27.07.2016

[27.07.2016] Czołganie się czołgów...


Dzisiejszy wpis jest dla mnie duchowo trudny. Głównie dlatego, że nie chcę sikać do własnej zupy… Ale pewne rzeczy po prostu muszę z siebie wylać na nobliwą czcionkę, bo mi ciążą na sercu i umyśle. Widzicie, chciałbym napisać co niego o systemie, który totalnie zdominował mój czas przeznaczony na hobby i w który zagrałem najpewniej więcej niż we wszystkie inne systemy od początku roku – mowa o TANKS. Pragnę bardzo by system ten się rozwijał, by kwitł w domu i w zagrodzie, by mocno osadził się na naszym poletku, zapuścił korzenie… Robię co mogę w lokalnym środowisku a przecież to i tak nic w porównaniu do tego, jak niektórzy walczą o to, by się rozwijał. Jak zarówno sklep Veto oraz Vanaheim dzielnie rozwijają środowisko, prowadzą oficjalną ligę, mają swoje dni przeznaczone na czołgutki… Bo system, moim zdaniem, jest tego warty. Pewnie, że jest prosty jak cep, ale sprawa kupę frajdy i to po kosztach! Czego chcieć więcej?

Przede wszystkim wsparcia wydawcy. Hola, hola, młodzieńcze, ktoś rzeknie… Skąd takie ostre słowa od kogoś, kto ani nigdy nie stworzył gry bitewnej ani nie prowadził dużego wydawnictwa? Cóż, po prostu boli mnie to, że system ten nie rozwija się tak dynamicznie, jak by przecież mógł. I jedynym winnym do wskazania palcem jakiego mam pod ręką to właśnie wydawca, bo moim zdaniem totalnie przesypia moment, który dla każdej gry jest kluczowy, czyli jej start na rynku!

Żeby nie było… TANKS ma swoje wady. Nie mam jednak dzisiaj zamiaru pisać o prostej mechanice i dużym stopniu szczęścia w grze, o niezbalansowanych scenariuszach czy o prostym fakcie, że gra nie jest z całą pewnością symulacją poruszania się i działania czołgów, a raczej uroczo prostym systemem, który z grubsza pozwala nam przesuwać plastikowe pojazdy pancerne po niewielkim polu bitwy. To wszystko są tak naprawdę drobnostki, bo w sumie nie przeszkadzają w graniu i cieszeniu się grą. Co mi jednak boleśnie doskwiera to to, że system popadł w stagnację w momencie, w którym powinien dynamicznie się rozwijać, puchnąć w najlepsze i po prostu zasypywać swoich graczy gargantuiczną falą nowości. A tego zwyczajnie nie widać! Gra była dostępna w polskich sklepach początkiem czerwca. Zbliża się koniec lipca – w teorii minęły zatem zaledwie dwa miesiące, ale przez te dwa miesiące jedyne co wyszło, to dopiero trzecia grywalna frakcja, gdzie startowe dwie (*Amerykanie i Trzecia Rzesza*) nadal mogą się cieszyć tylko kilkoma czołgami i bohaterami… I tutaj zacznie się narzekanie, bo choć gra mi się podoba, to jednak po zagraniu N+1 bitew tymi samymi czołgami z dokładnie taką samą załogą pewna nuta znużenia zaczyna we mnie rozbrzmiewać.

Dwa miesiące to rzeczywiście nie jest dużo czasu, ale zaczynam mieć przeświadczenie, że Battlefront wraz z Gale Force Nine nie przypuszczali nawet w najśmielszych snach, że ich radośnie luźny tytuł znajdzie tylu nabywców i zaskakującą popularność. Nie wiem, jak to wygląda na świecie, i wnioskuję jedynie po lokalnym środowisku, gdzie w momencie premiery pudełka z czołgami schodziły jak ciepłe bułeczki, dosłownie znikając z półek zanim sprzedawcy zdążyli je na nich położyć! Teraz jednak zaczyna uderzać do głowy idea, że wydawca najpewniej się z wpuszczeniem gry na rynek nieco pospieszył… Dwie frakcje, gdzie jedna ma dosłownie dwa czołgi (*fortunnie każdy z nich z dwoma wariantami*) a druga całe trzy? Chyba nikogo nie zaskakuje to, że liczba możliwych i sensownych na stole kombinacji rozpisek jest boleśnie ograniczona i już daje się we znaki… Moim zdaniem powinni się wstrzymać z premierą aż do momentu, w którym byli by w stanie wydać grę od razu z dostępnością do wszystkich czterech bazowych frakcji, a nie wydawać kolejne w tak długich odstępach czasu… Wtedy chociaż na sam początek dywersyfikacja pośród graczy była by większa a sam efekt marazmu nie uderzył by tak wcześnie i z taką mocą.


Pewnie, teraz wyszli Brytyjczycy! Hurra, jest trzecia frakcja, jest wariacja! Ale Niemiaszkowie i Amerykanie nadal szurają butami i mamroczą pod noskami z niezadowolenia, bo przecież chcieliby wydać swoje pieniądze na kolejne czołgi… Ale nie będą kupować piątej Pantery czy ósmego Shermana. Czy tak trudno wydać by było przynajmniej jeden dodatkowy czołg do gry każdego miesiąca? Jak widać owszem, i niestety wiemy dlaczego – TANKS jest systemem pobocznym. To Flames of War oraz Team Yankee stanowią wydawniczy priorytet, a czołgi otrzymują co najwyżej to, co do FoW’a wyjdzie w plastiku. Rozumiem z jednej strony firmę, bo przecież produkowanie pojedynczej ramki dla czołgu przeznaczonego do TANKS nijak się im nie opłaca, skoro mogą zamiast po prostu przygotować pudełko z plutonem plastikowych czołgów do swojego flagowe tytułu a potem po prostu wpakować pojedynczą rameczkę do clampack’a do TANKS et voila, podwójny zysk. To jednak jest paskudne, czerwone światło dla systemu, bo daje wyraźny sygnał, że system ten zawsze będzie zaledwie dodatkiem – zaniedbanym i zmuszonym do grzecznego czekania w kolejce.

