01.04.2011

[01.IV.2011] Pełna prywata, czyli co ja Lubię #1

Witam ponownie. Piękny dzień dzisiaj - słonko świeci, ptaszek śpiewa, ciepło jest, ni chmurki na niebie, wyspałem się, dobrą kawę wypiłem. Słowem, mam humor pozytywny, pomimo tego, że w ostatnich tygodniach wiedzie mi się tragicznie - problemy finansowe, cło mi paczkę wartą majątek zatrzymało, skarbówa gniecie po jajach a na dodatek, wychodzę powoli z zapalenia płuc. Nie przetrwałbym pewnie w dobrym humorze, gdyby nie My Little Pony: Friendship is Magic, który to serial oglądam codziennie, mam kawałki muzyczne w MP3 (Winter Wrap up, Winter Wrap up!) i powoduje, że jest mi ciepło i miło w środku. Wam też polecam, jeżeli jeszcze nie jesteście bronies :) I pamiętajcie - kto nie lubi Fluttershy, ten nie lubi samego życia!

Dzisiaj chciałbym zrobić wpis na większej prywacie. W końcu to nie jest serwis informacyjny czy portal o bitewniakach, tylko zwykły blog zwykłego szarego użyszkodnika internetu, który akurat lubi poturlać kostką i pomalować figurkę od czasu do czasu. Z tego oto powodu chciałbym dziś napisać o tym, za co lubię poszczególne gry w które gram, grałem, będę grał lub jestem żywo zainteresowany i wyrażam chęć potencjalnego zagrania (czyt. "tak niepopularne, że w całym kraju może ze trzy osoby mają modele"). Zaczniemy oczywiście od największych zawodników klasy ciężkiej, stopniowo schodząc w dół do wagi piórkowej. Tak więc bez dalszych ceregieli, przejdźmy do dzieła!

 Warhammer Fantasy Battle | Status: Zbieram, maluję, gram - Wojownicy Chaosu, Imperium 

Gra-legenda, dla znacznego grona graczy wręcz synonim figurkowej gry bitewnej, przez długi okres czasu motor napędowy firmy Games Workshop, na którym zbudowali swoją potęgę i wytworzyli monopol w kategorii regimentowych/składowych gier fantasy. Czy ktoś, kto bawi się w figuraki, nie zna tego tytułu? W WFB gram, odkąd byłem w stanie, a więc od 17 lat. Nie jest to jakiś długi okres w porównaniu do prawdziwych wyjadaczy, ale wystarczy, by bez wstydu uznawać się za Tru Warhammerianinia. Z modelami bywało różnie - w młodości dostępu do nich praktycznie nie było, a jak już były, to z przemytu i drogie. Potem nagle się ich pojawiło, sklepy specjalistyczne wyrastały jak grzyby po deszczu, ale powiedzmy sobie szczerze - post-komuna nie napełniła magicznie naszych portfeli, więc nadal zebranie całej armii graniczyło z cudem. Aż wreszcie udało się pod koniec 6 edycji pozbierać całą armię Orków i Goblinów, moją dumę i chwałę! Którą musiałem opchnąć - bo na studiach jedzenie kosztuje! Na całą 7 edycję jedyne co robiłem, to śledziłem grę, zachwycałem się modelami, ale grać mi się nie chciało - nie podobały mi się zasady. Ale pojawiła się edycja ósma, przeczytałem podręcznik, zapoznałem się ze zmianamy, kasa leżała w portfelu (a nie lubi, bo gnije!), no więc powróciłem do powolnego, spokojnego zbierania, tym, razem pięknych, niedawno wydanych Wojowników Chaosu! A jako że lubię mieć zawsze dwie strony konfliktu z danego systemu, najlepiej jak najbardziej przeciwstawne, to naturalnym dodatkiem było rozpoczęcie kolekcji Imperium, która aktualnie zjada kurz w nieskończonej kolejce malowania, powolnego i żmudnego (barwy Averlandu, jakby to kogoś kiedyś zainteresowało).

Co uważam za największy plus WFB? Historię. Tło. Bekgrałnd. Fluff. Klimat. Jestem rdzennym Warhammierianinem, który nigdy nie skalał się graniem czy nawet patrzeniem się w kierunku Dałndżon Und Draguns, który swoją RPG'ową karierę zaczynał na pierwszej edycji WFRP (wciąż gdzieś mam podręcznik, tak zdezelowany, że bałbym się go dotkąć w obawie, że się rozpadnie) - słowem, świat Warhammera to dla mnie Prawdziwy Świat Fantasy, i wszelkie Tolkieny, Zapomniane Krainy czy inne chwasty moga się schować. Uwielbiam to połączenie epickiej skali przegięcia (i wtedy swoim magicznym mieczem, w którym zaklęto ponad 9000 demonów Khorna ściął osiem zylionów ludzi na raz!) z mrocznym, grim & grim klimatem ponurego, wyniszczonego świata trwającego w wiecznej wojnie (wszędobylski trupizm, tak, motyw czaszki motywem codziennym). Słowem, nie zamieniłbym świata Warhammera na żaden inny, i jest to największy atut systemu, atut, który kocham i nigdy nie porzucę, aż do śmierci.


Warhammer 40 000 | Status: Zbieram, maluję, gram - Dominium Tau, Spehs Marynhs (Raptors)

No jakże by inaczej? Skoro kocha się uniwersum WFB, to analogicznie pokocha się bardzo, BARDZO uniklane uniwersum WH40k, które nadal rządzi się tymi samymi zasadami (super epickie przegięcia z mrokiem, syfem i gorzkimi żalami). Nie istnieje też żadna alternatywa, bo tylko WH40k jest "tru" Gothic SF, gdzie ogromne okręty przypominają bardziej uzbrojone po zęby, gigantyczne latające Pałace Apostolskie, niż prawdziwe okręty wojenne - bezcenne. Przed długi, długi, baaaaardzo długi czas nie cierpiałem Kosmicznych Marines. Ok, jak można byc fanem uniwersum WH40k bez lubienia Kosmicznych Marynatów, skoro stanowią oni tak mniej więcej 70% całego fluffu, gry, wszystkiego? No można. Wyjaśnię to tym oto komiksem Penny Arcade:



Właśnie. W świecie WH40K nie ma jak w Gwiezdnych Wojnach, Battlestar Galactica czy Star Trek - nie ma Tych Dobrych i Tych Złych. Nie ma ludzi i Xenomorphów czy Imperium i Rebeliantów. Tutaj każdy jest zły, każdy okrutny i każdy najchętniej zgwałciłby (Lub zjadł. Lub wyssał dusze. You get the point.) przedstawiciela innej rasy. A jest całkiem obfite bogactwo w obcych, od potwornych, niezliczonych, nieludzkich super-predatorów z pustki między galaktykami poprzez nieśmiertelne, superzaawansowane cyborgi zombie służące niewyobrażalnie starożytnym Materialnym Bogom aż do długowiecznych ultrasadystów bytujących w dziwaczym labiryncie między wymiarami, których napędza ból i cierpienie innych istot. Awww yeaaaah. Na dodatek ostatnio po przeczytaniu najnowszych Imperial Armour z Bitwy o Badab polubiłem nawet marynatów, i rozpocząłem zbieranie Raptorów! Tak więc owszem, WH40k kocham również za setting, gdzie każdy niszczy każdego. Bo w 40 tysiącleciu... jest tylko wojna!


Infinity | Status: Zbieram, maluję, chciałbym pograć! - Nomad, Combined Army

Infinity to zupełnie inna para kaloszy. Od dawna chciałem pobawić się systemem skirmishowym i szukałem czegoś dla siebie - granie było, szczerze powiedziawszy, drugorzędne. Skirmishe mają to do siebie, że nie obciążają portfela w tak drastyczny sposób jak te dwa potwory wymienione powyżej, tak więc po prostu chciałem mieć trochę ładnych modeli do pomalowania i pobawienia się. Corvus Belli kupili mnie dwiema rzeczami - pierwsze primo: darmowe zasady i listy armii w sieci! Woot! Nie muszę wydawać szmalcu na podręcznik, by się bawić? Słowem, cała kasa idzie na modele? Awesome! Poczytałem zasady, pooglądąłem kilka gier, i szczena mi opadła - zasady jakby z przyszłości, niesamowicie przemyślane, kosmicznie dynamiczne. No po prostu mechanicznie gra mnie zgwałciła na umyśle, taka wydawała mi się doskonała - oczywiście, takie było pierwsze wrażenie! Które z czasem, jedynie się potwierdziło - do dziś dzień uważam mechanikę Infinity za Święty Grall i absolutny wzór do naśladowania, nie mówiąc już o poziomie balansu, jaki udaje im się utrzymać w swojej grze. Po prostu epicko - choć bez otarć, jako że zasady w wielu miejscach były tak dziurawe albo tak niejasno napisane, że kłótnie na ich temat osiągały na oficjalnych forach iście gargantuiczne rozmiary, zanim udało się coś sensownego ustalić!

Drugie primo - modele. Na potęgę Nieśmiertelnego Imperatora, oczy do dziś mi łzawią od ich niesamowitości. Można nie lubić tego, że mają w sobie mniej lub więcej "mangowego" klimatu. Można nie lubić ich fluffu u świata. Ale nikt nie jest w stanie mi mwówić, że pod względem warsztatowym modele do Infinity to czysta, krystaliczna perfekcja. Doskonała anatomia postaci, świetna skala broni do tychże (przynajmniej ostatnio, bo z ręką na sercu przyznam, że na początku gry tworzyli karabiny wielkie jak stodoły, głównie HMG), niewyobrażalny, lasujący mózg poziom detali, dynamiczne pozy... no po prostu rzeźbiarze Infinity to mistrzowe w swoim fachu. Figurki tym bardziej mogą się podobać na tle zmutowanych krzywusów GW - nie zrozumcie mnie źle, kocham moje modele do obu Warhammerów, bo są świetną reprezentacją samego świata i systemów - barokowe pancerze, ogromne giwery, steampunkowy gotyk... no ale przyznajmy, że anatomicznie to to perfekcja nie była: wodogłowie, za duże łapy, dziwaczne nóżgi czy stopy, no, po prostu lekkie mutanty w tę czy we wtę. A w Infinity nie ma o tym mowy - wszystko jest wymierzone i wyrzeźbione w idealnych proporcjach. Tak więc uwielbiam swoje GITS'owe laski, wspomagane pancerze, muskuły z włókien polimerowych i czadowe giwery.

Uff, na dziś wystarczy, co by post nie był TLDR. Więcej w niedalekiej przyszłości, w tym o War of the Ring (grę, w która chciałbym, by wszyscy grali), Warmachine, Hordes oraz Flames of War. Sajonara, trzymajcie sie mocno i pamiętajcie - oglądanie i lubienie kucyków to żaden wstyd. Jak to skomentował pewien anonimowy użyszkodnik: It's like porn. But for MAN! ;)

1 komentarz: