusić swoje ciało do działania praktycznie samą siłą woli, która jest niemalże nieugięta, i nawet kiedy kości pękają, oczy krwawią a płuca palą od trującego powietrza, on nadal pełznie do celu.

Rekrutacja trwa kilka do kilkunastu lat, jest to czas w którym rekrut nie tylko musi zdać wszystkie testy i przeżyć, ale przede wszystkim przejść przez wszystkie fazy ‘dojrzewania’ w swoją nową, nadludzką formę. W czasie tego okresu zakon postara się ukształtować młodzieńca tak, by ten przed wdzianiem pancerza Zwiadowcy czy też normalnej zbroi wspomaganej miał już w głowie odpowiednie wartości, wiedział czym zakon stoi, znał odpowiednie zawołania, historie i legendarne postaci. Że będzie wiedział jakimi formacjami się bracia poruszają, jak walczą, jakie umiejętności i walory są pielęgnowane, a jakie są traktowane jako słabość i wada, które należy w sobie stłumić, zwalczyć i wyrwać niczym chwast.

Kiedy tworzymy własny zakon z pewnością wiemy, jaki rodzaj Astartes chcemy posiadać w swoich szeregach. Czy mają być brutalnymi wojownikami, którzy z pogardą traktują śmiertelników, których w sumie mają bronić? Czy to może wyśmienici strzelcy i mistrzowie przełamywania oblężeń? Skoro preferują dany rodzaj walki, to z pewnością szkolą się od początku w danych umiejętnościach, koniecznych do skutecznego egzekwowania takiej preferencji. Czy ów proces poza kształceniem danego zestaw zdolności ma wplecione elementy tradycji? Jeżeli jak to i jakie i dlaczego? Pamiętajmy o tym wszystkim i bez problemu damy radę stworzyć proces rekrutacyjny, który pomoże ukształtować tym, kim są nasi marines.

Jak zostało wcześniej napisane, Łowcy Smoków nie posiadają tak naprawdę dziesiątej kompanii, i każdy klan-kompania posiada własne oddziały neofitów, którzy tak naprawdę są prawie pełnoprawnymi braćmi, którzy spełniają rolę zwiadu dla klanu. Oczywiście, każdy klan posiada własne rytuały rekrutacyjne, ale dla przykładu klan U’kan stosuje trzyetapowy proces. W pierwszy, młodzieńcy prezentują swoją siłę i zdolności walki na klanowej arenie, a pośród nich Strażnik Ognia – kapelan Łowców Smoków – wybiera najbardziej obiecujących spośród z nich i rozpoczyna się drugi etap, czyli wędrówka po morderczej planecie z pielgrzymką na najwyższy wulkan planety. Jest to przeważnie kilkaset mil morderczej fauny i flory do przebycia… na szczycie zaś czeka Polowanie, kiedy to przyszły rekrut musi własnoręcznie upolować smoka – jednego z dużych, wężowych potworów zamieszkujących planetę. Jego skórę lub kły będzie nosić do końca swoich dni…



Można by rzec słowem podsumowania, że Ile Zakonów, Tyle Możliwości i w sumie tak właśnie jest, bo jak pisałem na samym początku, nie mamy absolutnie żadnego potwierdzenia, czy Codex Astartes mówi cokolwiek o tym procesie, więc każdy może sobie rekrutować według własnych widzimisię. Imperialne Pięści oczyszczają miasta-roje z gangerów a przy okazji ‘porywają’ najbrutalniejszych z nich na przeróbkę, a Ultrasi ciągną szlachtę… Mroczni templariusze szkolą neofitów ‘na froncie’ a Wilki w ogóle nie uznają jednostki ‘szkoleniowej’… Co zakon to obyczaj, i tego się trzymajmy! W następnym odcinku popiszemy o techmarines, kapelanach oraz kronikarzach, oraz jaką rolę pełnią w zakonie i dlaczego niektóre zakony kładą mocniejszy nacisk na jednych czy na drugich! Do siego!

7 komentarzy:

  1. Wilków nie pilnują runeprieści tylko wolfprieści

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to miałem na myśli XD

      Usuń
    2. a żeby było ciekawiej to nie kapelani ich szkolą tylko weterani, kapelani są dopiero przy piciu z czary wulfena,

      Usuń
  2. No mi też coś w tej kwestii nie pasowało. :P

    Ale nie ukrywam, przez tą serię mam coraz bardziej ochotę zacząć zbierać SM-y od nowa, z założeniem "pure loyalist", tylko po to, by zaprojektować własny Zakon.... ale nieee.... spróbuję się powstrzymać... 3x Space Marines to za dużo... chyba....

    OdpowiedzUsuń
  3. Pełna profeska, jeśli chodzi o tekst, gratki Bracie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękować, dziękować, będzie więcej :D

      Usuń