Jakby tego było mało mam dziwne przeczucia, że wydawca marnuje okazję na łatwy zarobek a zarazem podniesienie na duchu Czołgistów. W samym Flames of War występują armie Finlandii, Rumunii, Węgier, Czech, Polski i tak dalej, i tym podobne – armie, które z rzadka mogą się pochwalić czołgami rodzimej produkcji, a raczej korzystają z tego, co też germańskie, amerykańskie, brytyjskie czy sowieckie fabryki wyprodukowały. Tutaj akurat mam co nieco doświadczenie z zawodu i wiem, ile by kosztowała produkcja i dystrybucja zwykłego zestawu kart, i tak, są to grosze, dosłowne grosze. A jakby się gracze ucieszyli, gdyby za kilkanaście złociszy mogli nabyć booster zawierający kilka / kilkanaście kart z bohaterami i ekwipunkiem nowej frakcji, która po prostu korzystała by z czołgów już dostępnych w grze? Finowie ze swoimi przejętymi T34/85 i Stugami czy Rumuni z Panzerami IV, SU-100 i T-34? Nawet nie musieliby wydawać nowych plastikowych modeli by tchnąć trochę świeżości do swojej gry po kosztach.

No i ostatni problemik, który powoduje u mnie pieczenie oczu. Oficjalna Kampania TANKS. Tym razem jednak spieszę z miejsca z wyjaśnieniem, że uważam ich kampanię za absolutnie wyśmienity pomysł i sygnał świadczący o tym, że musieli na szybko wykombinować taką aktywność z powodu błyskawicznego rozrostu bazy graczy. Kampania w założeniu jest doskonała. Trzy rundy trwające po miesiącu, zestawy z nowymi terenami, unikalny scenariusz, zdobywanie punktów za luźne granie i malowanie no i oczywiście sympatyczne fanty dla graczy… Ba, na łamach całej kampanii gracze mają mieć szansę pozbierać wszystkie żetony do gry w swojej luksusowej, poliakrylanowej formie. Jak tak piszę ten paragraf, to w sumie brzmi to doskonale – i tak jest w istocie, bo pomysł i prowadzenie tej kampanii to złota nuta w pieśni o czołgach. Z drobnym zgrzytem… Scenariusz jest idiotyczny. Najgorszy. Nie do wygrania przez stronę atakującą, chyba że epickim cudem. I scenariusz ten jest niejako podkreśleniem tego, że z pisaniem zasad, balansem i wymyślaniem scenariuszy firma nie radzi sobie zbyt dobrze. To w sumie bolączka, biorąc pod uwagę wąską skalę systemu. Z drugiej strony zaś załoga odpowiedzialna za grę jawnie i klarownie wypowiada się na swoim forum, że gorąco zachęca graczy do majstrowania przy zasadach i grania tak, by mieć frajdę – nawet w oficjalnej kampanii pozwalają w geście łaskawości na modyfikowanie zasad kampanii absolutnie według uznania lokalnych organizatorów. Niby w porządku, ale ludzie grają w gry nie po to, by do nich pisać zasady…

Słowem, nie jest dobrze.

I wielka szkoda, bo system ma potencjał, którego wydawca najwidoczniej nie dostrzega albo też zwyczajnie nie potrafi ogarnąć. Tematyka Drugiej Wojny Światowej zawsze będzie miała swoich zapaleńców, Czołgi przebiły się od umysłów ogromnej szerzy graczy chociażby dzięki popularności gry World of Tanks a małe, szybkie i łatwe systemy figurkowe na dzień dzisiejszy są gorącym towarem i trendem w projektowanie gier. Nie mam zamiaru jednak pouczać dużej firmy (*nie, żeby i tak kiedykolwiek ktokolwiek chociaż częściowo powiązany z wydawnictwem przeczytał ten tekst*) – przecież z całą pewnością mają wyniki finansowe i jeżeli TANKS sprzedawałoby się wyśmienicie i napychało kabzę, to chyba byli by w stanie zmienić front i przerzucić produkcyjną moc i skupienie na ten system? Prawda? Tak? Czy też za bardzo wierzę w racjonalne ruchy firmy? Czas pokaże…


Słowem zakończenia… Polecam TANKS. Wiem, że powyższy wpis nie brzmi optymistycznie, ale wierzę w ten system. A nawet jeżeli miałbym czekać długie miesiące na klaryfikacje zasad, nowe modele, karty i frakcje, to w sumie przetrwam niczym niedźwiadek zimową porą… Bo warto.

3 komentarze:

  1. Jak na złość narobiłeś mi ochotę żeby wrócić do flamesów (gdyby tylko np żołnierze byli w formie ładnych kartoników z rzutem z góry to i cena by poszła w dół :P )

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam. Pan mrówka nie miał wcześniej styczności z Battlefront? Przecież nawet ich nazwa (Battlefront) to w Starogreckim znaczy "poślizg". A Team Yankee ma czarny pas w obsówie czasowej... Mnie już to nie rusza jeśli mam być szczery, choć równie mocno ubolewam nad z marnowanym potencjałem...

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się w 100% i ciekawie też jest o tym na http://hacksforgames2017.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń